Hybryda jakich na rynku mało. Przeznaczona dla użytkowników wymagających najwyższej wydajności, którą można „złapać” w jedną rękę i obsłużyć palcem. Niestety, nie ma róży bez kolców. I to bardzo ciężkich, choć plastikowych kolców. Czy najnowsze 2 w 1 od Toshiby znajdzie drogę do portfeli klientów? Mamy żniwa. Bo tak najkrócej można określić z perspektywy producentów, […]

Hybryda jakich na rynku mało. Przeznaczona dla użytkowników wymagających najwyższej wydajności, którą można „złapać” w jedną rękę i obsłużyć palcem. Niestety, nie ma róży bez kolców. I to bardzo ciężkich, choć plastikowych kolców. Czy najnowsze 2 w 1 od Toshiby znajdzie drogę do portfeli klientów?

Mamy żniwa. Bo tak najkrócej można określić z perspektywy producentów, czas przedświątecznej gorączki zakupowej. W tym roku na topie cały czas pozostają tablety, ale ich popularność nieznacznie spadła w porównaniu z rokiem poprzednim. Dlatego producenci już od jakiegoś czasu zastanawiają się jak przekonać ludzi, że tablety, które miały im zastąpić netbooki są już passe i trzeba zainwestować w sprzęt o większych możliwościach. Na Amazonie od kilku tygodni króluje już niepodzielnie Asus Transformer T100. Hybryda za 1,5 tys. zł, której bardzo pozytywne recenzje możecie przeczytać na Antywebie.

Do laptopa jednak jeszcze nieco Transformerowi brakuje. Widać więc, że na rynku powstała wolna nisza zaludniona przez klientów wymagających o sprzętu nieco więcej niż Bay Traila na 10 calach, ale i mogąca zainwestować dodatkowe środki w pozostanie przy mobilnym dogmacie. Właśnie w ten segment stara się trafić Toshiba wraz ze swoim najnowszym Portégé Z10T.

Sprawa dużej wagi

Miałem przyjemność używać go przez ostatnie dwa tygodnie i nie trzymając Was dłużej w niepewności mogę powiedzieć, że jako urządzenie przenośne sprawił się bardzo dobrze, ale niestety laptopa na biurku nie był mi w stanie zastąpić. Mimo, że oba sposoby wykorzystania Portedge pozwalają na dość wygodne korzystanie, to za każdym razem do ideału brakuje niestety dość sporo.


















Zacznijmy od wagi urządzenia, która sprawiała, że trzymanie go bez podpórki w dłuższym czasie aktywowało receptory bólu mięśniowego w mózgu. Sam tablet waży niespełna kilogram, natomiast, gdy dołożymy do niego stację, waga dochodzi do 1,4 kg. Sami przyznacie, że w porównaniu do konkurencji jest to niestety stanowczo zbyt dużo.

Wygląda na to, że sama Toshiba zdawała sobie z tego sprawę i dlatego postanowiła zastosować tu najlżejszą obudowę, czyli plastikową. Jej wykonanie stoi na średnim poziomie. O ile całość pewnie trzyma się w rękach, to także lubi ugiąć się nieprzyjemnie pod naciskiem palców. Wygląda na to, że właśnie taką cenę musieliśmy ponieść za zredukowanie wagi.

Intel inside – wydajność znana z desktopów

Choć bywa ona uciążliwa, zaraz po zapoznaniu się z wnętrznościami urządzenia przychodzi zrozumienie. Portedge działa bowiem na świetnym, dwurdzeniowym procesorze Intela i5-3339Y, o częstotliwości 1,5 GHz. Jest on przedstawicielem architektury Ivy Bridge i mimo, że pochodzi z linii Y (M i U są jeszcze mocniejsze) to stanowi prawdziwy ewenement na tabletowym rynku zdominowanym przez ARM i rozpychające się łokciami Bay Trail.

Dodatkowo dostajemy zintegrowaną grafikę HD4000 i 4 GB RAM. Dzięki takiemu połączeniu hybryda pozwala na odpalenie nowszych, choć niewymagających gierek. Co prawda Skyrim, Wiedźmin 2 czy Black Ops 2 były niegrywalne, ale już Fallout New Vegas czy FIFA 14 chodziły bardzo przyzwoicie. Zwłaszcza po zmniejszeniu rozdzielczości na 720p.

Nominalnie gierki uruchamiają się w natywnym FullHD, które na 11,6 calach daje świetny efekt. Taka rozdzielczość jest świetną odtrutką na stanowczo zbyt małe jak dla mnie zagęszczenie pikseli na 10-calowych tabletach z Windows. Sama matryca (IPS) także spisuje się bardzo dobrze. Zarówno jeśli chodzi o kąty widzenia jak i odwzorowanie kolorów.

Królestwo za szerszą spację

Sterować gierkami przyjdzie nam najczęściej z dołączanej klawiatury i touchpada, które niestety mogłyby być bardziej dopracowane. Touchpad jako taki jest nawet niezły, choć przyzwyczajenie się to jego niewielkich rozmiarów, a także nietypowego umieszczenia klawiszy (z góry) zajmuje chwilkę. Natomiast klawiatura, o ile dała mi komfortowy skok klawiszy, to także ich daleko idącą miniaturyzację. Naprawdę o wiele wygodniej pisało mi się na tej dołączanej do Transformera, choć była nieco mniejsza. Duża w tym rola miniaturowej spacji, do której nie zawsze sięgałem kciukami.

DSC_0018DSC_0017DSC_0012DSC_0007

Do kontroli Portedge można też oczywiście użyć dołączanego rysika, który okazał się być bardzo pomocny. Po raz pierwszy sensownie pisało mi się nie za pomocą klawiatury ekranowej, a po prostu kreśląc litery w wyznaczonym miejscu. Gdyby nie on używanie Windowsa 8 w wersji Professional byłoby o wiele trudniejsze.

Portów Ci u nas dostatek

Bardzo ciekawie prezentuje się też liczba dołączonych portów. Na samym tablecie dostajemy do dyspozycji USB 3.0 (!), microHDMI i audio, a dodatkowo w stacji dokującej mamy jeszcze USB 2.0, pełnowymiarowe HDMI, LAN (!) i D-sub.

Szkoda, że Toshiba nie zdecydowała się na dołożenie dodatkowej baterii pod klawiaturą. Kiedy podczas niespełna 5-godzinnej podróży, bardzo intensywnie używałem Portedge z włączonym WiFi, już pod sam koniec zostałem poczęstowany komunikatem o niskim stanie baterii. Co prawda 5 godzin to całkiem dobry czas jak na laptop, średni jak na hybrydę, ale dość słaby jak na tablet.

DSC_0008DSC_0010DSC_0005

Na ten wynik, jak i na całość trzeba właśnie patrzeć przez pryzmat zastosowania jakie dla Toshiby sobie umyślimy. Na wstępie napisałem, że do typowo netbookowego zastosowania Portedge nadaje się raczej średnio. Głównie jest to zasługa stacji dokującej, która pozwala na odchylenie ekranu jedynie do kąta prostego. W praktyce oznacza to, że jeśli nie pracujemy przy biurku, a na przykład trzymamy sprzęt na kolanach, to możemy nabawić się solidnego bólu szyi.

Komu Portedge?

Widzę jednak dla tego sprzętu pewną grupę docelową, która może być z niego bardzo zadowolona. Jest to oczywiście klient biznesowy, który jest w stanie wysupłać 6 tysięcy na hybrydę, która zastąpi mu wszystkie inne urządzenia. Idealny scenariusz jej użytkowania w moich oczach polegałby na czasowym podłączeniu do zewnętrznego monitora w czasie pracy w biurze, bezproblemowym odłączeniu i dołożeniu klawiatury, kiedy trzeba przejść na spotkanie, a także używaniu jako tabletu przy relaksacyjnej konsumpcji treści.

Jeśli jesteś kimś takim to możesz do oceny końcowej dodać nawet dwa punkty. Jeśli zaś nie, to radzę Ci się rozejrzeć za alternatywami, które nie zrujnują Twojego budżetu, a pozwolą na dość wygodną pracę. Strategia jaka kierowała Toshibą przy produkcji tego urządzenia wydaje mi się bardzo podobną do tej stosowanej w początkach tego wieku przy okazji dość dużych i ciężkich tabletów działających na Windowsie.

Im się nie powiodło. Jak będzie z Portedge? Na rozliczenie przyjdzie czas po świętach.