8

Rozpruci na śmierć – jak można było tak zepsuć ten film? Potencjał na hit był przeogromny

Czy autor się nie pomylił? Jak to "niezła kiszka", a chwilę później "musicie obejrzeć"? Przecież to jakiś absurd! Zgadza się. "Rozpruci na śmierć" to film tak nierówny, że warto jest znieść ten żałosny humor, by docenić inne walory produkcji.

Nawet jeśli śledzicie kinowe premiery, to podejrzewam, że „Rozpruci na śmierć” mogli wam umknąć. Nie jest to głośno promowany tytuł, a i sama tematyka jest na tyle nietypowa, że większość z widzów przejdzie obok filmu zupełnie obojętnie. I z jednej strony mógłbym napisać, że tak powinniście zrobić, bo biorąc pod uwagę ceny kinowych biletów, to te 3 dyszki moglibyście zainwestować w ten weekend znacznie lepiej, ale z drugiej strony nie mogę się doczekać, aż „The Happytime Murders” – bo tak brzmi oryginalny tytuł filmu- trafi do dystrybucji internetowej oraz na DVD*. Po prostu chcę go obejrzeć jeszcze raz.

I zdaję sobie sprawę, że będzie to w sporym stopniu czynność, którą można określi mianem guilty pleasure – termin ten oznacza, że powinniśmy się wstydzić tego, że czerpiemy przyjemność z oglądania danego tytułu. Rzeczywiście trochę mi wstyd, że „Rozpruci na śmierć” w jakimś minimalnym stopniu mnie do siebie przekonali, ale mam kilka argumentów na swoje wytłumaczenie. Zacznijmy więc ten tekst jeszcze raz.

„Rozpruci na śmierć”, czyli muppety dla dorosłych

„Rozpruci na śmierć”, to nowy film Briana Hensona. Człowieka, który od wielu, wielu lat dostarcza nam produkcji z Muppetami w rolach głównych – to w końu syn Jima Hensona, twórcy Muppetów. Mowa tu na przykład o „Muppetach na wyspie skarbów”, „Opowieści wigilijnej Muppetów” czy „Muppetach na tropie”. Nie we wszystkich stał za kamerą, ale jego udział w powstawaniu filmów nie przeszedł niezauważony. Tym razem Hanson postanowił zrobić coś innego – zasmiast kina familijnego, umieścił kukiełki w produkcji dla dorosłych. Sprośnej i wulgarnej. Zapowiedzi i zwiastun mogły napawać optymizmem, bo wydawało się, że z takim doświadczeniem Henson zdoła nakręcić coś naprawdę ekstra. Pracował na podstawie scenariusza Todda Bergera, który tym razem się nie popisał – mówiąc delikatnie – i to właśnie tutaj upatrywałbym przyczyn braku sukcesu.

Główny bohaterem filmu jest Phil Philips. Prywatny detektyw, ktory niegdyś był pierwszą kukiełką, która zasiliła szeregi policji. Rzeczywistość jest jaka jest – choć kukiełki zyskały już wiele praw, to jednak nadal są traktowane jako gorszy gatunek. Trudno im pozbyć się etykietki błaznów, którzy śpiewają i tańczą dla ludzi. Niektóre z nich, jak chociażby brat Phila o imieniu Larry, dorobiły się majątku na udziale w popularnych telewizyjnych show, ale to wcale nie oznacza, że udało im się zyskać szacunek u ludzi. Są prześladowane na ulicach, posiadają dedykowane tylko im lokale i szpitale, a nawet własny kanał telewizyjny. Ale nie wszyscy dają sobą pomiatać i chcą się trzymać na uboczu.

Obsada nie zawodzi – i ludzie, i pacynki

Jak już pisałem, Philips po odejściu ze służby, pracuje jako prywatny detektyw. Nie wszystko potoczyło się po jego myśli – zamiast pilnować porządku na ulicach i ścigać tych złych, pozostaje mu rozwiązywać sprawy, które mają niewiele wspólnego z tym, co chciał robić. Pewnego dnia pojawia się u niego w biurze klientka (kukiełka), która jest szantażowana. Za wszelką cenę chce, by jej sekret pozostał tajemnicą i wręcza Philowi list od szantażysty oferując odpowiednią zapłatę za zajęcie się tą sprawą. Philips nie ma wyjścia – potrzebuje kasy, dlatego od razu bierze się do roboty i rusza śladem pozostawionym przez autora listu. Charakterystyczna literka „p” prowadzi go do sklepu z filmami i akcesoriami dla dorosłych. Tam zaczyna się prawdziwa sprawa – w sklepie ginie jeden z klientów, a następne wydarzenia nie pozwalają sądzić, że był to kompletny przypadek. Ktoś chce pozbyć się wszystkich gwiazd sitcomu popularnego w latach 90.o tytule „The Happytime Gang”. Na miejscu zdarzenia pojawia się była partnerka Philipsa – detektyw Edwards grana przez Melissę McCarthy, którą na pewno kojarzycie z wielu udanych komedii. Na ekranie pojawia się też ich przełożony, porucznik Banning, w którego wcielił się Leslie David Baker – popularny Stanley z „The Office”.

Ależ piękna katastrofa!

Wydawać by się mogło, że taki film nie może się nie udać. Połączenie postaci animowanych z żywymi aktorami w „Kto wrobił Królika Rogera” wypadło nieźle, więc i w przypadku pacynek efekt powinien być co najmniej dobry. Niestety, świetni aktorzy i fenomenalni operatorzy kukiełek to zbyt mało, by wyciągnąć cokolwiek z tak słabego scenariusza. Nie potrafię zrozumieć, kto mógłby dać zielone światło tak banalnemu i żałosnemu projektowi – pomimo kilku (od 3 do 5) udanych żartów, w kinie czeka was prawdziwy festiwal żenady. Sprośne i wulgarne dowcipy, a także ciągłe rzucanie fuckami, wszędobylskie narkotyki i strzelaniny to zdecydowanie za mało, by rozbawić widza. Odniosłem wrażenie, że tłumacz robił co mógł, by polska wersja filmu była choć odrobinę zabawniejsza od oryginału, bo nawet niektóre zwykłe zwroty starał się przeobrazić w żart, ale efekt był odwrotny od zamierzonego, ponieważ niektóre polskie odzywki kompletnie nie pasowały do kreowanej na ekrane rzeczywistości.

By ten film się udał, wystarczyło spróbować nakręcić zwykłą detektywistyczną opowieść, która rozgrywa się w świecie współdzielonym przez ludzi i pacynki. Potencjał projektu był naprawdę olbrzymi, co potwierdza sam początek, gdy narrator niskim głosem wprowadza nas w intrygującą rzeczywistość niezwykłego Los Angeles. Niedługo później czar pryska, bo nieśmieszne żarty mogą nas nawet wprawić w zakłopotanie, zamiast rozsmieszyć. Jak to powinno wyglądać?

Ulice powinnismy przemierzać wieczorną porą, obserwując codzienność Los Angeles z cadillaca Philipsa. Gdyby zdecydowano się na mroczną i prawdziwie tajemniczą historię o detektywie, wzbogaconą o postacie będąc kukiełkami, moglibyśmy otrzymać coś naprawdę wartego uwagi. Segregacja rasowa i jej następstwa, policyjne kino lat 80. i 90., detektyw z problemami i seryjny morderca, czarny humor – to brzmi jak recepta na sukces. Ożywiony przez weterana kukiełkowego kina Billa Barrettę det. Phil Philips mógłby doczekać się nawet własnej serii filmów lub serialu telewizyjnego. Najgorzej o filmie świadczy to, że sceny dodatkowe, przedstawiające kulisy powstawania filmu, są jego najzabawniejszym punktem – widzimy w nich operatorów ukrywających się pod pacynkami lub ubranych w zielone stroje, by możliwe było ich późniejsze wymazanie ze sceny. Chciałbym zobaczyć więcej takich materiałów i mam nadzieję, że będzie taka możliwość.

Realizacyjnie „Rozpruci na śmierć” to najwyższa półka i właśnie dlatego powinniście go zobaczyć. Dlatego wy czekacie na DVD, by zaoszczędzić na bilecie do kina i wydać za 6 miesięcy jedynie dyszkę, a ja zaczekam z powodu materiałów zza kulis.

*osobiście wybrałbym jednak Blu-Ray.