26

Startupy to nie przelewki – wszyscy chcą zarżnąć Airbnb

AirBnb to serwis, który pokochały miliony. Dzięki swojej prostocie i przydatności zawładnął on sercami zarówno Amerykanów jak i Europejczyków. Chociaż pomysł jest w swojej prostocie piękny i każdy CEO startupu życzyłby sobie tak szybkiego rozwoju swojego biznesu to są ludzie, którym ten biznes i jego sukces jest nie w smak. Zasadniczo każdy biznes rodzi pewne […]

AirBnb to serwis, który pokochały miliony. Dzięki swojej prostocie i przydatności zawładnął on sercami zarówno Amerykanów jak i Europejczyków. Chociaż pomysł jest w swojej prostocie piękny i każdy CEO startupu życzyłby sobie tak szybkiego rozwoju swojego biznesu to są ludzie, którym ten biznes i jego sukces jest nie w smak.

Zasadniczo każdy biznes rodzi pewne ryzyko, bo z każdą setką kochających i ubóstwiających dany produkt czy usługę pojawia się też kilka osób, które najchętniej by go zniszczyło, zrównało z ziemią, a najchętniej o nim zapomniało. Zazdrość to dziwne uczucie, pożądane przez kochanków, nienawidzone przez biznesmanów i startupowców.

Jak każdy dobry, a co najważniejsze dochodowy biznes i Airbnb ma swoją rzeszę hejterów, którzy każdym możliwym sposobem próbują zniszczyć ten biznes. Na polu biznesowym z konkurencją można walczyć na dwa sposoby – czysty i konkurencyjny oraz w sposób brudny i niegodny. Ten pierwszy IMO jest ciekawszy, bo wykorzystuje się różnego rodzaju techniki PR, ciekawe kreacje reklamowe by ściągnąć klientów konkurencji do siebie. Dzięki temu sposobowi rynek sam się nakręca, konkurencja jest naturalna, a wszystko to na granicy zasad fair play. Drugi sposób charakteryzuje się podłymi sztuczkami, wredotą, podkładaniem sobie min i kombinacją.

Niestety w przypadku Airbnb, konkurencja postanowiła wykorzystać tę drugą metodę. Władze Quebecu w Kanadzie od pewnego czasu zaczęły prowadzić dziwną politykę wobec mieszkańców, którzy korzystają z usług rzeczonego startupu i wynajmują swoje mieszkania obcym ludziom. Władze Quebec prowadzą sprawy ponad 2000 osób, które są oskarżone o krótkoterminowy wynajem swoich mieszkań bez odpowiedniego zezwolenia. Nomen omen takowe zezwolenie kosztuje 250 dolarów kanadyjskich i trzeba je odnawiać co miesiąc!

Władze zaczęły bawić się nawet w agenta Tomka i sztucznie zaczęły rezerwować mieszkania poprzez serwis Airbnb tylko po to by namierzyć kolejne osoby. Dziwne poczynania władz tego miasta zaczęły się w dniu, w którym Nowojorski Sąd orzekł, iż Airbnb na terenie stanu Nowy Jork jest nielegalny. Argumentował to tym, że wynajem mieszkań obcym osobom, nawet na krótki okres narusza prawo. W dużym skrócie chodzi o to, że nie każdy może sobie ot tak wynajmować na krótki okres swojego mieszkania, bo od tego są hotele. Tym samym ludzie korzystający z Airbnb naruszali to „prawo hotelowe”, odbierając pieniądze właścicielom hoteli.

Wygląda na to, że branża hotelowa obudziła się i zobaczyła jakim zagrożeniem jest ten szybko rosnący w siłę startup. W końcu 10 milionów aktywnych użytkowników mówi samo za siebie, bo to przecież 10 milionów wolnych pokoi w hotelach w roku. Ta liczba z miesiąca na miesiąc się powiększa. Prawdopodobnie hotelarze wcześniej myśleli, że startup ten będzie podobny do couchsurfingu. Czyli, że użytkownicy będą szukali tanich noclegów, co oznaczałoby niewielki odpływ klientów od hoteli. Nawet jeden amerykański hotelowy bloger dostrzegł, że takie myślenie było i jest błędne.

Faktycznie większość ludzi, początkowo nie zachwycało się Airbnb, bo większość myślało podobnie jak ci właśnie hotelarze, którzy teraz biją pianę i każdym możliwym sposobem próbują ten biznes ukrócić. Jednak Airbnb ma tysiące pokoi i domów do wynajęcia, których standard jest często dużo lepszy niż ten, który możemy spotkać w hotelach. Jeden z moich znajomych, który często podróżuje w celach biznesowych sam stwierdził, że woli wybierać spośród oferty Airbnb, bo nudzą go hotele, które są ciągle takie same! Dzięki temu startupowi w każdej podróży czuje się jak podczas przygody jego życia, za każdym razem inne mieszkanie, inna okolica – po prostu coś nowego. Co ciekawe, Quebec i Nowy Jork to nie jedyne miasta, które walczą z Airbnb. Lista jest o wiele dłuższa, bo można znaleźć na niej niektóre miasta w Nowej Zelandii, kilka miast w Holandii, a prawdopodobnie już niedługo trzeba będzie dopisać Madryt, Barcelonę, Walencję oraz Paryż, gdyż miasta te także planują podjąć walkę z tym startupem.

Istnieją dwa powody, z których niektóre miasta w Hiszpanii planują zbanować Airbnb. Po pierwsze, według raportu przygotowanego przez La Caixa przez działalność Airbnb turyści nie płacą tzw. opłaty klimatycznej – rocznie jest ich około 1,1 miliarda (opłata wynosi od 10 – 15 euro). Oznacza to, że rządowi uciekają pieniądze z kieszeni, a czarny rynek wynajmu mieszkań kwitnie w najlepsze. Drugi powód wydaje się dosyć błahy, ale często o nim zapominamy.

Hotele i motele muszą spełniać pewne zasady między innymi BHP i P. Poż., których niekoniecznie przestrzegać muszą wynajmujący swoje mieszkania. Bo większość domów raczej nie posiada czujników dymu, gaśnic, oznaczonych dróg ewakuacyjnych czy spryskiwaczy. Jeżeli dobrze by poszukać to na pewno znalazłoby się myszy czy innego rodzaju „lokatorów” w wynajmowanych mieszkaniach przez Airbnb. Oczywiście są hotele, które nie przestrzegają tych zasad, ale kto do nich jeździ? Nikt! Padają szybciej niż mucha po wciągnięciu chmury Raidu.

Logiczne jest, że to nie ustawodawcy chcą puścić z torbami twórców Airbnb, a hotelowe lobby. Rządy poszczególnych krajów raczej byłyby skore do pójścia na jakąś ugodę pod warunkiem, że część pieniędzy, która trafia do kieszeni twórców tego popularnego startupu trafi do skarbu państwa. Sprawy jednak poszły już trochę za daleko i tu nasuwa się pytanie, czy będziemy świadkami wielkiego upadku dobrze zapowiadającego się startupu, czy też może jego twórcy sięgną głęboko do kieszeni i postanowią walczyć na wielu frontach o swoje?

źródło, źródło, źródło, źródło