36

Nie tylko komfort, ale i odrobina dbania o zdrowie – dlatego zainteresowałem się smart home

Od kilkunastu tygodni powoli, ale systematycznie sprawdzam nowe elementy inteligentnego domu. Nic zmyślnego, to tylko żarówki sterowane głosem, czujniki temperatury, hałas i jakości powietrza, a także gniazdka z Wi-Fi. Można więc powiedzieć, że to tylko początek, ale taki początek zdecydowanie zachęca do dalszej eksploracji i rozwoju.

inteligentnym domu czy smart home słyszał chyba każdy zainteresowany nowinkami technologicznymi, choć takie frazesy docierają też do szerszego grona odbiorców. Nie brakuje ich w spotach reklamowych i innych materiałach promocyjnych. Na obrazkach wszystko wygląda bardzo ładnie, ale wdrożenie tego w swoją codzienność zazwyczaj bywa nie tylko trochę problematyczne, ale i kosztowne. Dlatego nie chcąc ryzykować za dużo, zdecydowałem się krok po kroku sprawdzać i weryfikować przydatność gadżetów, które wydawały mi się najciekawsze. Oczywiście przede mną jeszcze sporo (dobrego), ale sam siebie zachęciłem do dalszych testów, ponieważ bardzo mi się podoba to, jak działa obecnie większość sprawdzonych przeze mnie urządzeń.

Punktem wyjścia dla  inteligentnego domu czy jak kto woli smart home, jest dla mnie asystent – obecny w telefonie lub w dedykowanym mu urządzeniu, jak głośnik Google Home czy Amazon Echo spot. Nie wyobrażam sobie bowiem sterowania światłem lub gniazdkami z poziomu smartfona – w jaki sposób miałoby to mi cokolwiek ułatwić, skoro za każdym razem musiałbym sięgać po telefon lub siedzieć cały czas wpatrzony w jego ekran. Siri oraz Asystent Google naprawdę sprawnie radzą sobie na smartfonach, dlatego jeżeli nie jesteście pewni inwestycji w jeden czy drugi głośnik, to możecie spróbować używać asystenta właśnie w taki sposób. Mnie trudno byłoby dzisiaj zrezygnować z tych drobnych, acz o sporym znaczeniu ułatwień, jakie oferuje Google Home – głosowe uruchomienie minutnika, ustawienie budzika, włączenie radia, podpytanie o pogodę przed wyjściem z domu i kilka innych czynności sprawiają, że może nie zyskujemy zbyt wiele więcej czasu dla siebie, ale możemy uprościć sobie codzienność.

Skoro ten punkt mamy już za sobą, to następnym krokiem było sprawdzenie zdalnie sterowanego światła. Sięgnąłem po produkty kompatybilne z Asystentem Google, czyli żarówki TP-Link oraz Phillips Hue. Produkty obydwu firm znajdują się w przeróżnych przedziałach cenowych, oferują mniejsze lub większe możliwości, świetnie wpisując się w zwykłe potrzeby – w lampkach i innych źródłach oświetlenia umieściłem żarówki od TP-Link (LB100, LB110 i LB120) w zależności od potrzeb – tam, gdzie czytam mogę regulować nie tylko poziomem jasności, ale barwą światła, a w innym miejscu mogę je tylko przyciemnić (na biurku). Propozycje Phillipsa (niestety wymagające urządzenia pośredniego tzw. mostku), to wyjątkowa lampka Iris oraz pasek LightStrip. Pierwszej z nich użyłem do delikatnego rozświetlenia większego pomieszczenia, natomiast LightStrip umieściłem przy krawędzi łóżka, by można było rozświetlić drogę pod stopami oraz część pokoju bez rażenia światłem po oczach. Dokładniejsze wrażenia znajdziecie w nadchodzących recenzjach, dlatego teraz skupię się na samych wrażeniach z użytkowania tych akcesoriów.

A te są w większości pozytywne. Czasem doskwierała mi potrzeba wypowiadania tych 2-3 słów, bo wygodniej może byłoby po prostu wstać i użyć zwykłego przełącznika, ale w ogólnym rozrachunku nie będę narzekać. Światła możemy uruchomić zdalnie, jeszcze przed wejściem do domu, więc nie wchodzimy do pełnej ciemności po omacku szukając włącznika, a gdy robimy coś (czytamy, zmywamy, gotujemy) kilka słów wystarczy, by wyłączyć niepotrzebne światło bez ruszania się z miejsca. Czasem dochodzi do dziwnych sytuacji, gdy mamy gości i musimy przerwać dyskusję, by móc zarządzać oświetleniem, ale to chyba i tak mniej niegrzeczne, niż sięgnięcie po telefon i używanie aplikacji. Z niej korzysta się najczęściej dostosowując sceny (zestawy ustawień) lub regulując barwę światła w lampkach oferujących zaskakująco duży wybór kolorów (np. Phillips Hue Iris).

Wszystko wymaga przyzwyczajenia i nabrania nawyków, ale po kilku dniach odwykłem od wstawania i używania przełączników.

Ostatnim punktem, który na ten moment udało mi się wdrożyć, to urządzenia firmy NetAtmo. Pierwszym z nich jest stacja pełna czujników Smart Home Weather Station. Nigdy wcześniej nie brałem pod uwagę zainteresowania się takim gadżetem i sądziłem, że po początkowym zachwycie szybko o niej zapomnę. Ta lubi jednak o sobie przypominać, co zamiast irytować, pomaga. Może nie zawsze, bo przy głośniejszym hałasie (podczas oglądania filmu czy słuchania muzyki) potrafi kilkukrotnie zwrócić uwagę na zbyt wysoki poziom decybeli, ale w przypadku niekorzystnej temperatury w pomieszczeniu, zbyt dużego poziomu dwutlenku węgla lub wilgotności powietrza również wyśle powiadomienie na telefon. Dzięki temu możemy od razu zareagować – przewietrzymy pomieszczenie albo włączymy klimatyzator lub wiatrak – zamiast czekać na efekty, które odczujemy na samych sobie.

Na sam koniec pozostawiłem miejsce na kilka słów o inteligentnym gniazdku od TP-Link, które wyposażono w Wi-Fi. Dzięki opcji nadawania własnych nazw akcesoriom (co tyczy się także całej reszty urządzeń), nie będziecie musieli wydawać komend zawierających dziwne frazy czy cyferki z nazw modeli, tylko po prostu powiecie (po angielsku) „włącz toster”, bo do takiego gniazdka podłączycie, co zechcecie, nawet swoją zwykłą, ulubioną lampkę czy radio.

Czy zysk jest współmierny do kosztów? To nie są rzeczywiście tanie rzeczy (żarówki to koszt od 100 zł za sztukę, a gniazdko około 100 zł), ale jeśli będziecie kompletować zestaw krok po kroku rozkładając zakupy w czasie. to nie zrujnuje to Waszego portfela, a pozwoli rozsądnie zaplanować rozbudowę mini inteligentnego domu, bo w mojej ocenie najgorsze, co można zrobić, to bez przemyślenia spawy nakupić fajnych gadżetów bez wcześniejszego znalezienia dla nich zastosowania.