19

Rocket Lab z kosmicznym wyczynem – firma wysłała na orbitę… elektryczną rakietę

W kosmicznym biznesie coraz większy tłok i ścisk - przybywa graczy, którzy chcą tam zarobić pieniądze. Najgłośniej jest pewnie o SpaceX, ale interes Elona Muska to część znacznie większej układanki. Swój element postanowiła do niej dołożyć firma Rocket Lab. Będzie konkurować z producentem rakiet Falcon? Raczej nie: ma inny pomysł, inne sposoby na realizację celów biznesowych. A kibicować trzeba większości przedsięwzięć z tego poletka, bo wszyscy możemy na tym skorzystać.

Rocket Lab powstało ponad dekadę temu, startup można nazwać amerykańsko-nowozelandzkim. Głośno zrobiło się o nim w ubiegłym roku, gdy firma zaliczyła udany start rakiety Electron. Przynajmniej częściowo udany – nie udało się osiągnąć orbity. Przedstawiciele przedsiębiorstwa i tak mówili jednak o sukcesie, dane zdobyte podczas lotu, miały pomóc dopracować sprzęt, by możliwie szybko firma rozkręciła interes, stałą się gotowa na komercyjne loty. Tu dochodzimy do sedna projektu.

Biznes nie jest nastawiony na transport dużych i ciężkich ładunków – to nie sprzęt, który moglibyśmy porównywać z produktami SpaceX. Stworzona przez ten zespół rakieta Electron ma wynosić na niską orbitę okołoziemską ładunek o masie do 150 kg. Powstała z myślą o małych satelitach, niewielkich firmach, które je tworzą – tych biznesów nie stać na drogie starty, mają problem z obecnymi cennikami. Tymczasem miniaturyzacja urządzeń postępuje i możliwe staje się wysyłanie na orbitę niewielkich maszyn, które wykonywałyby przeróżna zadania. Tu pojawia się Rocket Lab.

Ich głównym narzędziem jest mierząca 17 metrów rakieta Electron. Wykonano ją z materiałów kompozytowych, zastosowano druk 3D, który nie tylko obniża koszty, ale też sprawia, że skala produkcji dwustopniowej rakiety może być szybko zwiększana. Pojazd napędzają silniki Rutheford, które wyróżniają się za sprawą elektrycznych pomp – można mówić o pierwszej elektrycznej rakiecie. To upraszcza budowę i działanie pojazdu. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie dziwi, że startup całkiem poważnie mówi o nawet 50 startach w ciągu roku. Z czasem ta liczba miałaby się zwiększyć.

Start sprzed paru dni (wykorzystano infrastrukturę stworzoną przez firmę w Nowej Zelandii) sprawił, że na orbitę wyniesiono trzy satelity: dwa firmy Spire i jeden przedsiębiorstwa Planet Labs. Spore osiągnięcie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że był to dopiero drugi start. Sygnał dla innych biznesów jest jasny: to działa, czas ustawiać się w kolejce. Już nie musisz być klientem drugiej kategorii, nie musisz przepłacać u firm, które do tej pory organizowały starty. Albo… możesz w końcu wejść to tego segmentu – dotychczasowa bariera ekonomiczna ustępuje. Jeden start to koszt około pięciu milionów dolarów, firmy zainteresowane wyniesieniem na orbitę małego satelity będą musiały przygotować kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Nadal sporo z punktu widzenia przeciętnego człowieka, ale jeśli ktoś chce robić interesy w tym sektorze…

Zapewne nie muszę tłumaczyć, że to może podkręcić rozwój branży kosmicznej, zachęcić więcej firm do zainteresowania się tą przestrzenią. Mogą powstać zupełnie nowe pomysły na biznes, w segmentach już istniejących jest szansa na zmianę cen. Ostatecznie możemy na tym skorzystać. A trzeba mieć na uwadze, że nie tylko Rocket Lab chce działać w tej niszy – już rośnie mu konkurencja. Robi się naprawdę ciekawie. Na wyścigu Chińczyków i SpaceX ta opowieść się nie kończy.

Grafika tytułowa