138

Sam jestem zaskoczony, bo to jedyny serial, na którego nowe odcinki regularnie czekam

W życiu bym nie pomyślał, że jakikolwiek serial z uniwersum Star Trek będzie przeze mnie co tydzień wyczekiwany. I pierwszy raz od dawna nie tęsknię za umieszczaniem na Netflix całego sezonu za jednym zamachem.

Przyzwyczaiłem się już do tego, że kiedy piszę na Antyweb o jakimś filmie lub serialu na Netflix i mówię wprost, że mi się podoba – na ogół pierwsze komentarze uświadamiają mnie, że jestem jedyny. Po części wpisuje się to w formułę bloga, gdzie moim zdaniem przychodzi się po opinie konkretnych autorów uznając, że jeśli mamy podobny gust – pewnie dzięki takiemu tekstowi zostanie się zachęconym lub zniechęconym do obejrzenia konkretnej produkcji. I ja na dobrą sprawę właśnie w ten sposób trafiłem na Star Trek: Discovery, który przez jakiś czas omijałem szerokim łukiem. Dlaczego? Bardzo lubię stare filmy Star Trek, a będąc nastolatkiem często siadałem przed telewizorem żeby obejrzeć Star Trek: Następne pokolenie i Star Trek: Stacja Kosmiczna. To jednak wyglądało tak – w sercu tylko Gwiezdne Wojny, a w telewizji leci Star Trek, więc oglądam. Część z Was pamięta te czasy, łykało się każde łatwo dostępne sci-fi niezależnie od tego, czy seria była ulubioną, czy nie. Natomiast nowe filmy kinowe jakoś niespecjalnie przypadły mi do gustu – gdzieś zatracono klimat stawiając na wartką akcję i świetne efekty. O takie akcyjniaki w kosmosie, ani bardzo dobre, ani bardzo złe – nie mają jednak w sobie nic, co ciągnęłoby mnie do kina.

To nie jest Star Trek jaki znamy

Do pierwszego sezonu Star Trek: Discovery usiadłem więc bez większych oczekiwań mając w pamięci wiele miałkich ocen oraz zamieszanie wokół wątku homoseksualnego. Totalnie takich akcji nie rozumiem, ale przyklejają się one do filmu i serialu na tyle mocno, że aż przykro potem czytać różnego rodzaju wywody na ten temat. Nie wiem wtedy co gorsze – głosy fanów, którzy nie mogą tego zaakceptować, czy osoby chcące postawić producentom pomnik za tak odważną decyzję. Obejrzałem pierwszy sezon dość szybko, ciężko mnie od niego było odciągnąć, bardzo przypadł mi do gustu, a wspomniany wątek świetnie wpisał się w fabułę, miał ręce i nogi.

Wielokrotnie czytałem o tym, że pierwszy sezon Star Trek: Discovery mógłby być lepszy, ambitniejszy. Tymczasem mi bardzo podobało się, że Federacja nie jest już tak krystalicznie czysta i choć przynajmniej raz na odcinek przypomina o swoich wartościach, pokazuje też „ludzką” stronę usprawiedliwianą walką z wrogiem. Opowieść miała kilka fajnych zwrotów akcji, ciekawych bohaterów i niesamowite efekty specjalne. Zachęceni? W takim razie napiszę też, że dobrze oglądało mi się wypuszczone niedawno Nightflyers, więc już wiecie, że moja opinia może kompletnie nie wpisać się w Wasz gust.

Drugi sezon Star Trek: Discovery jest jeszcze lepszy

Drugi sezon Star Trek: Discovery oglądał już regularnie, łykając co tydzień nowy odcinek. I wiecie co? Podoba mi się jeszcze bardziej niż pierwszy. Producenci w ciekawy sposób ciągną wątki dotyczące głównych postaci, część z nich wraca by nadać opowieści z pierwszego sezonu większej głębi. W mojej opinii wygląda to tak, że poprzedni sezon nakreślił pewne kluczowe dla fabuły kwestie, a dwójka czerpie z niego pełnymi garściami dodając kolejne warstwy – obawiam się oczywiście o to, że w którymś momencie producenci zakręcą za mocno i zgubią sens poszczególnych elementów, jednak na etapie aktualnego 5 odcinka drugiego sezonu wychodzi im to wzorowo. Jednym z głównych zarzutów względem pierwszego sezonu było rozciąganie jednego głównego tematu na wszystkie odcinki. No cóż, to prawda – wszystko jednak zależy od tego czego oczekujecie od serialu. W tym przypadku zamykanie jednej opowieści na przestrzeni jednego odcinka sprawiłoby, że dostalibyśmy wiele potraktowanych po łebkach wątków bez zachowania ciągłości treści. Uspokajam więc lub przestrzegam – w drugim sezonie wygląda to identycznie.

Star Trek: Discovery to moim zdaniem świetna uczta dla oczu i niezły test dla telewizorów z HDR-em. Sam oglądam serial na bardzo dobrym ekranie OLED Sony Bravia A1 i powiem Wam, że nie wyobrażam już sobie powrotu do wyświetlacza bez technologii obrazu o rozszerzonym zakresie dynamiki. Próbowałem nawet obejrzeć jeden odcinek na najzwyklejszym w świecie monitorze i odpuściłem, serio szkoda tracić zabawę światłem i wizualną wycieczkę po kosmicznym świecie serialu. I gdyby nawet od kolejnego odcinka wszystko fabularnie siadło, wymęczyłbym serial do końca tylko ze względu na jego oprawę. Jeśli więc macie jakikolwiek telewizor z HDR-em, dla samej zabawy obrazem włączcie kilka odcinków Discovery żeby zobaczyć, na co wydaliście swoje ciężko zarobione pieniądze.

Nie tylko dla fanów Star Trek

Dla kogo jest ten serial? Trekkies nie będą zachwyceni, ale z uwagi na niewielkie możliwości wyboru i tak obejrzą. Discovery robi jednak coś, czego wcześniejsze Star Treki nie potrafiły – zainteresuje osoby, które zawsze omijały to uniwersum szerokim łukiem. Głównie dlatego, że nie udało się zachować tego specyficznego klimatu wcześniejszych obrazów (choć to również zarzut do filmów kinowych ostatnich lat). A to oznacza, że serial może spodobać się każdemu, a nie tylko fanom ST.

Zachęceni czy raczej zniechęceni? Daliście Discovery szansę, czy odpadliście po pierwszym odcinku?