36

Rosjanie wpadli na dziwny pomysł. Mam nadzieję, że Polacy nie pójdą w ich ślady

Źle się dzieje w państwie… za naszą wschodnią miedzą*, a ściślej pisząc, w Rosji. Chociaż staram się obiektywnie podchodzić do wydarzeń w tym kraju i boli mnie, że nasze media, część polityków oraz opinii publicznej często szukają na siłę problemów u naszego sąsiada (lub zagrożeń z jego strony), to tym razem sam napiszę, iż ktoś […]

Źle się dzieje w państwie… za naszą wschodnią miedzą*, a ściślej pisząc, w Rosji. Chociaż staram się obiektywnie podchodzić do wydarzeń w tym kraju i boli mnie, że nasze media, część polityków oraz opinii publicznej często szukają na siłę problemów u naszego sąsiada (lub zagrożeń z jego strony), to tym razem sam napiszę, iż ktoś w Moskwie wpadł na kiepski pomysł. Mieszanie edukacji, nowych technologii i konkretnego typu patriotyzmu brzmi źle już na wstępie. Produkt końcowy może być jeszcze gorszy i boję się, że któregoś dnia takie koncepcje mogą być realizowane także w Polsce.

Zacznę od początku. A właściwie nie od początku, bo to byłoby lekkie nadużycie, lecz od pewnego sierpniowego wpisu. Poświęciłem go grze Company of Heroes 2, która wywołała sporo kontrowersji w Rosji, a także poza jej granicami. Nie będę się wdawał w szczegóły – odsyłam do tamtego tekstu. W wielkim skrócie? Zacytuję fragment:

Studio Relic Entertainment tworzy grę, w której pojawiają się sceny i zdarzenia w krytyczny sposób prezentujące Armię Czerwoną w trakcie II Wojny Światowej. To wywołuje oburzenie niektórych Rosjan określających się mianem patriotów i prowadzi do ich zmagań z dystrybutorami gry. Domagają się zakazu sprzedaży tytułu i przekonują (nie tylko w kraju, ale też na forum międzynarodowym), że to naginanie prawdy i bezczeszczenie pamięci przodków-bohaterów.

Tym razem nie mieliśmy zatem boju o prawa do gry, podbieranie pomysłów czy nieuczciwy podział zysków – poszło o historię oraz jej interpretację. Pisałem wówczas, że sprawa może się rozwinąć w trudny do przewidzenia sposób, ale podskórnie czułem, iż nie wyniknie z tego nic dobrego. Wczoraj dowiedziałem się, że temat jest kontynuowany i zaczyna przybierać niebezpieczne, by nie napisać karykaturalne kształty. Do sprawy włączyli się politycy, którzy chcą kontrolować rynek gier komputerowych i… stymulować jego rozwój w określonym kierunku. Cóż to oznacza?

Rosyjskie ministerstwo kultury już niedługo ma się zająć kontrolowaniem zagranicznych tytułów trafiających do naszego wschodniego sąsiada. Cel jest jasny – nie może się powtórzyć sytuacja, jaka miała miejsce w przypadku CoH2, czyli dyskredytacja państwa/wojska/społeczeństwa rosyjskiego (podejrzewam, że odnosi się to również do okresu ZSRR, a nawet Rusi Kijowskiej). Urzędnicy doszli do wniosku, że gry powinny być „patriotyczne” i „prawdziwe”. Przyznam szczerze, iż w tym kontekście oba słowa nie brzmią dobrze. Co więcej, to brzmi bardzo źle. Na tym jednak sprawa się nie kończy.

Skoro obcokrajowcy nie chcą albo nie potrafią robić prawdziwych (z punktu widzenia Rosji) gier, to Rosjanie stworzą je sami. W przyszłym roku pojawi się podobno tytuł poświęcony pierwszej wojnie światowej, po nim pewnie przyjdzie czas na kolejne tytuły „patriotyczne”. Państwo może z nich szybko zrobić użytek, ponieważ już głośno mówi się o tym, by takie gry wykorzystać w edukacji. Niestety, często bywa tak (nie tylko w Rosji), że złe pomysły są szybko wprowadzane w życie, a ich późniejsze wyrugowanie i usunięcie powstałych szkód nastręczają sporo problemów.

Czy denerwuje mnie sam fakt zainteresowania się państwa grami komputerowymi? Nie – jest wręcz odwrotnie. Zgadzam się z Karolem, który pisał jakiś czas temu, że gry powinny zostać wprowadzone do systemu nauczania. Gratuluję Marcinowi, ponieważ jego projekt został uznany za przydatne i niesztampowe narzędzie edukacyjne. Wizja, w której na lekcjach historii, geografii, matematyki czy przedsiębiorczości pojawiają się gry komputerowe jest niezwykle kusząca. Nie twierdzę oczywiście, że lekcje powinny opierać się jedynie na grach komputerowych, ale mogą one stanowić świetne uzupełnienie dla wiedzy przekazywanej w tradycyjny sposób. I jestem przekonany, że będą stymulowały rozwój ucznia oraz jego głód wiedzy.

Pamiętam, że w czasach licealnych namiętnie graliśmy z kolegami w Europę Universalis i mogliśmy całymi godzinami rozprawiać na ten temat. Chociaż wszyscy bardzo lubiliśmy historię i nie trzeba nas było namawiać do poszerzania wiedzy w tej materii, to wspomniana gra intensyfikowała potrzebę zdobywania nowych informacji. Każdy chciał się pochwalić, co osiągnął, jak to zrobił, a przy okazji zrobić rys historyczny i poznać realia epoki – dla samego siebie, bo to fascynująca kwestia. Wielu osobom może się to wydawać śmieszne, a nawet absurdalne, ale tak właśnie było. Kolega, który przekonywał, że godziny spędzone z Europą pomogą mu na maturze, ostatecznie został studentem historii.

Podejrzewam, że nasza grupa nie była wyjątkiem i takie rzeczy dzieją się nadal. Dlaczego nie mielibyśmy wykorzystać tego potencjału? Do sprawy nie można oczywiście podchodzić bezkrytycznie – gry nie mogłyby np. wprowadzać w błąd. Do ich tworzenia, ewentualnie do oceniania już wydanych tytułów i określania ich przydatności na niwie edukacyjnej, konieczne byłoby powołanie sensownego zespołu. W jego skład powinni wchodzić specjaliści z różnych dziedzin, zdolni do szukania kompromisów. Choć jestem przeciwnikiem powoływania kolejnych zespołów/instytucji/urzędów dla samej idei, to w tym przypadku cel jest jasny, a zmiany potrzebne.

Tak przeprowadzana reforma ma, moim skromnym zdaniem, sens i żywię nadzieję, że kolejne lata przyniosą nam zmiany tego typu. Rosyjski model zmian, o którym wspomniałem wcześniej, to inna bajka. O ile można tu w ogóle pisać o bajce. Urzędnicy nie będą w tym przypadku sprawdzać, czy daty się zgadzają, czy producent nie przesadził z przemocą i dobrze ulokował miasta na mapie oraz wynalazki w czasie, by np. nie okazało się, że w grze o pierwszej wojnie światowej pojawiają się odrzutowce. A przynajmniej nie będzie to jedyny cel kontrolerów. Ich zadaniem stanie się kontrolowanie gry pod kątem „patriotyzmu” oraz jej „prawdziwości” (dość specyficznie rozumianej). W tym przypadku można mówić o pewnej sprzeczności, ponieważ patriotyzm (w konkretnym ujęciu) często mija się z prawdą i nie akceptuje słów krytyki pod adresem swojego kraju.

Patriotyzm jest różnie pojmowany. Dla jednego to śmierć pod gąsienicą wrogiego czołgu, dla drugiego znajomość historii oraz kultury własnego kraju, jeszcze inna osoba wskaże na pracę dla ojczyzny – nie tylko w aspekcie gospodarczym. Zdarzają się oczywiście jeszcze inne spojrzenia na to zagadnienie oraz wszelkiej maści „miksy”. Jak już wspomniałem: patriotyzm jest różnie pojmowany. Obawiam się jednak, że rosyjscy urzędnicy skupią się na konkretnym ujęciu patriotyzmu, czyli obronie czci państwa i przodków ponad wszystko. To źle wróży grom typu CoH2, ponieważ trafią na czarną listę i nie będzie już miejsca na dyskusję. Przynajmniej nie w przestrzeni publicznej.

Być może jestem w błędzie i maluję sprawę w czarnych barwach, a za kilka miesięcy/kwartałów/lat (trudno stwierdzić, jak szybko poznamy owoce tych decyzji) okaże się, że nie ma mowy o żadnej cenzurze i bronieniu swoich bohaterów za wszelką cenę. Co więcej, mam nadzieję, że się mylę i wyolbrzymiam. Jednocześnie stwierdzę jednak, iż moja ewentualna pomyłka nie sprawia, że temat i zagrożenie stają się nieaktualne – przecież wspomniany problem mógłby kiedyś trafić np. na polski grunt. Czy trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym jakaś władza postanawia, że gry zostaną włączone do systemu nauczania, ale mają być „patriotyczne i prawdziwe”? Moja wyobraźnia szybko sobie z tym poradziła.

Ktoś mógłby oczywiście stwierdzić, że nie mielibyśmy takich problemów, jak Rosjanie, bo nasza historia nie wywołuje takich kontrowersji, jak ta rosyjska: u nas byłaby jedna prawda. Nie trzeba wielu przykładów, by obalić tę tezę, wystarczy jeden – Powstanie Warszawskie. Ten temat wywołuje coraz większe kontrowersje i stworzenie obiektywnej gry przedstawiającej to zagadnienie byłoby niezwykle trudne, a i tak nie brakowałoby osób zniesmaczonych albo wręcz oburzonych efektem końcowym. Gdybyśmy zaczęli sięgać głębiej w przeszłość, to z pewnością znaleźlibyśmy całą masę trudnych tematów, które wielu chciałoby zakopać głęboko w ogrodzie, a nie wyciągać na światło dzienne. I jak tu zrobić prawdziwą i patriotyczną grę?

Wspomniany przeze mnie zespół dopuszczający gry do edukacji, a nawet stymulujący ich powstawanie, musiałby czuwać nad tym, by w kwestiach spornych (prym wiodłyby tu gry historyczne, ale nie stanowiłyby wyjątku) ukazano dwa oblicza problemu. Spore wyzwanie, ale gra nomen omen warta świeczki. Ukazanie „jedynej słusznej prawdy” byłoby pewnie znacznie łatwiejsze, lecz nie prowadzi to do niczego dobrego. Pozostaje mieć nadzieję, że przywołany pomysł oceniania patriotyzmu w grach umrze śmiercią naturalną i nikomu nie przyjdzie do głowy go wskrzeszać.

*Losy Europy tak się potoczyły, że obecnie graniczymy z Rosją od północy, ale trudno nazwać ich północnym sąsiadem ;)

Źródło informacji: bfm.ru
Źródło grafiki: Валентин Поздняков/snob.ru