57

Smartfony potrafią „wszystko”, ale w niczym nie są najlepsze

smartfony
Wszyscy korzystamy ze smartfonów. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy od nich uzależnieni. Ale po rozmowie z kolegami, koleżankami — czy nawet współpracownikami — zdałem sobie sprawę z tego, że dla mnie to znacznie mniej istotne urządzenie, niż inne z tych po które sięgam na co dzień. Może i potrafi wszystko, ale w niczym — w mojej opinii — nie jest doskonałe. Plusuje głównie rozmiarem i tym, że można je zabrać wszędzie ze sobą.

Myśl o tym jak nieistotny jest dla mnie smartfon nie daje mi spokoju od kilku tygodni. Rozmawiałem z Konradem Kozłowskim na temat tego, że on wkrótce planuje przesiadkę na nowszy model bo kondycja baterii w jego iPhone X (która była o 11% lepsza niż moja — farciarz miał aż 93%!) jest dla niego niezadowalająca, bo smartfon nie działa tak długo, jakby tego oczekiwał. Najwyraźniej Konrad sięga po niego znacznie częściej, korzysta intensywniej i ma większą potrzebę by na nim polegać. Dla mnie najczęściej jest przepustką do świata Pokemon Go, czasem do poscrollowania Instagrama i okazjonalnych rozmów… telefonicznych. Kiedy tylko mogę — unikam korzystania z telefonu, bo i do czego? Gry — fajnie, ale na iPadzie Pro i konsoli sprawdzają się lepiej. To samo tyczy się wszelkiej maści multimediów. Pisanie? Nigdy w życiu — do tego mam komputer. Czytanie? Jest Kindle, jest iPad, jest papier. Nie ważne czy mowa o książce czy internecie, czytanie na ekranie smartfona to najgorszy wariant jaki jestem sobie w stanie wyobrazić. Pierwszego tłumaczyć nie będę, czytniki e-inkowe to zupełnie inna liga. W przypadku drugiego — uważam że przeglądanie internetu na telefonie to dramat. I nie robię tego tak długo, jak nie muszę.

I na myśl o tym, czego najbardziej brakowałoby mi gdyby zabrakło mi smartfona przychodzi mi tylko jedna odpowiedź: biletów (pociągowych, autobusowych, samolotowych kart pokładowych) i nawigacji, gdy zmierzam do nieznanego mi miejsca. Bo inne funkcje, jak odtwarzanie podcastów, z miłą chęcią zastąpiłbym iPodem nowej generacji. Od kiedy kupiłem aparat fotograficzny smartfonem robię zdjęć tyle co kot napłakał, a z wakacji właściwie zero, bo tam się nie rozstaję z Canonem. Przeglądając rolkę z ostatnich miesięcy — znalazły się tam głównie fotografie „na szybko” robione znajomym bezpośrednio z poziomu komunikatora. Jasny obiektyw i dużo większa kontrola nad zdjęciem wyleczyły mnie z miłości do smartfonowej fotografii, choć ta rozwija się niezwykle dynamicznie i wciąż nie przestaje mnie zachwycać.

Kiedy już wychodzę z domu, to — poza odtwarzaczem podcastów — smartfon poza nawigacją staje się także portfelem. To na nim pokazuję kartę Multisport, to Apple Pay jest moją kartą płatniczą. Ale tak naprawdę żadne z nich nie jest na tyle istotne, bym nie potrafił się bez nich obejść. Umilacze — owszem, ale tak naprawdę bez Pokemon Go, przy 82% kondycji baterii, przy moim stylu korzystania z telefonu, iPhone X wciąż potrafi u mnie przetrwać dwa dni. Bo smartfon, a i owszem, w moich oczach potrafi wszystko, ale dla większości mam znacznie lepsze zastępstwa. A nawet jeśli nie lepsze, to wygodniejsze. Dlatego nie przestają zadziwiać mnie ludzie kupujący smartfony po 5-6 tysięcy złotych. Ale tłumaczę to ich innym stylem życia i potrzeb. Ja jednak wolę raz na kilka tygodni naładować Kindle’a i Canona ;-).