5

Roku internetowej tyranii ciąg dalszy, poznaj CISPA – amerykańskie prawo do inwigilowania internautów

Nie dalej jak w poniedziałek wspominałem o raporcie Białego Domu odnośnie zachęty do tworzenia nowej ustawy anty-pirackiej i anty-prywatnościowej. Dziś już zachęcać na przyszłość nie trzeba, to już się dzieje. Po SOPA, PIPA i ACTA nadszedł czas na CISPA. Z tych dziwnych skrótów wkrótce będzie można zrobić pokaźny, pro-wolnościowy wierszyk polityczny chyba :). I choć […]

Nie dalej jak w poniedziałek wspominałem o raporcie Białego Domu odnośnie zachęty do tworzenia nowej ustawy anty-pirackiej i anty-prywatnościowej. Dziś już zachęcać na przyszłość nie trzeba, to już się dzieje. Po SOPA, PIPA i ACTA nadszedł czas na CISPA. Z tych dziwnych skrótów wkrótce będzie można zrobić pokaźny, pro-wolnościowy wierszyk polityczny chyba :). I choć CISPA bezpośrednio Polaków nie dotyczy (bo pośrednio to i tak możesz zaliczyć ekstradycję), to warto się zapoznać z każdym atakiem na internautów.

CISPA – Cyber Intelligence Sharing and Protection Act, najogólniej mówiąc, to zalegalizowanie pełnej inwigilacji – pod przykrywką walki z piractwem, terroryzmem i czego tam jeszcze się boją jankesi. Jako taki, dokument ma umożliwiać podglądanie tego, co robimy w sieci – przesyłanych maili, ćwierków, statusów, zdjęć itd. Powód? Podejrzenie kradzieży i nadużycia prywatnych bądź rządowych informacji.

Na bazie takiego CISPA, ISP jak również inne firmy (Google, Twitter, Facebook) mogłyby legalnie poglądać wszelkie prywatne informacje, które przesyłamy bądź odbieramy w sieci, a i nie będzie problemu, by tymi informacjami podzielić się z władzą i służbami porządkowymi. I to kompletnie pomijając kwestie dbania o prywatność. Rzecz jasna, nikt nie będzie patrzył, czy jesteś Amerykaninem, czy Polakiem – jeśli tylko Twoje dane znajdą się w posiadaniu amerykańskiej firmy, to zrobi ona z tymi danymi co tylko zechce. I jak znam życie, będzie to podstawą, by zrobić Ci ekstradycję do USA, a konkretniej do jakiegoś przytulnego, federalnego więzienia.

Oczywiście ta “wolna amerykanka” gwarantowana jest nie tyle bezpośrednio przez ustawę, co przez sposób jej spisania – ogólny i tak pokrętny, że można czytać między wierszami. EFF (Electronic Frontier Foundation) twierdzi, że nowe prawo mogłoby doprowadzić do tego, że przesyłane przez nas i do nas wiadomości mogłyby być nawet modyfikowe, bądź całkowicie usuwane, jeśli istniałoby podejrzenie zagrożenia dla bezpieczeństwa amerykańskiego kraju.

Cyberbezpieczeństwo, walka z piractwem, terroryzm, teścio… ee, wróć. W każdym razie, dużo mocnych haseł ze strony polityków. A za hasłami idą ustawy – które kompletnie ignorują nasze prawo do prywatności. Tej samej, której próbują bronić inni politycy, wprowadzając nakaz wyrzucania wielkich pop-upów informujących o ciasteczkach czy atakując Google i Facebooka za ich polityki prywatności. Czy to jeszcze hipokryzja, czy już schizofrenia? I dlaczego Ci, którzy bronią naszej prywatności atakując Google i ciasteczka, siedzą cicho, gdy w grę zaczynają wchodzić takie ustawy jak SOPA, PIPA czy ACTA? Na to pytanie jeszcze nie znalazłem odpowiedzi…

Źródło