siły kosmiczne recenzja
76

Za zmarnowanie tego serialu jestem naprawdę zły na Netfliksa. Dlaczego Carell i Malkovich w tym zagrali?

Nowy serial Netfliksa "Siły Kosmiczne" oparty jest na dość absurdalnym pomyśle utworzenia nowego rodzaju armii, a w obsadzie zobaczymy takie gwiazdy jak Steve Carell i John Malkovich. Taka mieszanka wygląda na papierze fenomenalnie, ale po przedpremierowym seansie jestem rozgoryczony zmarnowanym potencjałem tego serialu.

Taki twórca i obsada zwiastowały inne „Siły kosmiczne”

Pierwsze zapowiedzi nowego serialu komediowego od Netfliksa od razu zwróciły moją uwagę. Na mały ekran miał wrócić Steve Carell, którego doskonale pamiętamy z występu w „The Office” – specyficznego i wyjątkowego sitcomu, który się kocha albo nienawidzi. Co więcej, za nowy projekt dla serwisu streamingowego miał odpowiadać nie kto inny, niż Greg Daniels, czyli twórca amerykańskiej wersji „Biura”, która przebiła popularnością i długością trwania brytyjski pierwowzór. Już taki duet mógłby zagwarantować szalenie udany projekt, ale w obsadzie pojawia się także John Malkovich, więc niepowodzenie „Sił Kosmicznych” nie powinno być w ogóle brane pod uwagę. Po obejrzeniu udostępnionych mi przedpremierowo odcinków napiszę wprost: jestem zły na Netfliksa, że dał temu projektowi zielone światło.

Polecamy: Premiery na Netflix w czerwcu – lista nowych filmów i seriali

Jeszcze przed premierą nie ukrywano, że pomysł na nowy serial zrodził się w głowach pracowników Netfliksa, a Carell i Daniels dołączyli do projektu, bo uznali go za interesujący. Być może sam zamysł nie był nietrafiony, bo taka sytuacja może generować wiele nieprzewidywalnych i zabawnych zdarzeń, ale mam problem z „Siłami Kosmicznymi” już na poziomie scenariusza. Mam wrażenie, że jest on niekonsekwentny i nie wykorzystuje potencjału aktorów, którzy mogliby dźwignąć całość na własnych barkach. Jedynym pasującym do całej tej układanki jest bohater Johna Malkovicha dr. Adrian Mallory, który jest tutaj odważnikiem rozsądku dla całego tego szaleństwa. Jego postać wprowadza swego rodzaju równowagę, gdyż bywa naprawdę zabawny, mimo że jest totalnym przeciwieństwem dla mniej wykształconych bohaterów napotykanych na każdym kroku.

Chciano uniknąć powtórki z „The Office”

Będąc sporym fanem dokonań Steve’a Carella cierpię, gdy patrzę na jego starania w „Siłach Kosmicznych”. Aktor stara się wykrzesać z nieodpowiednio napisanej postaci ile może, ale w zbyt wielu scenach miewa związane ręce nieudolnym scenariuszem. Przeciągające się sceny lub gagi po chwili zaczynają irytować, zamiast bawić. Zmodyfikowany głos prawdopodobnie miał pozwolić na uniknięcie porównań do występu w „The Office”, ale prawdę mówiąc wolałbym, gdyby Carell mógł nie zaprzątać tym sobie głowy i po prostu robić swoje.

Ciągłych porównań do wspomnianego hitu nie unikniemy, skoro wśród twórców i obsadzie serialu Netfliksa znajdują się dwie opoki amerykańskiej wersji „Biura”. Dowcipy w „The Office” bywały niesmaczne, skrajne i specyficzne, ale ucinanie scen we właściwych momentach i pozostawianie tych niedopowiedzeń wprowadzało odpowiedni nastrój. W przypadku „Sił Kosmicznych” wszystko wykładane jest kawa na ławę, a niektóre trafne żarty psują drugoplanowe postaci, którym część aktorów nie potrafi nadać charakteru.

Czy „Siły kosmiczne” wrócą z 2. sezonem? Mam nadzieję, że tak, ale…

Nowy sitcom Netfliksa miewa swoje momenty i przyznam, że zdarzało mi się szczerze zaśmiać, ale przy produkcji typowo komediowej dochodziło do tego zbyt rzadko. Być może serial potrzebuje więcej odcinków, by nabrać ogłady i wykształcić swój styl – takich przypadków było już całe mnóstwo. W tytule napisałem, że jestem zły za zmarnowanie potencjału tej historii, bo go rzeczywiście dostrzegam i uważam, że po wprowadzeniu kilku zmian w tworzeniu historii „Siły Kosmiczne” mogłyby być znacznie lepsze.

Zobacz też: 3. sezon DARK na pierwszym zwiastunie. Znamy datę premiery na Netflix!