2

Spędziłem niedzielny wieczór biegając po wirtualnym świecie, szukając egzotycznego karabinu

Jedni wolny wieczór spędzają na spacerze, inni na spotkaniu ze znajomymi. A ja postanowiłem włączyć konsolę, polecieć w kosmos i szukać karabinu. „Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma…”.

Stało się, za sprawą dodatku Rise of Iron wróciłem do Destiny. Na recenzję nowego rozszerzenia będziecie jednak musieli jeszcze chwilę poczekać – krótka kampania to jedynie fragment nowej zawartości i ocenianie na jej podstawie rozszerzenia do takiej gry to moim zdaniem herezja. Nie mam w zwyczaju czytać opracowań o wszystkich grach, jeśli jednak wsiąkam, to na całego. I znów dałem się wciągnąć w świat kosmicznego Destiny.

Destiny to jedna z tych gier, którą trudno docenić muskając jedynie powierzchnię. A takie można mieć odczucie zaliczając kampanię z podstawki i jakiegokolwiek wydanego do tej pory dodatku. Dlatego już od premiery na pytanie „czy warto kupić Destiny, przejść i odsprzedać” odpowiadałem krótko – nie. Ale żeby było jasne, nie mogę pochwalić się setkami godzin spędzonych przy grze. Pierwszy rok w Destiny nie był łatwy, loot (wypadające przedmioty i engramy, z których odkodowuje się przedmioty, w tym bronie) leciał tragiczny. Nawet jeśli engram (schemat) sugerował, że dostaniemy coś więcej niż najzwyklejszy hełm czy karabin, ostatecznie po odkodowaniu okazywał się dziadostwem, które nadawało się praktycznie tylko do rozmontowania. Masa osób zrezygnowała wtedy z Destiny i ja zaliczam się do tej grupy. Choć oczywiście mam z grą masę świetnych wspomnień, również związanych z tak zwanym „farmieniem”, czyli znajdowaniem zglitchowanego miejsca, w którym trochę naginając zasady gry, gromadzi się loot.

Do Destiny wróciłem na dobrą sprawę dopiero rok temu, przy okazji świetnego dodatku The Taken King, w recenzji którego nie omieszkałem wypunktować problemów pełnej wersji gry. Nie ukrywam, że gra mimo poprawy wylądowała na półce na długie miesiące i teraz doskonale wiem, że będę do Destiny wracał co jakiś czas, najprawdopodobniej kiedy grający ze mną w sieci znajomi poczują tak zwaną chęć na powrót lub gdy gra dostanie nowe rozszerzenie. Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że przy każdym powrocie znów zapala się we mnie ten płomień, który przyciąga mnie do telewizora na długie godziny.

No dobrze, skoro przydługi wstęp mamy już za sobą, chciałem przypomnieć Wam co tak naprawdę wciąga mnie w tego typu grach. Nowy dodatek to nowe zadania, nowe przedmioty, których znalezienie może albo napsuć krwi albo przynieść frajdę. Na ogół okazuje się, że wszystkiego po trochu i tak właśnie miałem wczoraj spędzając cały późny wieczór na próbie zdobycia karabinu Khvostov 7G-0X, czyli ulepszonej, egzotycznej wersji popularnego w Destiny sprzętu.

Czasy, gdy blokowało się w grach na dobre, już dawno odeszły do lamusa. Teraz gdy planujecie znaleźć jakiś przedmiot czy pokonać jakąś zagadkę nie trzeba już czekać na solucję w papierowej gazecie, błyskawicznie wręcz pojawiają się na YouTube dokładne wskazówki co i jak zrobić. Moim zdaniem to nie wstyd z takich udogodnień korzystać i chętnie oglądam wszelkie materiały dotyczące właśnie spraw związanych z Destiny. W sieci jest cała masa wkręconych na maksa ludzi i szkoda z ich wiedzy nie korzystać. Owszem, psuje to trochę przyjemność z samodzielnego poznawania gry, ale wciąż jest wyzwaniem.

Mamy więc karabin Khvostov 7G-0X, który chcę mieć. Ostatecznie nie okazał się tak mocny, jakbym tego chciał i pewnie niedługo wyląduje w schowku, ale przecież chodzi o to, by gonić króliczka, a nie żeby go złapać. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że jego zdobycie jest banalnie proste i w sumie jest – jeśli znacie miejscówki w Destiny. Ja nie mam aż tak dobrej pamięci by narysować sobie w głowie mapę każdej gry i kiedy któryś tytuł ląduje na dłużej na półce, część informacji mi ucieka. I to w przypadku poszukiwań tego egzotyka było dla mnie największym wyzwaniem, bo nawet jeśli pamiętałem co gdzie jest, to drobne kosmetyczne zmiany na starych miejscówkach (a te wprowadza Rise of Iron) zrobiły mi w głowie mętlik. No, ale ostatecznie się udało i w ekwipunku świeci kolejny egzotyk. Zostało mi go jeszcze sprawdzić w akcji, bo po ogarnięciu własnego egzemplarza miałem biegania po wirtualnej Ziemi dosyć.

Ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że bawiłem się świetnie – jasno określony cel, jasno określone działania by zdobyć konkretny przedmiot. Trochę czasu, trochę samozaparcia i frajda z dopięcia swego przysłoniła ewentualne chwile irytacji, które pojawiły się w całym procesie. Takie właśnie jest Destiny i wielka szkoda, że większość recenzji nie została zaktualizowana po zmianach, lepszym dostosowaniu gry do graczy spędzających w niej długie godziny. No i przede wszystkim samej zawartości jest nieporównywalnie więcej.

O, Winiarskiemu się przypomniało, że nie trzeba przez gry przebiegać i można czerpać przyjemność z drobnych aktywności” – napiszecie. Dokładnie tak, właśnie w myśl tej tezy chciałem Wam o Desitny przypomnieć. Tym samym Destiny, o którym podobno wszyscy zapomnieli, a po premierze dodatku Rise of Iron ciężko było w ogóle grę włączyć, ustawiały się bowiem gigantyczne wirtualne kolejki. Tym samym Destiny, które miało swoją premierę dwa lata temu i w przeciwieństwie do strzelanek pokroju Call of Duty czy Battlefield nie doczekało się przez ten czas kolejnych odsłon. Jestem w stanie uwierzyć, że Bungie będzie w stanie rozwijać tę grę jeszcze przez kilka lat, choć oczywiście plany te może pokrzyżować premiera nowych konsol – PlayStation 4 Pro i Xbox One Scorpio. Pewnie teraz ekipa pluje sobie w brodę, że nie zdecydowała się na PC-tową wersję, która podobnie jak World of Warcraft mogłaby sobie żyć spokojnie przez długie lata i po prostu dostosowywać się do zmian w sprzęcie.