5

Smukłe ramki nie wystarczą, by ultrabook był świetny. Testujemy Asus VivoBook 15 R564U

Cienkie, lekkie ultrabooki przestały być sprzętami skierowanymi wyłącznie do osób z głębokim portfelem. Jedną z tańszych serii cienkich laptopów przeznaczonych do pracy i przeglądania sieci jest VivoBook od Asusa. Przyjrzałem się 15-calowemu modelowi VivoBook 15 R564U.

Plastikowo, ale niebrzydko

VivoBook to seria tańszych ultrabooków Asus-a, ciężko więc spodziewać się po niej aluminiowej obudowy. Nie inaczej jest i w przypadku testowanego przeze mnie modelu. Wszechobecny plastik pomalowano stylizowaną na aluminium farbą, więc w pierwszej chwili można się pomylić. Na szczęście jest to plastik wysokiej jakości, nie ma więc odczucia obcowania z tanią zabawką, która za chwilę się rozpadnie. Wszystko jest tu dobrze spasowane, nic nie skrzypi i nie piszczy – przynajmniej na razie.

Obawiam się natomiast trochę o trwałość sprzętu, a dokładnie farby na obudowie. Na klapie znalazłem już kilka rys i delikatnych otarć, których nie udało mi się doczyścić. Oczywiście tego typu testy wymagają czasu i odpowiednich warunków – mam jednak wrażenie, że po trzech miesiącach obudowa tego VivoBooka będzie wyglądać dużo gorzej niż aluminiowa obudowa mojego rMBP 13 po prawie pięciu latach.

Zastosowano tu zawias ErgoLift Hinge, który minimalnie podnosi konstrukcję po jej otwarciu, dzięki czemu od spodu dostajemy więcej miejsca na wentylację, a klawiatura układa się pod łagodnym kątem, co uprzyjemnia pisanie. Jak na tę półkę cenową Vivobook R564U może pochwalić się dość smukłymi ramkami, choć nie są one symetryczne – dolna najgrubsza, górna trochę węższa i najwęższe po bokach. Dzięki temu panel sprawia wrażenie dużego, a miejsce wokół niego nie zostało zmarnowane. Producent deklaruje, że wyświetlacz zajmuje 88% frontu, a wspomniane ramki nazywa NanoEdge i podaje ich grubość na poziomie 5,7 mm. Komputer jest dość lekki, szczególnie jak na konstrukcję z ekranem 15 cali – waży 1,67 kilograma.

Na lewym boku znajdziecie dwa porty USB 2.0, a obok nich dwie diody określające stan komputera. Na prawym boku jest tego trochę więcej – USB 3.1, HDMI, USB-C, gniazdo mini-jack 3,5 mm, port ładowania oraz czytnik kart pamięci microSD. Tak, nie pomyliłem się – małych microSD.

Klawiatura to zdecydowanie jeden z najlepszych elementów VivoBooka R564U. Skok klawiszy jest niezwykle przyjemny, przyciski są bardzo ciche, a ich kształt miły dla opuszków palców. W sumie jedyne, co bym tu zmienił to kolorystyka. Farba na przyciskach zlewa się z obudową, oznaczenia też są szare, przez co kiedy patrzymy na nie pod kątem, litery całkowicie znikają. Nie byłby to taki problem, gdyby klawiatura była podświetlana – jednak nie jest i obawiam się, że osoby piszące wolniej, cały czas patrzące na klawisze, mogą mieć pewne problemy w niektórych warunkach oświetleniowych i kącie patrzenia. Pewnie gdyby farba na literach dostała inny kolor, nie wyglądałoby to tak dobrze, ale na pewno było bardziej ergonomiczne. Nie jestem też fanem bloku numerycznego, kompletnie go nie używam – tu wydaje się być on dość wąski, ale jednak psuje mi symetrię całej klawiatury. Na minus również zlewający się z resztą przycisk uruchamiania komputera.

Całkiem przyjemnie pracowało mi się też na touchpadzie. Oczywiście nie jest to poziom MacBooków, co chyba nikogo nie zaskakuje, natomiast było mi na nim wygodniej niż na niejednym laptopie gamingowym z dużo większe pieniądze.

Ekran poniżej oczekiwań

15,6 cala, rozdzielczość 1920×1080 pikseli (16:9). W testowanym przeze mnie modelu znajduje się panel TN, który ma jasność maksymalną 200 nitów i podobno kąty widzenia 90 stopni w pionie i 60 stopni w poziomie. W teorii, bo w praktyce kąty widzenia są przeciętne i podczas odchylania głowy w pewnym momencie niewiele już widać. Odwzorowanie barw też nie należy do najlepszych i widać to gołym okiem. Kolory wydają się często sprane – matowa matryca zbiera refleksy światła, co z dość przeciętną jasnością maksymalna sprawiają, że przy dużym świetle ekran nie jest najlepiej widoczny.

Specyfikacja, wydajność i kultura pracy

  • Intel Core i5-8250U, 4 rdzenie, 1,6 – 3,4 GHz
  • 8GB pamięci RAM DDR4 2400 Mhz)
  • dysk SSD M.2 256G
  • karta graficzna – zintegrowana Intel UHD Graphics 620
  • ekran LED 15,6 cala, rozdzielczość 1920×1080 pikseli

Z uwagi na zastosowane tu podzespoły raczej trudno oczekiwać niesamowitych wyników w benchmarkach i grach. Komputer działa natomiast dość cicho i dopiero mocno obciążony daje o sobie znać – jednak wciąż nie jest to hałas powodujący dyskomfort. Sprzęt też nie grzeje się jakoś mocno, dzięki czemu praca na kolanach (taka codzienna, bez benchmarków) jest bardzo przyjemna. Generalnie wydajność w takim codziennym użytkowaniu – pisanie, przeglądanie stron jest na tyle dobra, że pracuje się na nim komfortowo. To jednak w dużej mierze definiuje zastosowanie tego urządzenia i raczej poza ramy zwykłego, nieobciążającego sprzęt użytkowania nie da się wyjść.

Testowany przeze mnie VivoBook ma baterię o pojemności 4112 mAh, co przekłada się na kiepski czas pracy na jednym ładowaniu. Cztery godziny, może trzy i pół to max co udawało mi się osiągnąć przy połączeniu WiFi i ekranie na podświetlonym na około 85-90 procent. To niestety mało patrząc na zastosowanie takiego komputera. Mimo 15 cali to wciąż konstrukcja przede wszystkim przenośna – taka, którą chce się zabrać do biblioteki, czy do pociągu celem nadrobienia zaległości w pracy. I tu niestety trzeba mieć przy sobie ładowarkę oraz nadzieję, że znajdziecie gniazdko. Na szczęście wspomniana ładowarka jest dość mała, więc nie będzie problemów z jej noszeniem w plecaku.

Werdykt

Model, który testowałem to wersja z 8GB pamięci RAM, gołą zintegrowaną kartą graficzną Intel UHD Graphics 620 i dyskiem SSD M.2 o pojemności 256GB. Taka konfiguracja kosztuje w tej chwili w X-Komie 2699 złotych. Czy skusiłbym się na ten sprzęt mając w tej chwili do dyspozycji budżet około 3 tysięcy złotych? Szukałbym raczej alternatywy, również w ofercie Asusa (choćby VivoBook S14 S430). Testowany model charakteryzuje się krótkim czasem pracy na jednym ładowaniu, wydajnością przekreślającą jakiekolwiek granie, nie ma podświetlanej klawiatury (nie bolałoby to tak mocno gdyby zastosowano inną farbę na klawiszach), a ekran jest kiepski. A to wady, które inne komputery potrafią wyeliminować lub chociaż udawać, że próbują. Na plus na pewno wspomniane unoszenie klawiatury po otwarciu klapy, dobra jakość wykonania i mały ciężar przy tak dużym ekranie. Mówiąc szczerze, spodziewałem się po tym sprzęcie czegoś więcej i raczej za kilka tygodni nie będę pamiętał, że go używałem. Nie wymienię go też na liście polecanych komputerów do 3 tysięcy złotych.