Znudzenie. Ciekawość. Google. Trzy główne powody, które stały się podwalinami do sporej zmiany w mojej codzienności. Od kilkudziesięciu dni rolę głównego urządzenia mobilnego, towarzyszącego mi niemal przez cały czas, utracił iPhone 5. W jego miejsce pojawiło się urządzenie z zupełnie innej półki cenowej. Motorola Moto G. I tej brakuje naprawdę niewiele, by mogła wymazać z mojej pamięci smartfona Apple.

Od blisko 4 lat w mojej kieszeni pojawiało się kolejno aż pięć generacji iPhone’a. Przygodę rozpocząłem od pierwszego iPhone’a, który do działania w naszym kraju potrzebował jailbreaka. Nastepnie doceniałem pojawienie się łączności 3G, znacznie lepszy aparat, rewelacyjny ekran i niesamowity aparat. Korzystając z iPhone’a nie zdecydowałem się jednak na pewnego rodzaju zamknięcie się w ekosystemie Apple do tego stopnia, by korzystać ze wszystkich, a nawet i większości ich usług. Na całe szczęście Microsoft, Google i inne istotne dla mnie firmy, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że takich osób jak ja jest całe mnóstwo, a obecność na tej platformie jest niemalże niezbędna.

Koniec iHegemonii

Obserwując jednak zmiany w Google, przekładające się na zwiększenie uwagi do detali, szczegółów i które w szerszej perspektywie mogły zniechęcić mnie do wyboru ich mobilnej platformy, zdałem sobie sprawę, że nadszedł moment, gdy mogę przełożyć swoją kartę SIM do smartfonu z Androidem i nie wyjąć jej po kilkunastu minutach. Nie należę do grona osób pasjonujących się przeczesywaniem forów dyskusyjnych w poszukiwaniu kolejnej wersji Androida przygotowanej przez społeczności dla posiadanego przeze mnie telefonu. Po wyjęciu z pudełka i krótkiej konfiguracji on ma po prostu działać. Bez wątpienia aspekt wizualny nie jest bez znaczenia – środowisko, z którego korzystam do pracy i rozrywki musi mi się podobać. A to jak Android zmieniał się na naszych oczach spodowało, że postanowiłem dać mu szansę.

Wybór padł na smartfon Motoroli, który miałem okazję nabyć w atrakcyjnej cenie. Szczerze mówiąc zaraz po premierze Moto G, ten telefon był już w moim koszyku na Amazonie i byłem niezwykle blisko złożenia zamówienia. W ostatniej chwili zrezygnowałem i postanowiłem w pierwszej kolejności wziąć do ręki i sprawdzić osobiście to, co Moto G ma do zaoferowania. Kilkanaście minut z Moto G przeważyło szalę i bez cienia wątpliwości sfinalizowałem transakcję.

googleplay

Nie jest to naturalnie mój pierwszy smartfon z Androidem, ale jest to pierwszy smartfon z tym systemem, który pełni rolę głównego telefonu do pracy i kontaktu z rodziną, ze znajomymi. iPhone w każdej chwili był gotowy do działania, Moto G wymagał ode mnie jednego wieczora, bym doprowadził ten telefon do stanu, w którym byłem (niemal) pewien, że w razie potrzeby nie zabraknie mi żadnej aplikacji, a to co będę musiał zrobić błyskawicznie, faktycznie będzie możliwe.

Szybciej i wygodniej

Naturalnie mógłbym zacząć pisać o takich kwestiach jak większe możliwości personalizacji w Androidzie, które na tle iOS-a wypadają niesamowicie. Ekran główny nie musi być pełen ikonek i mało poręcznych (od iOS7) folderów, bo lista najbliższych wydarzeń z kalendarza czy lista zakupów również może się tam teraz znaleźć. Instalując nową aplikację odpowiedzialną za podgląd i edycję dokumentów wiem, że będę ją mógł uczynić domyślną do otwierania przeróżnych plików. W iOS8 doczekaliśmy się nowego systemu wymiany danych pomiędzy aplikacjami, co w Androidzie dostępne jest od dłuższego czasu, a ja tylko utwierdzam się w przekonaniu, że na platormie Google jest to o wiele wygodniejsze.

bubbles

To, co doceniłem jednak najbardziej to aplikacje. Aplikacje, których zazdrościiłem użytkownikom Androida. Messenger na iOS od Facebooka najczęściej jako pierwszy otrzymuje nowe funkcje, które pojawiają się z poślizgiem na pozostałych platformach. Jest jednak coś, co nie pojawi się w wersji dla iOS zapewne w ciągu najbliższych kilku lat – Chat Heads, czyli dymki czatu. Moto G nie jest smartfonem z wysokiej półki, ale telefon o dziwo radzi sobie całkiem nieźle nawet przy solidnym obciążeniu. Kilka kart otwartych w przeglądarce Chrome, aplikacja kalendarza oraz Feedly, do których co chwilę powracam i dwa, trzy, czasem więcej, dymków czatu z miniaturkami zdjęć profilowych znajomych z Facebooka – a Moto G jakimś cudem nie łapie zadyszki. Rozwiązanie proste i genialne w tej swej prostocie – rozmowa nie powinna przeszkadzać nam w tym, czym chcemy się zająć, lecz dziać się “obok” tego co robimy.

Bardzo podobnie sytuacja rysuje się w kwestii aplikacji Link Bubble. Po przeciwnej stronie ekranu znalazły się bowiem dymki z faviconkami stron internetowych. Przeniesienie pomysłu Facebooka okazało się strzałem w dziesiątkę i nie wyobrażam sobie, bym otwierając link z tweeta co chwilę musiał wracać do strumienia i móc przeglądać kolejne wiadomości.

Nowy Android to ładny Android

Te detale i szczegóły, o których pisałem to przede wszystkim zmiany wizualne. Jeszcze zanim poznaliśmy Material Design i plany Google na Androida Lollipop, platforma mobilna tej firmy stała się wizualnie atrakcyjna. Wcześniej, w porównaniu do konkurencji Android wypadał najsłabiej. Mam tu oczywiście na myśli stockową wersję systemu i jest to moje osobiste odczucie, zupełnie subiektywna ocena. W pewnym momencie Google zaczęło robić ładne produkty, a Android przestawał odstraszać. I choć Google jest niesamowicie zdeterminowane, by tworzyć równie dobre aplikacje dla konkurencyjnego iOS-a, to oczywiście prawdą jest, że jeśli korzystamy z usług tej firmy, to nigdzie nie poczujemy się lepiej niż na Androidzie.

materialsms

Moto G pojawiła się na rynku, gdy Motorola była jeszcze pod skrzydłami Google. Idea przygotowania niedrogiego, dobrze wyposażonego i stosunkowo niedrogiego smartfona, z którego zakupem wiąże się obietnica szybkiej dostępności najnowszej wersji systemu, była tym na co czekałem. Nigdy nie twierdziłem, że czterocalowa przekątna jest rozmiarem idealnym, ale ze względu na fakt, że mam niewielkie dłonie, smartfony z naprawdę dużymi ekranami są dla mnie niewygodne. Moto G w mojej ręce leży idealnie, obłe kształty tylnego panelu i materiał z jakiego został wykonany pozwalają pewnie chwycić telefon, a znajdujący się pod prawym kciukiem przycisk blokady ekranu wydaje się być “szyty na miarę”. Telefon nie przykuwa wzroku, choć mógłby, bo możliwa jest wymiana tylnej obudowy z czarnej, na znacznie ciekawsze wersje kolorystyczne. Przód nie zdradza na temat telefonu niemal nic – delikatnie migająca zazwyczaj dioda, wyraźnie widoczna, ale nieprzeszkadzająca w niczym przednia kamerka i otwór na głośnik rozmów to najbardziej wyróżniające się elementy. Naprawdę mi się to podoba.

Motorola – (former) Google company

I choć mówiło się, że działania Motoroli w okresie bycia podopiecznym Google były niezależne i na obudowie znajduje się charakterystyczne logo z literką “M”, to wiem, że jest to produkt Google. Moto G to telefon, który łączy w sobie wszystko to co potrzebne jest do rozpoczęcia współpracy z Androidem, a przyszłość tego systemu nie rokowała tak dobrze nigdy wcześniej.

Material Design – kolorowy i niesamowicie responsywny interfejs w Androidzie Lollipop cieszy oko, podobnie jak aplikacje, które stworzono zgodnie z tym stylem. Ogladając recenzje systemu i najnowszych Nexsów zdaję sobie sprawę, że już niedługo również i ja będę na co dzień obcował z Androidem w takiej formie, w jakiej chciałoby się oglądać od bardzo dawna. Jestem niesamowicie przywiązany do iPhone’a, który w wielu awaryjnych sytuacjach okazał się niewiarygodnie przydatny. Kamera znajdująca się w Moto G nie może równać się z tą, którą dysponuje smartfon Apple i właśnie dlatego w drugiej kieszeni znajduje się zawsze iPhone.

iPhone przyzwyczaja także do czegoś jeszcze – dbałości o szczegóły, ale nie u firmy tworzącej system, tylko u deweloperów wypełniających ofertę sklepów z aplikacjami. Ten trend zaczyna pojawiać się w coraz większej liczbie aplikacji na Androida, co niezmiernie mnie cieszy, ale nadal nietrudno o znalezienie aplikacji stworzonych na podstawie “wymysłów” ich autorów, co psuje ogólny efekt obcowania z systemem.

nowegoogle

W takich sytuacjach lubię otworzyć nowy Kalendarz Google, Inbox, Gmaila czy Messenger i po prostu popatrzeć na “nowe Google”. I obawiam się, że spodoba mi się to na tyle, że wybierając za pewien czas następców dla moich smartfonów będę musiał wybierać pomiędzy fantastycznym aparatem, a (eko)systemem, w który dosłownie wsiąkłem. I to z przyjemnością.