20

Tej serii gier nie dało się dobrze podrobić. Za co kochaliśmy The Settlers?

Jeśli miałbym sięgnąć pamięcią i wybrać kilka gier, przy których za młodu spędziłem najwięcej czasu, jedną z nich bez wątpienia byłoby The Settlers 2. Setki przesiedzianych przy monitorze godzin i swoiste wyciszenie podczas obserwacji życia małych, wirtualnych ludzików. Nie każda odsłona Settlersów była świetna, ale seria miała w sobie coś, czego próżno było szukać u konkurencji.

Dziś takie gry mają pod górkę. Settlersi nigdy nie ociekali akcją znaną ze strzelanek – ba, swoim ślamazarnym tempem rozgrywki daleko im było nawet do klasycznych RTS-ów. A jednak zapisały się w pamięci graczy, wcześniej przyciągały ich do monitorów na długie godziny. W czym w zasadzie tkwiła tajemnica sukcesu Osadników?

The Settlers to specyficzna seria, która na przestrzeni lat i kolejnych odsłon trochę się zmieniała, jednak trzon i sens rozgrywki pozostawały te same. Za każdym razem wcielaliśmy się w we władcę z dawnych czasów, a naszym zadaniem było budowanie i rozwijanie swojej osady (która później stawała się czymś więcej, na przykład królestwem), a jej mieszkańcy musieli stawić czoła sąsiadom. Aby tego dokonać należało stawiać kolejne specjalistyczne budynki dające naszej osadzie nowe możliwości wytwarzania/obróbki, a co za tym idzie pchające naszą społeczność do przodu. Kluczowe było również odpowiednie poprowadzenie dróg, które były naszym osadnikom niezbędne do poruszania się i dostarczania surowców między budynkami. Jak możecie się domyślić, istotne znaczenie miała tu odpowiednia ekonomia – choć oczywiście podczas podbojów, liczyło się również odpowiednie rozplanowanie sił wojskowych.

Klasyka, czyli The Settlers i The Settlers 2

Seria zadebiutowała w 1993 roku na Amidze, by później trafić również na PC. Dziś ciężko się na ten tytuł patrzy, jednak na początku lat 90. ubiegłego wieku gra robiła niezłe wrażenie swoją luźną, przyjemną oprawą. Choć oczywiście kluczowa była rozgrywka – świeża, dotąd niespotykana, bardzo wciągająca i relaksująca.

Ciepłe przyjęcie produkcji nie sprawiło, że producent zdecydował się na kolejną odsłonę w następnym roku. Na The Settlers II musieliśmy czekać aż do 1996 roku, choć Amigowcy nigdy tego tytułu nie dostali. Zamysł był ten sam – stworzyć dobrze prosperującą osadę, jednak nawet już sama oprawa graficzna zdradzała, że to pełnoprawna kontynuacja z wieloma zmianami. Oktawian Autust wraz ze swoimi osadnikami ląduje na bezludnej wyspie, a zadaniem gracza jest znalezienie dziesięciu bram, dzięki którym uda się wrócić do Rzymu.

Powiew świeżości – The Settlers III i The Settlers IV

Dwa lata później na rynek trafiło The Settlers III. Tym razem jednak przyszło nam kierować jednym z trzech wybranych ludów – Rzymianami, Egipcjanami lub Azjatami. Założenia trzecich Settlersów były na dobrą sprawę takie same jak w dwóch poprzednich częściach, jednak wprowadzono szereg zmian. Przede wszystkim w kwestiach oprawy, która nadała grze zupełnie innego kształtu graficznego, zrezygnowano również z wyznaczania osadnikom ścieżek i dróg – robili to teraz sami, automatycznie. Dodatkowo wprowadzono bogów, których czczenie wiązało się z możliwością uzyskania dodatkowych surowców czy specjalnych rodzajów wojsk.

W 2001 roku na rynku pojawiło się The Settlers IV, w którym dowodziliśmy trzema rasami – Wikingów, Majów i Rzymian – a później Trojan. dołączonych w dodatku. Czwórka to w prostej linii kontynuacja trzeciej odsłony, tym razem jednak bardzo mocno przyłożono się do fauny i flory – a to oznacza pozyskiwanie surowców zarówno z roślin, jak i zwierząt.

Zobacz też: Nikt nie robi tak dobrych gier, jak Rockstar. Seria GTA to majsterszstyk

Powolna droga do upadku serii The Settlers

Wydane w 2005 roku The Settlers: Dziedzictwo królów przeszło całkowicie w trzeci wymiar rezygnując jednocześnie z trochę humorystycznych kształtów postaci, starając się postawić na większy realizm mieszkańców. Dodatkowo w serii pojawili się bohaterowie – a dokładnie Dario, potomek niegdysiejszych władców. Podobnie jak w poprzednich odsłonach, gra stawiała przede wszystkim na ekonomię, choć tym razem całość wydawała się skromniejsza i bardziej ograniczona. Rozbudowano natomiast wojsko, nadając mu dużo większe znaczenie niż w poprzednich odsłonach.

W 2006 roku na rynku pojawiło się The Settlers II: 10-lecie, rok później natomiast The Settlers: Narodziny imperium, czyli pełnoprawną szóstą odsłona serii. W zasadzie jedynym pozytywnym aspektem gry była niezła oprawa graficzna, zmiany w postaci uproszczeń modelu ekonomii wydawały się natomiast zabijać dawnego ducha gry.

W 2010 roku do sklepów trafiło The Settlers 7: Droga do królestwa i na dobrą sprawę na wiele długich lat seria przepadła. Również w 2010 roku pojawiło się przeglądarkowe The Settlers Online i choć pomysł sam w sobie wydawał się naprawdę niezły – fani serii nie przyjęli tej produkcji zbyt entuzjastycznie. Po 9 latach przerwy Settlersi mają powrócić za sprawą The Settlers 8, które powinno trafić na półki sklepowe w drugiej połowie 2019 roku.

Zobacz też: Kupiłem podróbkę The Settlers. Nie było warto

Mam wrażenie, że seria The Settlers nie poradziła sobie ze zmianami na rynku gier. Sam przestałem czerpać z niej przyjemność w okolicach The Settlers IV, jednak pierwsze trzy części uważam za jedne z najlepszych gier, z jakimi miałem kiedykolwiek styczność. Oryginalne podejście do rozgrywki, trochę powolna zabawa dobrze kontrastowała z produkcjami, które starały się za wszelką cenę dać nam jak najwięcej akcji i przełamywać kolejne bariery w kwestii oprawy i mechaniki. Osadnicy byli takim odpoczynkiem od wyścigu szczurów – niestety w pewnym momencie seria sama do niego dołączyła, co niestety nie odbiło się pozytywnie na jej popularności. Dlatego jestem bardzo ciekawy w którą stronę pójdzie najnowsza odsłona – nie jest przecież łatwo w dzisiejszych czasach połączyć najlepsze elementy z dawnych lat i podać je w taki sposób, by gra trafiła w gusta nie tylko dawnych fanów, ale i współczesnych miłośników elektronicznej rozrywki. Przez te wszystkie lata wiele się przecież zmieniło i choć chętnie wróciłbym do tych wszystkich archaizmów, grupa odbiorców byłaby wtedy naprawdę skromna – a tego nie chce przecież ani producent, ani wydawca. Pozostaje poczekać – a w tym czasie możecie przypomnieć sobie stare części, moim zdaniem w większości przypadków zdecydowanie warto.