39

Ta aplikacja ma 100 mln użytkowników, ale i tak „nikt jej nie używa”

Prawie każdy z nas ma „kolegę, który używa Tindera”. Wielu „słyszało, o Tinderze”. A jeszcze inni „nie mają pojęcia, co to jest ten Tinder”. Zestawiając to wszystko, można dojść do wniosku, że Tinder to taka niszowa aplikacja, z której korzysta garstka zdesperowanych osób. Ta „garstka” liczy już 100 mln i ciągle się rozrasta. Wiecie, kiedy na […]

Prawie każdy z nas ma „kolegę, który używa Tindera”. Wielu „słyszało, o Tinderze”. A jeszcze inni „nie mają pojęcia, co to jest ten Tinder”. Zestawiając to wszystko, można dojść do wniosku, że Tinder to taka niszowa aplikacja, z której korzysta garstka zdesperowanych osób. Ta „garstka” liczy już 100 mln i ciągle się rozrasta.

Wiecie, kiedy na Tinderze pojawia się najwięcej nowych użytkowników? Dokładnie 3 stycznia. Ma to być spowodowane postanowieniami noworocznymi, wśród których jednym z najczęstszych jest oczywiście znalezienie partnera lub partnerki. Od swojego powstania w sierpniu 2012 roku Tinder zgromadził już 100 mln użytkowników. Jak zapewnia jego CEO, Sean Rad, im liczniejsze jest to grono tym program działa skuteczniej, lepiej dobiera użytkowników i daje większe szanse na znalezienie odpowiedniej osoby. On sam… preferuje konkurencyjne rozwiązania. W wywiadzie dla kalifornijskiego Sunday Magazine bez oporów przyznaje, że jego podstawową aplikacją do sextingu jest Snapchat.

W innym artykule na Fast Company po raz pierwszy pojawia się informacja o tajemniczym algorytmie, który leży u podstaw działania Tindera. Przyznaje on każdemu użytkownikowi ocenę. System ten działa tylko wewnętrznie, a więc niemalże nikt poza twórcami Tindera nie zna swojego „współczynnika atrakcyjności”. Do tych nielicznych osób należy Austin Carr, autor publikacji, który podczas wizyty w siedzibie Tindera poznał jego tajniki. Jego „Elo score” wynosi 946.

undo

O co chodzi? Sean Rad ujawnia, że opracowanie algorytmu zajęło im dwa i pół miesiąca. Nie jest to zatem zwykła wypadkowa tego, jak często ktoś nas „przesunął w prawo” (dla niekorzystających z Tindera – w ten sposób użytkownik daje sygnał, że dana osoba mu się podoba). Nie jest to też algorytm, który analizuje nasze zdjęcie i ocenia atrakcyjność. Sami twórcy nazywają go raczej „współczynnikiem powabności”. Jest on w stanie uwzględnić gusta różnych osób. W końcu dla jednej osoby może być atrakcyjne coś zupełnie innego niż dla innej. Algorytm uwzględnia też pewne zależności. Jonathan Badeen, jeden z wiceprezesów Tindera porównuje to z grą w Warcrafta – jeżeli gramy z osobą z wysokim poziomem otrzymujemy więcej punktów niż byśmy grali z kimś na niskim poziomie. Szczegółów działania całości oczywiście nie poznamy, ale łatwo na tej podstawie wywnioskować, że wyświetlane w aplikacji zdjęcia osób z okolicy nie są wcale dobierane przypadkowo.

Tinder

Tinder od samego momentu powstania budził wiele kontrowersji. Teraz pojawiają się kolejne. Z raportów policyjnych, które przytacza The Telegraph, wynika, że liczba przestępstw w Wielkiej Brytanii popełnianych z użyciem Tindera lub Grindr (odmiana aplikacji przeznaczona dla homoseksualistów) w ciągu dwóch lat wzrosła o 700 proc. W 2013 roku było ich jedynie 55, ale w 2014 już 204. W ubiegłym roku zanotowano rekordowe 412 przestępstw. W większości przypadków dotyczą one wymuszeń, przemocy lub są natury seksualnej. W Irlandii zanotowano jednak jeden przypadek gwałtu na osobie, która poznała kogoś przez Tindera, a także skazano nauczyciela, który za pośrednictwem Grindr „uwodził” 14-letniego chłopca. Szczególnie narażeni są tutaj początkujący użytkownicy tego typu aplikacji, którzy najczęściej nie zdają sobie sprawy z ryzyka i potencjalnych zagrożeń.

Można wiele mówić o Tinderze i podobnych mu aplikacjach. W pewnym sensie jest on symbolem stale ewoluujących mechanizmów komunikacji interpersonalnej i zmieniającej się mentalności społecznej. Na gorsze czy na lepsze – to już kwestia subiektywnej oceny. Po prostu warto być świadomym, że u podstaw tej aplikacji leży coś więcej niż prosty kawałek kodu agregujący osoby z okolicy, a umawianie się z nieznajomymi jest równie ryzykowne jak podawanie swojego adresu na chacie w latach ’90.