Ostatnio bardzo wiele miejsca poświęca się dronom, zarówno w tzw. „nowych mediach”, jak i tradycyjnych środkach przekazu. Niestety coraz częściej czytamy o dronach w kontekście niezbyt pozytywnych wydarzeń. Niezrażony tym wszystkim postanowiłem spełnić swoje marzenie z dawnych czasów i dokonać testów jednego z dronów, jakie możecie nabyć na polskim rynku. Nie sądziłem, że Parrot AR.Drone […]

Ostatnio bardzo wiele miejsca poświęca się dronom, zarówno w tzw. „nowych mediach”, jak i tradycyjnych środkach przekazu. Niestety coraz częściej czytamy o dronach w kontekście niezbyt pozytywnych wydarzeń. Niezrażony tym wszystkim postanowiłem spełnić swoje marzenie z dawnych czasów i dokonać testów jednego z dronów, jakie możecie nabyć na polskim rynku. Nie sądziłem, że Parrot AR.Drone 2.0 przyniesie mi tyle emocji.

Przez wiele lat markę Parrot kojarzyłem jako producenta bardzo dobrych zestawów głośnomówiących. Teraz przyszła pora zweryfikować swoją opinię. Od teraz Parrot to dla mnie producent gadżetu, który jest marzeniem wielu miłośników nowinek ze świata technologii. Drony wzbudzają bardzo wiele emocji, tak też było również podczas tego testu. Już sam karton wzbudzał zainteresowanie nie tylko współpracowników, domowników, ale także przechodniów. Na pierwsze testy nie musiałem długo czekać, gdyż dron jest gotowy do użytku w ciągu paru minut. Wystarczy jedynie podłączyć akumulator, założyć kadłub, zainstalować aplikację mobilną i połączyć się z dronem. W ciągu chwili od wyjęcia drona z opakowania, możemy wzbić się nim w powietrze.



















To, co należy zaznaczyć, to fakt, że dron został wykonany z bardzo lekkiego, a zarazem wytrzymałego włókna węglowego. Na stelażu zamontowano silniczki elektryczne, osiągające 28500 obrotów na minutę oraz wirniki, dzięki którym dron wzbije się w przestworza. Mózgiem drona jest procesor ARM Cortex A8 o taktowaniu rdzenia procesora czętotliwością 1 GHz, który do dyspozycji ma 1 GB pamięci RAM. Nad całością czuwa system Linux. Oczywiście do właściwego funkcjonowania został wyposażony w żyroskop, akcelerometr, barometr, magnetrometr oraz czujnik odległości. Pod korpusem znajdziemy też port USB, do którego możemy podłączyć pendrive, na którym zapiszemy zdjęcia i filmy nakręcone przy jego użyciu. W tym celu został wyposażony on w dwie kamery – jedną umieszczoną na spodzie urządzenia (jej jakość sprawia, że mogę powiedzieć tylko tyle, że jest) oraz kamerze, umieszczonej u dzioba drona o rozdzielczości matrycy 720p.

Zasilanie to coś, bez czego dron będzie tylko rekwizytem, stojącym na szafie. W zestawie znajdziemy akumulator o pojemności 1000 mAh, co nie jest dużą wartością – pozwoli on na lot przez około 12 minut, co też zależy od tego, jakie cuda zamierzamy nim wykonywać. Dlatego też warto wyposażyć się w dodatkowy akumulator o pojemności 1500 mAh, dzięki któremu zabawa potrwa około 18 minut. Tym samym podczas jednego wyjścia z domu możemy cieszyć się zabawą przez około 30 minut.

Niezależnie jak bardzo uważacie siebie za osobę obeznaną z nowościami technicznymi, to pierwsze loty niezależnie czy sterować będzie przy pomocy tabletu, smartfona i niezależnie która z trzech opcji wybierzecie odnośnie sterowania (przy pomocy wychylania smartfona, używania analogowych gałek umieszczonych na ekranie telefonu czy też przy pomocy „krzyżaka” umieszczonym na ekranie telefonu) pierwsze loty zakończą się mniejszymi lub większymi katastrofami. Nie ma się co zrażać do tego, gdyż po kilku lotach człowiek nabiera znacznie większej wprawy w sterowaniu urządzeniem.

Dron ze smartfonem łączy się przy pomocy Wi-Fi, co jak się okazało, może przynieść wiele dodatkowych atrakcji i przygód.

Sorry, Parrot wasz dron mi uciekł

Gdy większość osób oglądała finał Ligi Mistrzów, Tomasz z wypiekami na twarzy postanowił podczas sobotniego wieczoru polatać dronem. Wszystko przygotowałem do tego wydarzenia, akumulatory naładowane, smartfon Samsung Galaxy S4 również. Wszystko spakowane, miejsce wybrane – campus Morasku Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wybór ten nie był przypadkowy, duże parkingi, teren o niskiej zabudowie, łąki, pola i las na horyzoncie. Wydawało się, że to warunki idealne.

Wzbiłem się w powietrze, i rozkoszowałem się widokiem Poznania oraz zachodu słońca na ekranie smartfona, gdzie przekazywany jest w czasie rzeczywistym obraz z kamery drona. Od zawsze człowiek chciał się wzbijać wyżej i wyżej. W specyfikacji technicznej jest informacja o 100 m zasięgu sygnału Wi-Fi, jednak w innym miejscu, niestety nie pamiętam, gdzie wyczytałem, że zasięg to 50 m. Tym samym postanowiłem w aplikacji nałożyć kaganiec na drona. Mamy możliwość ustalenia nie tylko maksymalnej prędkości obrotowej wirników, ale także wychylenia drona oraz wysokości, na którą się wzniesie. Tym samym kaganiec ustaliłem na 45 metrów. Po lekturze instrukcji byłem też pewny, że gdyby coś się wydarzyło i łączność zostałaby zerwana, dron ustabilizuje swoją pozycję i obniży swój pułap do 6 metrów, na których zawiśnie w oczekiwaniu na odnowienie połączenia Wi-Fi.

Wzbiłem się w przestworza, o czym już powiedziałem, radość z latania dronem jest niesamowita. Jednak coraz bardziej wzmagał się wiatr, co też delikatnie znosiło z mojego kursu drona. Postanowiłem zatem przylecieć nim bliżej mnie oraz obniżyć pułap lotu. Wszystko wyglądało bardzo dobrze, myślałem, że ten manewr przebiega pomyślnie, ale tylko do pewnego momentu. W pewnym momencie dron przestał odpowiadać na moje komendy, nie obniżał pułapu lotu oraz zastygł na wychyleniu kadłuba we wcześniej zadanym kierunku. Po paru chwilach sytuacja przestała być zabawna, dron na wysokości 40 metrów zaczął po prostu mi uciekać. Przestał odpowiadać na komendy, wydawane przy pomocy aplikacji, jedynie na ekranie telefonu widziałem trasę lotu, a i sam dron na horyzoncie stawał się coraz mniejszym punktem. Pościg z telefonem w ręku również nie odniósł skutku. Dron w pewnym momencie zniknął. Ku mojemu przerażeniu kierował się nad budynkami uniwersytetu w kierunku lasu. W tym momencie modliłem się, by akumulator uległ rozładowaniu i dron po prostu spadł na ziemię, czy budynek. Tak jednak się nie stało. Dron zniknął, zgubiłem drona. Kilka dni wcześniej śmiałem się z przedstawicielem Parrota z wiadomości prasowych, mówiących o zgubieniu wojskowego drona przez Wojsko Polskie. Teraz podobna przygoda przytrafiła się i mi.

Szybko udałem się w kierunku, w którym odleciał dron. Nie zadziałał tryb mający sprowadzić drona na wysokość 6 m nad ziemia na której ma zawisnąć gdy z nim utracimy łączność. Zaczynało się ściemniać, w tle był gęsty las i stawy. Rozpocząłem wraz z bratem poszukiwania drona. Bez skutku, sprowadzone posiłki w osobie mojej dziewczyny dodały jedynie otuchy i sugerowały, by kolejny raz objechać okolicę samochodem. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to nadzieja, że dron jeszcze działa i będzie widać diody zamontowane na wirnikach. Po chwili jednak stwierdziłem, że jedyną szansą na odszukanie go, jest użycie aplikacji do skanowania sieci Wi-Fi w okolicy i informującej o ich parametrach. Z rozładowującym się telefonem z uruchomioną aplikacją, objechaliśmy całą okolicę dwukrotnie. Dopiero za trzecim razem, na chwilę pojawiła się na ekranie telefonu informacja o sieci, noszącej nazwę drona. Szybka decyzja, rozdzielamy się i zaczynamy szukać drona w lesie. Było już po zmroku, więc warunki nie były sprzyjające.

Wtem nastał cud, łut szczęścia, zrządzenie losu. Mój brat, który udał się do lasu na poszukiwanie drona i sieci Wi-Fi, znalazł go po dobrych 150 metrach spaceru. Muszę powiedzieć, że mieliśmy wiele szczęścia, gdyż zawisł on na drzewach na wysokości około 5-7 metrów, kilka metrów od jedynej w tej części lasu ścieżki, dodatkowo usytuował się w ten sposób, że widać było diody LED, zamontowane na wirnikach. Jakimś cudem udało się go zrzucić z tego drzewa. Po ponad 45 minutach dron został odnaleziony i odzyskany. Może dla wielu taka historia jest nudna i mało ciekawa, jednak z mojej perspektywy kosztowało mnie to wiele nerwów i sił. Na szczęście na drzewie udało się wypatrzeć świecące diody Parrot AR.Drone 2.0.

Uciekający dron, którego uwielbiam

Po odzyskaniu drona, okazało się, że całą sytuację nagrał on do samego końca, zapisując materiał wideo na włożonym wcześniej pendrive. Skróconą wersję „Uciekającego drona” można zobaczyć poniżej. Oszczędziłem Wam widoku zapadającego zmierzchu.

http://youtu.be/PHSYfSZYO08

Rekapitulując, uszkodzeniu w całej tej historii uległ tylko jeden wał śmigła ze stali hartowanej. Jego wygięcie uniemożliwiło późniejszą pracę wirnika. Postanowiłem zatem sprawdzić, jak przebiega serwis takiego drona. Zakupiłem w internecie zestaw, zawierający zarówno wały, przekładnie i zapinki. Koszt takiego zakupu wyniósł około 50 złotych. Bez użycia specjalistycznych narzędzi, które też można nabyć i służą do zdejmowania zapinek śmigieł, reperowanie drona zajęło mniej niż 15 minut. Każdy sobie z tym poradzi, tak samo jak z wymianą silnika, której dokonywałem już przy kolejnej okazji.

Rozbijamy skarbonkę

Muszę przyznać, że nie sądziłem, że testy drona spowodują tyle emocji i wspomnień, nie tylko moich, ale także bliskich mi osób. Jednego jestem pewny, to doskonały gadżet! Jeśli możecie sobie pozwolić na taki wydatek, warto go kupić. Zabawy i radości będzie niesamowicie wiele. Przygotujcie się na naprawy, ale to także część tej zabawy. Szczerze polecam spróbowania swoich sił w pilotażu drona. Parrot AR.Drone 2.0 daje niesamowicie wiele radości niezależnie od wieku, płci, czy tego, jak bardzo jesteście obeznani z nowinkami ze świata nauki i techniki. Z niecierpliwością czekam już na minidrony, jakie mają pojawić się w ofercie Parrota jesienią tego roku – również w Polsce! Dron Parrot AR.Drone 2.0  to według mnie najciekawszy i najlepszy prezent, jaki można komuś podarować z szeroko pojętej elektroniki użytkowej.