7

To mógł być dobry dokument medyczny. Ale jest… zbyt amerykański. „Szukając Diagnozy”

Od zawsze kręciły mnie seriale medyczne, a zatem obejrzałem wszystkie odcinki Ostrego Dyżuru i House M.D. Chirurdzy mnie jakoś nie porwali, bo tam było więcej seksu, związków i perypetii niż zagadek medycznych, a Siostra Jackie wydawała się być marną podróbką Gregory'ego House'a. Do "Szukając Diagnozy" podszedłem z dużymi oczekiwaniami, a seans zakończyłem z niemałym zawodem.

Siedem odcinków tego serialu dokumentalnego wciągnąłem w jeden wieczór, jednak nie byłem zadowolony. Trwające po około 45 minut historie osób, które cierpią na bardzo rzadkie, trudne do zdiagnozowania choroby może i są ciekawe, ale zdecydowanie za mało w nich „medycznego mięsa”. Ci, którzy szukają tam wymagającej zaangażowania intelektualnego produkcji z pewnością się zawiodą: w momencie postawienia jednoznacznego rozpoznania, łapiemy się na tym, że niewiele wiemy na temat samych przypadków. A widz przecież też chciałby sobie pozgadywać, na cóż może chorować konkretna osoba?

Czytaj również: Podłączanie internetu do telewizora? Wolałbym nie…

Tak, właśnie tego oczekiwałem po „Szukając Diagnozy”. Że zasiądę przed telewizorem i wraz z Lisą Sanders będę zastanawiał się, czy takie i takie symptomy bardziej pasują do przewlekłej zapalnej polineuropatii demielinizacyjnej, czy też może lepszym typem są efekty uboczne przyjmowania leków przeciw nowotworowi układu krwiotwórczego. Widz nie ma na to czasu i nie uzyskuje ku temu żadnych istotnych danych. Jest jedynie krótki opis przypadku bez diagnostycznych smaczków.

Dokument skupia się na prawdziwych przypadkach. I to jest plus

Zresztą, nie mogło być inaczej. Dr Lisa Sanders zajmująca się diagnozowaniem ekstremalnie rzadkich przypadków prowadzi własną kolumnę w New York Times, gdzie zapoznaje czytelników z niewyjaśnionymi zagadkami medycznymi i prosi ich o pomoc. Zgłaszają się do niej nie tylko lekarze, ale i „pasjonaci”, a także chore osoby z podobnymi symptomami. Każdy odcinek rozpoczyna się tak samo: widz zaznajamia się z pacjentem, a następnie Lisa Sanders pisze tekst do kolumny w NYT. Następnie czytelnicy proponują rozwiązania danego problemu.

W tej formule zwyczajnie zabrakło zaangażowania widzów w rozwikływanie zagadki. Po prostu nie ma na to czasu, a także brakuje mnóstwa danych. A przecież ten serial aż się o to prosi: dużo lepiej bym się bawił, gdybym przed ekranem siedział z kartką i długopisem i próbował wymyślić rozwiązanie „po swojemu”. Gdybym trafił, cieszyłbym się jak dziecko, a w razie niepowodzenia – nauczyłbym się czegoś nowego.

Tymczasem, widać, że ten serial został stworzony dla mało wymagającego, biernego Amerykańskiego widza. Takiego, który zasiądzie przed telewizorem lub komputerem i spodziewa się niezobowiązującej rozrywki zahaczającej o trudne przypadki medyczne. I takiemu odbiorcy serial z pewnością się spodoba. Jednak, gdy tylko zaczniecie od „Szukając Diagnozy” oczekiwać czegoś więcej, będziecie zawodzić się na nowo wraz z każdym odcinkiem.

To mógł być dobry serial medyczny. Jest tylko mierny

Właśnie przez swoją „amerykańskość”, ale może być i tak, że ja zwyczajnie oczekuję zbyt wiele od produkcji w serwisie Netflix. W House M.D zdarzało się, że widz próbował szukać wyjaśnień wraz z zespołem Gregory’ego House’a, bo miał tam dostęp do znacznie większej ilości danych o pacjencie – wszystko to zaś podane było w doskonale doprawionej otoczce. Niuanse diagnostyczne w „Szukając Diagnozy” potraktowano zaś nieco po macoszemu.