71

Skąd w Was ta niechęć do wysokobudżetowych gier AAA?

Która gra jest bardziej ambitna? Ta stworzona przez duże studio, poparta wielomilionową kampanią reklamową, czy może niezależna produkcja dwóch hipsterów, którzy przez ostatnie pół roku siedzieli zamknięci w garażu i wystawili swoją grę w Steam Greenlight? Z drugiej strony, brak zaskoczenia, że pojawia się tu same AAA-press the button for awesome to happen-guano. Taki komentarz […]

Która gra jest bardziej ambitna? Ta stworzona przez duże studio, poparta wielomilionową kampanią reklamową, czy może niezależna produkcja dwóch hipsterów, którzy przez ostatnie pół roku siedzieli zamknięci w garażu i wystawili swoją grę w Steam Greenlight?

Z drugiej strony, brak zaskoczenia, że pojawia się tu same AAA-press the button for awesome to happen-guano.

Taki komentarz znalazłem pod moim niedawnym artykułem, w którym wymieniam kilka gier, na które czekam w 2016 roku. Grom AAA dostaje się już od dawna, szczególnie w konfrontacji z tak zwanymi indykami oraz produkcjami naszej młodości. Bo przecież tylko mała grupa tworząca grę w garażu może dostarczyć ambitną, oryginalną produkcję, a kiedyś było lepiej.

Gry to sztuka?

Gracze są dumni z tego, że gry porównywane są do filmów, obrazów, rzeźb, teatralnych spektakli. W pewnym momencie elektroniczna rozrywka wyszła z niszy, dumnie wkraczając to mainstreamu. Gry przestały być postrzegane jako rozrywka przeznaczona wyłącznie dla pryszczatych komputerowców mieszkających w piwnicy i myjących się raz na dwa tygodnie. Rozpierała nas duma kiedy reklama gry pojawiła się po Wiadomościach, gdy widzieliśmy ją na billboardach, słuchaliśmy o niej w radio. Przecież o to walczyliśmy – by wreszcie ktoś zobaczył, że nasze hobby nie jest przecież gorsze od filmu czy książki.

W tym samym czasie zaczęły pojawiać się głosy o coraz łatwiejszych produkcjach – grach przeznaczonych dla tak zwanych casuali. Wszyscy pamiętamy stare produkcje, których przejście graniczyło czasem z cudem, dziś na rynku znaleźć można przede wszystkim produkcje, których zaliczenie nie jest już dla nikogo wyzwaniem.

Naprawdę jesteście zdziwieni?

Gry to produkt. Produkt należy sprzedać jak największej liczbie osób. Musi mieć z niego frajdę zarówno Jan Kowalski, który gra od 20 lat, jak i drugi Jan Kowalski, który pierwszy raz siada do tego typu rozrywki. Chcieliśmy, by gry wyszły z podziemia i się tego doczekaliśmy. To jest naturalna konsekwencja, po prostu to zaakceptujmy i dobrze się przy grach bawmy. Skoro chcieliśmy, by gry stały się elementem kultury i by grali wszyscy, produkcje musza być dostosowane do większości, a nie tylko garstki fanatyków, którzy gotowi są wytatuować sobie postać z gry. Gry to przede wszystkim produkt rozrywkowy, a nie dzieło sztuki. Spróbujcie spojrzeć na nie w ten sposób, a nagle znikną problemy z akceptacją dzisiejszej branży.

„Dla pieniędzy” czy „z pasji”?

Skoro ustaliliśmy już, że gry są produktem, który następnie się sprzedaje – możemy również powiedzieć, że wszystkie gry robione są dla pieniędzy. W życiu nie ma nic za darmo i nawet jeśli mały producent jakimś cudem rozdaje grę za tak zwane friko, nie umieszcza w niej jakichś mikropłatności, gdzieś w całym tym działaniu pojawiają się pieniądze. Koder, grafik, muzyk, designer – chcą być zauważeni, by później zarabiać pieniądze. Pasją nie kupicie chleba, ciężko płaci się też za jej pomocą kredyt za mieszkanie i kupuje buty. To może jednak pasja i pieniądze mogą iść w parze?

konsole

Może mam mylną opinię o gamedevie, ale będę upierał się przy tym, że pracują tam ludzie kochający gry – albo chociaż tworzenie kodu, muzyki czy grafiki. Pojawia się więc w ich pracy pasja – a to, że ostatecznie zarabia się na finalnym produkcie pieniądze wcale tej pasji nie niszczy. Oczywiście wydawca stawia tylko na pieniądze, często wpływa na finalny produkt tak, by zarobić na nim najwięcej. Ale naprawdę myślicie, że przy dużych grach AAA, na które przeznaczane są grube miliony dolarów, pracują osoby bez cienia pasji i miłości do gier?

Kilka lat temu rozmawiałem z jednym z redaktorów pewnego polskiego portalu zajmującego się grami. Był to człowiek, który nie lubił (choć powinienem napisać – gardził) wysokobudżetowych produkcji. Dla zasady, bo stoją za nimi wielcy wydawcy, ogromne pieniądze i wielkie kampanie reklamowe. Zachwycał się natomiast grami niezależnymi, szczególnie kiedy zaczynał się boom na „indyki”. Gra mogła wyglądać tragicznie, działać jeszcze gorzej, nie grzeszyć oryginalnością – ale przecież była robiona nie dla pieniędzy, tylko z pasji. Nie pokazywano jej na reklamach, nie wpakowano milionów w kampanię reklamową. Była więc ambitna, szczera, oryginalna, niesamowita – sztuka przez duże S. Wysokobudżetowej produkcji można wytknąć błędy, małej już nie – bo przecież nie mieli tylu testerów, są usprawiedliwieni. Prawie się popłakałem, tylko nie wiem czy ze śmiechu, czy smutku.

Z grami jest jak z filmem i muzyką. Można słuchać zespołu nagrywającego w piwnicy lub światowej sławy kapeli siedzącej pół roku w studio nagraniowym z basenem i kortem tenisowym. Piwniczna kapela nie będzie bardziej ambitna i szczera tylko dlatego, że nie sprzeda swojej płyty. Podobnie jest z grami. Pasję i próby zrewolucjonizowania branży można wyczuć zarówno w małej, niezależnej produkcji, jak i wielkiej grze spod skrzydeł EA, Sony czy Ubisoftu. Hejtowanie gier AAA dla zasady nie ma najmniejszego sensu, namawiam więc Was byście tego nie robili. Rynek jest tak duży, że na pewno znajdziecie jakieś produkcje dla siebie. Jedne łatwiejsze, drugie trudniejsze, jedne większe, drugie mniejsze. Zamiast dorabiać ideologię, po prostu dobrze się bawcie – bo po to tworzone są gry. By dawać nam frajdę.

grafika: 1, 2