Sicario 2: Soldado
8

Sicario 2: Soldado mógł być genialnym filmem. Miewa swoje momenty, ale nie dowozi

Spoglądając na tytuły wakacyjnych premier można było sądzić, że w trzecim tygodniu lipca czeka nas prawdziwa uczta. Sequel do rewelacyjnego "Sicario" z 2015 roku był na listach wielu, wielu widzów, jako pozycja nie do pominięcia. Debiutujący właśnie w kinach "Sicario 2: Soldado" ma ducha pierwszej części, ale zabrakło mięsa.

Nie mogłem nie skorzystać z takiej okazji – Multikino organizowało mini-maraton, na który składały się obydwie odsłony. Najpierw przypomnienie „Sicario”, a później premierowy pokaz „Sicario 2: Soldado”. Na bardziej bezpośrednie porównanie obu filmów nie można liczyć, lecz nie sądziłem, że będę przez to tak surowy w swojej ocenie. „Sicario” jest filmem kompletnym – scenariusz, aktorstwo i realizacja to najwyższa półka, a całości dopełnia fenomenalna ścieżka dźwiękowa. Najbardziej zaimponowało mi jednak osiągnięcie trwającego przez cały film napięcia – nigdy nie można było pewnym, czy za chwilę nie eksploduje któreś auto lub budynek lub jeden ze współpracowników nie okaże się zdrajcą. Około dwóch godzin siedzenia na szpilkach. Rewelacyjna robota reżysera Denis Villeneuve, odpowiedzialnego też za „Arrival” („Nowy początek”) i „Blade Runner 2049”.

„Sicario” był popisem Denis Villeneuve. Niestety, zabrakło go w „Sicario 2: Soldado”

Sicario 2: Soldado

„Sicario” skupił się na współpracy FBI, CIA i niezależnych „zleceniobiorców”. Większości z nich zależało na tym samym celu, ale nie wszyscy znali wszystkie elementy układanki. Ta nutka tajemnicy, odkrywana do samego końca, była jednym z ważniejszych elementów filmu. Postać grana przez Emily Blunt o imieniu Kate była naszą odpowiedniczką – wrzucona w środek sprawy nie zdawała sobie sprawy, z tego co się dzieje dookoła niej. Zdawała się być równoważnikiem dla enigmatycznych agentów, co pozwalało zachować odpowiedni balans filmu. A co najważniejsze – historia skrywała wiele sekretów, co wprowadzało pewien niepokój podsycany przez wcześniej wymienione elementy oraz muzykę Jóhanna Jóhannssona. Niestety, kompozytor zmarł na początku tego roku i muzykę do dwójki napisała Hildur Guðnadóttir, która wcześniej współpracowała z Jóhannssonem przy ścieżce do pierwszej odsłony.

Można powiedzieć, że wywiązał się ze swoich obowiązków należycie. Muzyka zachowała swoje tempo, dynamikę i nie jest całkowitą kopią pierwszego albumu. Niestety, zawiodły inne części składowe „Sicario 2: Soldado”. Zacznijmy od samej fabuły, która jest totalnym chaosem. Być może taki był cel – ukazanie kulisów pracy służb specjalnych, które mimo działania według planu i z określonym zamiarem popadają w kłopoty, przez co powstaje niemały bałagan. Nawet jeśli tak to miało wyglądać, to historia została rozpisana na kilka mało interesujących aktów. Niepowodzenia przeplatają się z ukończonymi misjami, ale dzieje się to wszystko jakby bez ładu i składu. Nie chcąc zdradzać zbyt wiele, by nie odbierać frajdy z seansu, dlatego napiszę tylko, że niektóre zagrania scenarzystów potrafią solidnie zirytować – po wyjściu z kina będziecie wiedzieć, co miałem na myśli.

Sicario: Soldado 2 – zbyt mało to Sicario, a za dużo chaosu

Sicario 2: Soldado

Postać grana przez Josha Brolina (Matt Graver) znów emanuje pewnością siebie, dobrym poczuciem humoru i ochotą przeskrobania czegoś. Wtóruje mu Benicio Del Toro, po raz drugi portretujący Alejandro – tu też wszystko się zgadza. Poza tą dwójką nie mamy jednak szans kimkolwiek innym się zainteresować, nie mówiąc o przywiązaniu się, poczuciu jakiejkolwiek sympatii. Obydwaj panowie wykonują swoją robotę i chcieliby wrócić na odpoczynek do domów – takie podejście do historii pozwala mi bardziej traktować „Sicario 2: Soldado”, jako spin-off produkcji sprzed 3 lat, aniżeli jako sequel. Tym bardziej, że początek filmu zwodzi nas na manowce, sugerując, że agenci będą musieli zmagać się z czymś innym. Powracamy jednak do tematyki związanej z kartelami i przemycaniu ludzi przez granicę meksykańsko-amerykańską.

Dla tych, którzy oczekiwali powiewu świeżości mam więc złe wieści. Ci, którzy czekali na coś podobnego do „Sicario” raczej się nie zawiodą, ale już po seansie dajcie znać w komentarzach, czy Wam również brakowało mięcha z pierwszej części.