9

Bilety już macie, więc oglądajcie. „Śledztwo Spensera” wjeżdża na Netflix – recenzja przedpremierowa

"Śledztwo Spensera" to film, na który moglibyście się wybrać w ten weekend do kina. To dobry pomysł na przyjemny seans- trochę akcji, trochę humoru, trochę kryminału. Nie musicie jednak wcale tego robić, bo bilet już zapewne macie - wystarczy, że włączycie Netflix.

Policjant z nienagannym kompasem moralnym może mieć ostro pod górkę. Przekonuje się o tym główny bohater filmu, który swoje najważniejsze zadania wykonuje bez utraconej odznaki. Spenser, grany przez Marka Wahlberga, to glina, który ma serce po właściwej stronie. Niestety dla niego zbiega się to z taką cechą jak porywczość, więc nawet gdy ma czyste intencje, to nie potrafi nad sobą zapanować i wpada w kłopoty. I to prawdziwe kłopoty, ponieważ za napaść ląduje w więzieniu. Jego historia zaczyna się po wyjściu z paki, choć niejednokrotnie – dzięki flashbackom – odwiedzimy wydarzenia z przeszłości. Spenserowi wcale nie dopisuje szczęście, bo niedługo po opuszczeniu więziennych murów dochodzi do zabójstwa, w którym a) jest podejrzanym b) nie wszystko układa się w logiczną całość. A wtedy Spenser staje się podejrzliwy.

Jedyny prawdziwy glina w mieście?

Fabuła „Śledztwa Spensera” wcale nie jest skomplikowana. To dość prosta historia, w której liczne pytania dość szybko znajdują odpowiedzi. W dużej mierze jest to zasługa dynamicznej akcji, bo na ekranie cały czas coś się dzieje. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że z filmu wycięto niektóre sceny lub je skrócono, żeby zmieścić się w pożądanym czasie trwania, ale z drugiej strony nie brakuje w nim ujęć z dronów ukazujących Boston z tej ładnej strony w rytm chwytliwej muzyki.

Nie tylko zagadka kryminalna, ale i postacie mają zatrzymać nas przed ekranem

Strona kryminalna nowego filmu Netfliksa to nic odkrywczego – skorumpowani gliniarze i politycy współpracujący z gangsterami, których nie tknie nikt spoza układu, to znany wszystkim schemat. W takiej sytuacji dużą rolę odgrywają postacie, humor i strona wizualna filmu. W tych kwestiach „Śledztwo Spensera” mnie nie zawiodło, choć też nie zachwyciło. Przywary Spensera, jak porywczość czy podejrzliwość mogą drażnić, ale to one posuwają akcję do przodu.



Hawk (w tej roli Winston Duke) to jego przybrany partner, o którego przeszłości nie dowiadujemy się zbyt wiele, ale najwyraźniej miał sporo do czynienia ze światkiem przestępczym i posługiwał się bronią. Nie wiemy do końca, dlaczego jest tak wycofany, ale swoim zachowaniem potrafi czasem rozbawić. Za najsilniejszy humorystyczny akcent filmu ma odpowiadać niezniszczalny Alan Arkin grający Henry’ego – mentora Hawka i Spensera. Wspiera go w tym partnerka Spensera o imieniu Cissy (Iliza Shlesinger). Scenariusz nie dał im się w większym stopniu wykazać w swoich rolach, ale biorąc pod uwagę okoliczności wypadli całkiem udanie – wywołali kilka uśmiechów na mojej twarzy.

Za reżyserię „Śledztwa Spensera” odpowiada Peter Berg mający na swoim koncie takie tytuły jak „Żywioł. Deepwater Horizon” i „Dzień patriotów”, w których współpracował już z Wahlbergiem. Widać, że dobrze czuje się w klimacie akcyjniaka, bo w trakcie kręcenia udało mu się uchwycić kilka dobrych ujęć, na które patrzy się z przyjemnością. Z drugiej strony zupełnie nie rozumiem przeciągającej się sceny, w której Spenser zmaga się z atakującym go psem. Takich zgrzytów jest kilka.

To prawdopodobnie nie jest ostatnie śledztwo Spensera

Winston Duke w wywiadzie z Antyweb powiedział, że „Śledztwo Spensera” to kryminał typu buddy cop, gdzie ogląda się dwóch skrajnych bohaterów zmuszonych do współpracy ze sobą w celu rozwiązania śledztwa. Spenser nie ma nikogo poza Hawkiem, ale Hawk wcale nie miał innego wyjścia, bo pomagał mu z wyboru i nie był w żadnym stopniu powiązany ze sprawą. To ciekawa relacja pomiędzy tymi bohaterami, a biorąc pod uwagę oryginalny serial sprzed lat oraz końcówkę filmu Netfliksa śmiem sądzić, że będziemy mieli szansę zobaczyć jej rozwój w kolejnej odsłonie „Śledztwa Spensera”.

Ocena filmu  „Śledztwo Spensera”: 6/10