20

Scorsese, Aniston i Coppola obrażają filmy Marvela. „Kino powinno mieć misję”

Marvel ma wierną i sporą rzeszę fanów. Jak się jednak okazuje, nie brakuje mu też krytyków.

Od kilku dni dużo się mówi na temat Marvela. Kolejne osoby ze świata kina zabierają głos i dzielą się z fanami swoimi opiniami na temat filmów superbohaterskich. Cała burza rozpoczęła się od wywiadu dla Empire Magazine. Martin Scorsese rozmawiał z dziennikarzem na temat swojego najnowszego filmu – Irlandczyk. W pewnym momencie dyskusja zeszła na kino tworzone przez Marvela. I wtedy się zaczęło. Scorsese przyznał, że nie podoba mu się to, co obecnie dzieje się w popkulturze. Porównał filmy superbohaterskie do parku rozrywki.

To nie jest kino istot ludzkich przenoszących emocjonalne i psychologiczne doświadczenia innych ludzi.

Oczywiście to nie spodobało się całej masie ludzi. Wierni fani blockbusterów rozpoczęli internetową batalię przeciwko reżyserowi, starając się mu wytłumaczyć, jak bardzo nie ma racji. Scorsese jest jednak nieugięty i do tej pory twardo stoi przy swoim zdaniu. Po raz kolejny wypowiedział się na ten temat podczas London Film Festival oraz w trakcie wykładu organizowanego przez BAFTA. Stwierdził tam, że kina są najeżdżane przez superbohaterskie produkcje, a właściciele kin powinni wreszcie zacząć dopuszczać więcej filmów narracyjnych. Słowem – odchodzimy od „prawdziwego” kina i to wszystko wina Marvela. Warto zaznaczyć, że Scorsese przyznał, że nie obejrzał w całości żadnego filmu ze stajni Marvela, a jego najnowszy film będzie dystrybuowany za pośrednictwem Netfliksa, a nie kin. W Irlandczyku Scorsese zdecydował się wykorzystać bardzo drogą technikę cyfrowego odmładzania aktorów. Nie zgodził się na rezygnację z zabiegu i zatrudnianie „młodszych wersji”. Kinowi dystrybutorzy czuli, że koszta, które będą musieli ponieść, nie zwrócą się i cała zabawa nie jest tego warta. Irlandczyk to bardzo długi film z wizją, który najwyraźniej sprawiłby kinom więcej kłopotu niż pożytku.

Netflix nie będzie miał hitów filmowych, jeśli nie zacznie wypłacać twórcom pieniędzy z zysków

Wielkim reżyserom z Marvelem bardzo nie po drodze

Jak się okazało, Martin Scorsese nie jest osamotniony w swojej opinii. Głos w sprawie zabrała również Jennifer Aniston. W wywiadzie dla Variety przyznała, że tęskni za czasami, w których kino było wolne od Marvela. Wyjaśniła, że z początku podobały jej się zmiany, jakie przechodzą przez świat kina i seriali. Przychylnym okiem patrzyła chociażby na serwisy VOD. Świat jednak pędzi do przodu, w ciągu zaledwie kilku lat zmieniło się bardzo wiele. Aniston nie jest zainteresowana filmami tworzonymi niemal wyłącznie na green screenie. Odwołała się do starych filmów z Meg Ryan, podając je jako przykład kina, które można w spokoju i rozluźnieniu przyswajać. Swoje trzy grosze dorzucił też Francis Ford Coppola. Jego wypowiedź była zdecydowanie najostrzejsza. Przyznał, że wątpi, że ktokolwiek czerpie przyjemność z oglądania w kółko tego samego, a wszystko, co robi Marvel określił mianem podłego. Według niego kino powinno dawać nam jakąś naukę, oświecenie, wiedzę czy inspirację, a tego wszystkiego w filmach superbohaterskich brakuje.

Trudno powiedzieć, co o tym wszystkim myśleć. Wypowiedź Jennifer Aniston wydaje mi się tu (niestety?) najmniej istotna. Aktorka nigdy nie sprawiała wrażenia w pełni nadążającą za trendami, moglibyśmy też długo dyskutować nad jakością filmów, w których gra. Trudno jednak odmówić kunsztu Scorsese i Coppoli. To wyjątkowo doceniani artyści, którzy wnieśli do kinematografii bardzo dużo. Dlaczego więc z takim dorobkiem w ogóle przejmują się Marvelem? Trudno powiedzieć. Niektórzy oczywiście uważają, że to zazdrość. Superbohaterskie filmy zarabiają krocie i wciąż nie schodzą z listy najpopularniejszych produkcji. Nie uważam, żeby kina były nimi zalewane. W tym roku dostaliśmy tylko kilka tego typu produkcji. Biorąc pod uwagę, że w przeciętnym multipleksie mamy do czynienia z ok. 200 premierami rocznie, to raczej nie jest aż tak znaczący procent, prawda? Ludziom to uniwersum bardzo się podoba, a Marvel wychodzi ze skóry, aby było jak najbardziej spójne i dopieszczone. Nie mogą przecież zawieść fanów, którzy przynoszą im takie zyski.

Tego typu filmy to nie żadna nowość. Od zawsze kino „popcornowe” zdobywało ogromną popularność. Z ciekawości rzuciłam okiem na największe filmy 1976 roku (premiera Chłopców z ferajny) i 1990 (Taksówkarz). W topce znalazły sie m.in. Rocky, King Kong, Kevin sam w domu, Teenage Mutant Ninja Turtles czy Pretty Woman. Część z tych produkcji widziałam i mi się podobały, ale żadnej nie nazwałabym kinem wysokich lotów. To popcornówki, dokładnie jak Marvel, które po prostu miały inne budżety i były tworzone inną technologią. „Prawdziwe” kino wcale nie znika. Przeciwnie. Dzięki nowoczesnym technologiom mamy jeszcze więcej możliwości na śledzenie wybitnych dzieł z całego świata. Rozumiem, że sukcesy finansowe Marvela mogą drażnić, ale próby zestawienia kina superbohaterskiego z filmami z jakąś większą misja są po prostu bezsensowne. Ken Loach wspomniał, że Marvelowskie filmy charakteryzuje cynizm i chęć zdobycia wielkich pieniędzy. Trudno byłoby mi jednak uwierzyć, że reżyserzy robiący „ambitne” filmy w ogóle nie myślą o pieniądzach. W kontrze do tego wszystkiego stają tacy twórcy jak Werner Herzog. Jego również możemy śmiało zaliczyć w poczet wybitych, a jednak reżyser nie stara się obrazić na Marvela ostentacyjnie. Jest pozytywnie zaskoczony całą otoczką kina superbohaterskiego, chwalił sobie San Diego Comic-Con i jest zaangażowany w tworzenie Mandaloriana. Można?

Miliony much nie mogą się mylić!

Na świecie istnieją rzeczy robione dla zysku i te robione z poczucia misji. Istnieją również widzowie, którzy chodzą do kina wyłącznie na popcornówki i tacy, którzy badają dokładnie repertuary kin studyjnych, aby wyłowić perełki z najdalszych zakątków świata. Te drugie opcje zawsze były i będą w mniejszości. Walka z gustami widzów oraz sposobami dystrybucji jak Netfliks mija się z celem. Wylewanie żółci nikomu nie pomoże ani nie poprawi wizerunku. Twórcy o wiele lepiej wyjdą na robieniu tego, co potrafią najlepiej. Nie polecam z postępem w popkulturze walczyć, ale jeśli nie chcecie się do niego przyłączyć, chociaż go ignorujcie. Prawdziwa sztuka przecież zawsze obroni się sama, nieważne ile Robert Downey Junior dostanie za rolę Iron Mana, prawda?