50

Microsoft przegrał rynek mobilny przez… Billa Gatesa?

Microsoft przegrał rynek mobilny, przynajmniej segment smartfonów - wspominałem o tym kilka dni temu, gdy pisałem o totalnej dominacji Androida. Jedynym konkurentem zielonego robota jest dzisiaj iOS, reszta przestała się liczyć. Firma z Redmond utopiła w staraniach o zaistnienie w sektorze grube miliardy dolarów i nie brakuje pytań o to, gdzie popełniono błąd, czy można było rozegrać to inaczej. Na część z nich odpowiedział były CEO korporacji.

Steve Ballmer w rozmowie z Bloombergiem wypowiedział się w kwestiach, które co jakiś czas zaprzątają głowy dziennikarzy, analityków lub po prostu osób zainteresowanych branżą. Jego słowa stawiają całą sprawę w nowym świetle, można wręcz stwierdzić, że Ballmer próbuje się bronić przed zarzutami o przegraną wojnę na rynku mobilnym. Były CEO Microsoftu przyznaje, że Microsoft się spóźnił, że chciałby rozegrać to inaczej, ale jednocześnie nie stwierdza, że to on popełnił błąd – wręcz przeciwnie, zapewnia, iż w miarę wcześnie chciał wprowadzić Microsoft na rynek sprzętu mobilnego, ale nie uzyskał poparcia swego poprzednika, Billa Gatesa.

Gates i Ballmer to wielcy udziałowcy Microsoftu, osoby, które poświęciły firmie lata swojego życia, uczyniły z niej technologicznego giganta. I chociaż byli przyjaciółmi, to wedle słów Ballmera, poróżniła ich właśnie kwestia wprowadzenia Microsoftu na nowe tory: Steve Ballmer chciał, by korporacja tworzyła także sprzęt, Gates obstawał za pozostaniem przy sofcie. Zarząd popierał w tym przypadku Gatesa, a czas mijał. W końcu CEO dopiął swego, w roku 2012 wypuszczono na rynek tablet Surface, dokonano też przejęcia oddziału komórkowego Nokii. Oba wydarzenia nastąpiły jednak zbyt późno. O ile Surface jakoś sobie poradził i eksperyment zaczyna przynosić pozytywne rezultaty, o tyle transakcja z Nokią okazała się klęsk, utopiono olbrzymie pieniądze, a biznes zrównano ostatecznie z ziemią. Posłuchano Ballmera, ale zbyt późno, przejmowanie producenta komórek w tym czasie nie miało już sensu.

Czy to tłumaczenie brzmi logicznie? Cóż, chętnie przeczytałbym, jak widzi to Gates, ale… wierzę Ballmerowi. Romans z Nokią zaczął się przecież znacznie wcześniej i można zakładać, że CEO Microsoftu już wtedy chciał pójść dalej, lecz miał związane ręce. Gdy w końcu dopiął swego, przegrana była nie tylko bitwa, ale wręcz cała wojna. Nie pozostawało nic innego, jak podziękować i przejść na emeryturę. Na swoje nieszczęście odszedł z „garbem” – to on kojarzony będzie z mobilną klęską, to jego uznaje się dzisiaj za „księgowego”, a Gatesa nazywa wizjonerem. Na pocieszenie zostaje Ballmerowi fakt, że Microsoft rozwija linię Surface i wywołuje nią spore zamieszanie. Pisałem niedawno, że sprzętem Surface Studio korporacja z Redmond „przykryła” nowe laptopy Apple.

W rozmowie pojawił się także wątek słynnej wypowiedzi CEO Microsoftu, w której kpił z iPhone’a, nie wierzył w to, że ludzie będą kupować telefon za kilkaset dolarów. Jak dzisiaj odnosi się do tego Steve Ballmer? W jakimś stopniu przyznaje się do błędu, stwierdza, że nie zrozumiał modelu biznesowego, w jakim Apple zamierzało podbić rynek. Chodzi o współpracę z operatorami i rozbicie tych kilkuset dolarów na kwoty wliczane do comiesięcznego rachunku za usługi telefoniczne. Pytanie, czy takie tłumaczenie rzeczywiście gra na jego korzyść?

Osobiście nadal zamierzam bronić następcy Gatesa, w moim odczuciu Steve Ballmer zrobił dla korporacji więcej dobrego, niż złego: firma utopiła w przeróżnych projektach wielkie pieniądze, ale to za jego rządów zaczęła zarabiać olbrzymie sumy, stanęła na dwóch solidnych filarach. Satya Nadella ma dzisiaj spory komfort, bo Microsoft nie jest uzależniony od wpływów z reklamy (jak Google czy Facebook) albo sprzedaży jednego produktu (jak Apple). Ciekawe, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby Gates i spółka posłuchali Ballmera kilka lat wcześniej i pozwolili mu wejść w produkcję sprzętu mobilnego? Może Apple miałoby dzisiaj solidnego rywala? A może nie zmieniłoby się zbyt wiele i Microsoft i tak lizałby rany po nieudanej ofensywie – wszystko jest przecież możliwe…