37

Udało się: samolot przeleciał nad Pacyfikiem bez kropli paliwa

W ubiegłym roku sporo uwagi poświęcałem temu projektowi (ale pierwszy raz przywołałem go na AW w roku 2013), pisałem o nim kilka razy, śledziłem poczynania dwójki pilotów w niewielkiej maszynie o wielkich skrzydłach. Naprawdę byłem ciekaw, czy samolot zasilany energią słoneczną będzie w stanie oblecieć glob i w kolejnych miesiącach byłem utwierdzany w przekonaniu, że jest to możliwe. Potem przyszedł czas sporych problemów i zawieszenia lotu, ale niedawno maszyna wróciła w przestworza i zakończyła lot nad Pacyfikiem.

Solar Impulse 2, bo to o tym samolocie mowa, wystartował z Abu Dhabi w marcu ubiegłego roku, przekonywałem wówczas, że to ciekawsze niż konferencja Apple i prezentacja Watcha. Dwaj piloci, Andre Borschberg i Bertrand Piccard, mieli za zadanie pokonać 35 tysięcy kilometrów, które podzielono na 12 etapów:

Najtrudniejsze etapy to te oceaniczne – jeden z nich przewiduje 5 dni lotu nad Pacyfikiem. Pilot znajdujący się w kabinie o pojemności 3,8 m sześciennego nie będzie mógł spać czy nawet korzystać z toalety – trudne zadanie dla ciała i psychiki.

Zakładano wówczas, że 12 etapów uda się zakończyć w pięć miesiecy. I wynik nie powinien nikogo dziwić – mowa o maszynie, która rozwija prędkość do ponad 100 km/h. Niby samolot, ale bardzo wolny. Pisałem, że maszyna waży około 2,5 tony, posiada skrzydło o długości 70 m, a na nim 17 tysięcy ogniw słonecznych. Ciekawa konstrukcja, ale jednocześnie mało odporna na niesprzyjające warunki atmosferyczne, co szybko odczuła ekipa stojąca za projektem: musiała czekać na okna pogodowe, by móc rozpoczynać kolejne etapy podróży.

Najciekawiej zrobiło się w lipcu 2015 roku, gdy podjęto próbę przelotu z Chin na Hawaje – kilka tysięcy kilometrów nad Pacyfikiem. Początkowo kiepska pogoda przerwała lot i Solar Impulse 2 musiał lądować w Japonii, ale potem los okazał się bardziej przychylny: Szwajcar Andre Borschberg przeleciał najdłuższy odcinek trasy, w trakcie niespełna 118 godzin pokonał dystans ponad 7,2 tysięcy kilometrów. Robi wrażenie nawet po kilku kwartałach. Niestety, po pierwszych owacjach i okrzykach zadowolenia przyszedł czas na gorsze wieści:

Sprawa w końcu się wyjaśniła – Solar Impulse 2 nie tylko nie ukończy w tym roku podróży, ale też nie wystartuje. Wszystko wskazuje na to, że maszyna ponownie wzbije się w powietrze dopiero w kwietniu przyszłego roku. Do tego czasu będzie naprawiana i testowana na Hawajach. A do zrobienia jest chyba sporo. Długi lot z Japonii sprawił, że przegrzaniu uległy akumulatory, część podzespołów musi być wymieniona, należy wprowadzić nowe rozwiązania i przeprojektować samolot. W przeciwnym razie problem może się powtórzyć.

Mowa była o wstrzymaniu lotów do kwietnia, a ten miesiąc przecież się kończy – czy zatem dotrzymano terminu? Tak! Po 62 godzinach lotu z Hawajów Bertrand Piccard wylądował w Kalifornii. Tym samym udowodniono, że samolotem napędzanym energią słoneczną, można przelecieć nad Pacyfikiem. Z przerwami, jedną nawet dość długą, ale jednak. W trakcie przymusowego postoju po wielkiej usterce podobno dopracowywano maszynę, testowano nowe rozwiązania i ulepszano ją, dzięki czemu w ubiegłym tygodniu w powietrze wzbił się podrasowany Solar Impulse 2. Oczywiście, aby do tego doszło, potrzebne były dodatkowe środki, ale te na szczęście udało się znaleźć.

Teraz maszyna powinna przelecieć nad USA i wyruszyć w kierunku Afryki/Europy. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to za kilka miesiecy wróci do miejsca, z którego rozpoczęła tę podróż. Czy to będzie początek rewolucji w lotnictwie? Nie, w żadnym wypadku: mówimy o niewielkim, powolnym samolocie, który nie może spełniać funkcji transportowych. Ale w trakcie prac nad nim nie tylko mówi się o ekologii, nie tylko zachęca do stosowania np. OZE, ale też opracowuje nowe rozwiązania. Rośnie szansa na pojawienie się lepszych materiałów, bardziej wydajnych ogniw czy baterii. A na tym możemy skorzystać.

Czekam na kolejne informacje i mam nadzieję, że Solar Impulse 2 doleci do celu bez kolejnych „przygód”.