29

Strona porno broni praw LGBT w USA blokując dostęp do swoich zasobów

Strona porno xHamster wypowiedziała "wojnę" mieszkańcom Karoliny Północnej. Przynajmniej tym, którzy korzystają z tego serwisu. Najpierw stała się dla nich niedostępna, potem postanowiła informować o hipokryzji. Ciekawa sprawa: serwis nie został zablokowany przez urzędników czy hakerów - postanowił sam się zablokować na danym obszarze, by ukarać użytkowników. Wprowadził przy tym odpowiedzialność zbiorową. Kto wie, może takie akcje będą się zdarzać częściej?

Zacznę od prośby – tekst nie jest o ruchu LGBT, ani o tym, czy zgadzam się z prawem obowiązującym w USA. Ja Was nie wciągam w dyskusje tego typu (zwłaszcza wulgarne), mam nadzieję, że sami też ich nie rozpoczniecie. Temat dotyczy działań pewnego serwisu i to powinno być przedmiotem rozmowy. Szanujmy się.

Strona porno niedostępna w Karolinie Północnej

Jeżeli w poniedziałek ktoś ze wspomnianego stanu próbował przeglądać treści w serwisie xHamster, szybko napotykał na „ścianę”. Okazywało się, że działa blokada obowiązująca wszystkich z IP wskazującym na Karoline Północną (i tym razem to nie był żart). Dlaczego akurat ten stan? Ponieważ zaczęły w nim obowiązywać przepisy, które przez część społeczeństwa zostały uznane za dyskryminujące mniejszości seksualne. W obronie tych ostatnich stanęli znani ludzie z USA – wystarczy wspomnieć Bruce’a Springsteena. Przeciw nowym przepisom wystąpili też przedstawiciele firm technologicznych i to kilkudziesięciu. W gronie tym znajdziemy m.in. szefów Twittera, Google, IBM, Microsoftu, Facebooka czy Apple. Wszyscy podpisali petycję, w której domagają się zmiany prawa.

Szybko pojawiły się głosy, że Karolina Północna ucierpi nie tylko wizerunkowo, ale też ekonomicznie, bo niektóre inwestycje mogą zostać wstrzymane w ramach nacisku na władze stanowe. Można mówić o zaskoczeniu? Chyba nie – Dolina Krzemowa niejednokrotnie pokazywała, że w kwestii dyskryminacji jest dość jednomyślna i potrafi uderzyć pięścią w stół. Jednak od słów do czynów droga daleka. Tu pojawia się bohater wpisu, strona porno xHamster. Serwis nie poprzestał na petycji, lecz wykonał konkretny ruch i sprawił, że użytkownicy z Karoliny Północnej szybko go posmakowali.

Początkowa blokada została później zmieniona na baner, który informował, jakich treści szukali na stronie ludzie wchodzący na nią z Karoliny Północnej. Chodziło przede wszystkim o filmy uznawane przez część społeczeństwa za promocję dewiacji. W ten sposób próbowano wytknąć hipokryzję. Ma sens? Tylko przy założeniu, że z tych treści rzeczywiście korzystają ludzie występujący oficjalnie przeciw środowisku LGBT. Przecież Karoliny Północnej nie zamieszkuje społeczeństwo o jednakowych poglądach i preferencjach. Tymczasem zastosowano odpowiedzialność zbiorową i wszystkich wrzucono do jednego wora. Niby problem, ale załóżmy, że jakoś to przeżyją. Pojawia się jednak pytanie: czy w ślady xHamseter pójdą inni? I to w różnych sytuacjach.

Banujemy, macie czas, by się zastanowić

Od wczoraj zadaję sobie pytanie o podobne akcje w przyszłości. Intryguje mnie to, czy może się pojawić moda na wykluczanie jakiejś społeczności i stosowanie odpowiedzialności zbiorowej w celu wywierania nacisku. To może dotyczyć kraju, regionu czy miasta. xHamster dość szybko zmienił formę protestu, możliwe, że wpływ miał na to czynnik ekonomiczny. Załóżmy jednak, że ktoś będzie bardziej konsekwentny. Ma szansę namieszać? To chyba mało prawdopodobne i dotyczyłoby raczej stron/firm o naprawdę dużym zasięgu, potentatów i monopolistów. Strona porno stoi na przegranej pozycji, bo konkurencja jest spora. A prawdziwy fan danego adresu obejdzie blokadę, jeśli będzie chciał.

Ale co z Google czy Facebookiem, który wczoraj pokazał, jak szybko i spektakularnie zamierza się rozwijać? Gdyby firma Zuckerberga postanowiła wywierać presję na jakieś społeczeństwo, miałaby do tego odpowiednie narzędzia, część użytkowników uznałaby to za karę bardziej dotkliwą niż sankcje ekonomiczne nałożone na kraj. Czy Facebook dojdzie kiedyś do tego etapu? Czy będzie się mieszał aż tak mocno i zastosuje mocniejsze środki niż petycje albo słowna krytyka? Czy Google mogłoby wyłączyć jakieś usługi, by „zachęcić” społeczeństwo do zmiany prawa albo jakiejś decyzji? Prawdopodobnie nie dojdzie do tego i to głównie z przyczyn ekonomicznych – można się z kimś nie zgadzać, ale jednocześnie nie przeszkadza to w robieniu wspólnych interesów, zarabianiu na nim.

Pojawia się też wątek dyskryminacji – tym razem stosowanej przez stronę internetową. Z tym pewnie można już pójść do sądu. Taka dyskryminacja ma miejsce i dzisiaj, Polska dobrym przykładem (część usług dostępnych na Zachodzie jest u nas niedostępna lub są one okrojone), ale póki co jest ona tłumaczona raczej względami biznesowymi, a nie politycznymi czy światopoglądowymi. zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej, nawet w słusznej sprawie pewnie napotkałoby na opór i zderzyłoby się z falą krytyki. Strona porno i jej blokada raczej nie wywołają trzęsienia ziemi. Pewności jednak mieć nie można…