46

Te telefony wspominam najlepiej. Sony Ericsson seria K była świetna

iPhone, Huawei, Xiaomi - dziś te marki dominują w świecie smartfonów. Kiedyś mówiło się tak o Nokii, a jednak to Sony Ericsson i ich świetna seria K zostawiła mi dużo fajniejszych wspomnień. A miałem tych telefonów aż trzy.

Żeby życie miało smaczek, raz Nokia – raz Soniaczek

Nigdy nie byłem jakoś szczególnie oddany jednej marce telefonów komórkowych. Moją pierwszą komórką była Nokia 6110, później od razu przeskoczyłem na Nokię 3310 i choć do telefonów tej firmy jeszcze dwukrotnie wracałem, to jednak nie czułem jakiejś specjalnej więzi z tą marką. No może poza jednym z moich największych błędów, czyli wymianie wspomnianej Nokii 3310 na Sony CMD J5. Był epizod z Siemensem, była Motorola Razr V3, ale chyba najlepiej wspominam kilkuletni romans z serią… K od Sony Ericssona. To była dość specyficzna fuzja, która ostatecznie się rozpadła. Ale ich komórki z umieszczonym między klawiszami dżojstikiem nigdy mnie nie zawiodły i nigdy się nie zepsuły (uwaga – niepopularna opinia!).

Długo wzbraniałem się przed przesiadką na swojego pierwszego Sony Ericssona, ale ostatecznie namówił mnie do niej znajomy wychwalający te telefony pod niebiosa. Ktoś tam ostrzegał przed psującym się dżojstikiem, ale stwierdziłem, że skoro w innych telefonach i tak mi się po jakimś czasie coś psuło, to tu też przecież coś też mogło odmówić posłuszeństwa.

Najpierw wybór padł na Sony Ericsson K300i. Zawrotna rozdzielczość ekranu 128 na 128 pikseli, niezbyt elegancka (w porównaniu z wyższymi modelami) i dziwnie gruba obudowa. Do tego to specyficzne „lusterko” pod soczewką aparatu. Używaliście go do czegokolwiek innego? No może poza bycie przykładem na to, jak szybko może zetrzeć się z plastiku farba. Generalnie ten model dość szybko łapał przycierki. W ogóle z jego zakupem wiąże się dość zabawna sytuacja – kupiłem używany egzemplarz od kogoś na Allegro. Odbiór osobisty, ale zamiast dorosłego kontrahenta przyszło 12-13 letnie dziecko. Dzwoniliśmy do rodziców żeby wyjaśnić do kogo właściwie należy konto w serwisie aukcyjnym i czy syn faktycznie ma pozwolenie opiekunów na sprzedaż telefonu. Po powrocie do domu zauważyłem natomiast, że młody handlarz zapomniał wykasować tapety z…gołymi dziewczynami.

Kupując niższy model zamierzałem go traktować jako wół roboczy, o którego nie trzeba specjalnie dbać. I powiem Wam, że z tego zadania wywiązywał się świetnie. Upadał miliony razy, plastik nie pękał mimo kontaktu z betonem. Sprzętu nie potrafiłem zajechać – a dżojstik przed którym tak mnie przestrzegano, cały czas nie chciał się popsuć.

Sprzęt spodobał mi się tak bardzo, że postanowiłem przesiąść się na wyższy model. Padło na Sony Ericsson K750i. Świetnie wyglądająca obudowa, przesuwana srebrny plastik zakrywający aparat, znów to zabawne „lusterko” ale do tego kapitalny jak na swoje czasy aparat fotograficzny z matrycą 2 megapiksele i autofocusem. Nigdy wcześniej nie robiłem tak dobrych zdjęć telefonem, choć kiedy trafiłem na forum użytkowników tego modelu zmieniłem zdanie. To oni robili niesamowite zdjęcia i trudno było uwierzyć, że używano K750-tki. Ekran z większą paletą kolorów, wyższą rozdzielczością, dużo ładniejsze menu ze świetnymi ikonami, trójwymiarowe gry. Do tego pierwsze, trochę nieśmiałe próby zastąpienia odtwarzacza MP3. Niestety rozstałem się z nim w sposób głupi, ale i niezwykle smutny. Sprzęt został zalany podczas spływu pontonem…jak na złość pod koniec złapała mnie też burza. Ze łzami w oczach odkładałem go do szuflady.

Ale uśmiech pojawił się niezwykle szybko – bo przecież „hej, to świetna okazja by kupić coś jeszcze lepszego„. Wybrałem Sony Ericsson K800i. Osiemsetka to był kolejny poziom jeśli chodzi o wykonanie. Te same pomysły, kolejny raz dżojstik, sprzęt sprawiał jednak wrażenie urządzenia premium. Srebrna, lustrzana obwoluta wokół ekranu z dumnym napisem Cyber-shot, którego znałem z aparatów Sony. To samo logo na klapce aparatu, tym razem przesuwanej do dołu. No i sam aparat. Matryca 3,2 megapiksela, doskonała jakość fotek, które mogły śmiało rywalizować z wyposażonymi w optykę Carla Zaissa Nokiami. Do tego odtwarzacz MP3 z korektorem graficznym, możliwość odtwarzania muzyki w tle – właśnie wtedy schowałem do szuflady swojego wysłużonego Creative Muvo i przesiadłem się na odtwarzanie muzyki z poziomu telefonu. Gdyby tylko nie ten beznadziejny port słuchawkowy/port ładowania który wymuszał stosowanie dołączonych do zestawu słuchawek. Znajomi mówili, że są też przejściówki na mini-jack 3,5 mm, ale jakoś nigdy takiej nie dokupiłem – choć słuchawki zmieniałem, bo pierwsza para wysionęła ducha.

Nigdy wcześniej i nigdy później nie przeskakiwałem na coraz wyższe modele telefonów jednego producenta – ale chyba sprzętów żadnej innej marki nie darzyłem też taką sympatią. Żaden z tych trzech telefonów mnie nie zawiódł, żaden się nie zepsuł. A zalany K750i? Odżył po pół roku i okazało się, że wciąż dobrze działał mimo braku wizyty w serwisie. Choć kiedy pytam znajomych o urządzenia z tej serii, każdy wskazuje na psujący lub zacinający się dżojstik. Fakt, mój też raz miał jakieś dziwne jazdy – ale okazało się, że to po prostu paproch, po którego usunięciu wszystko wróciło do normy.

A Wy pamiętacie jeszcze te telefony? Używaliście, czy omijaliście szerokim łukiem będąc wiernym kolejnym modelom Nokii?