Internet

Right to disconnect - możecie nie wiedzieć co to takiego, ale wiedzcie, że potrzebujemy go jak najszybciej

MG
Maciej Gorczyński
4

Sprawa nie jest świeża. Parlament Unii Europejskiej odpowiednią dyrektywę przyjął w styczniu tego roku – teraz czas na ruch parlamentów narodowych. Na razie Irlandia jest pierwsza – i wzorcowa.

Doświadczenie z możliwością „rozłączenia” ludzi pracujących w różnych branżach są mieszane, niekiedy dobre, ale z całą pewnością nie można zakładać, że problem rozwiąże się za pomocą tzw. dobrych obyczajów. Za dużo w tym poklepywania, mrugania okiem, sytuacji typu: „ze mną mejla (w sobotę) nie wymienisz?”. Wbrew pozorom – a może nie – najbardziej podejrzane są przedsiębiorstwa państwowe i instytucje powiązane z administracją państwową (te, które mają 2 tygodnie, aby odpowiedzieć obywatelowi lub pracownikowi). Co przypomina niegdysiejszą sprawę (rok 2017) z niemałą ilością umów śmieciowych zawieranych przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Na uczelniach wyższych, w których liczba pracowników administracyjnych jest zwykle równa liczbie wykładowców, nadprodukcja korespondencji biurokratycznej jest normą. Jak wyjaśniają badacze biurokracji, ten samozwrotny ruch w interesie jest podstawowym sposobem uzasadnienia swojego istnienia. To prowadzi do zatorów dokumentów: zwykły obieg informacji, sprawy, decyzje, podpisy próbuje się domknąć w cyklu tygodniowym (lub miesięcznym), zatem najwięcej tego powstaje w piątek – i o 16.32 trafia na skrzynki pracowników. Nie każda informacja dotyczy wszystkich, ale, rzecz jasna, trzeba się tego najpierw dowiedzieć. Czy da się uporządkować komunikację między wykładowcami i studentami? – pytanie niemal filozoficzne. Niemniej Teams, warto zwrócić uwagę, pozwala wybrać nie tylko dzień, ale i godzinę, po której „zadanie” co prawda dochodzi, ale ze statusem przeterminowanego.

O wizerunkowej, a też trochę moralnej, stronie zagadnienia musiał myśleć ustawodawca irlandzki, który do odpowiedniej ustawy dodał uwagę, że sektor publiczny ma być wzorcem „rozłączania” dla wszystkich pozostałych. Rzecz druga i imponująca: zobowiązanie do inwestycji w „space work”, czyli przygotowane do pracy zdalnej przestrzenie w życiowo strategicznych miejscach, w suburbiach, w pobliżu przedszkoli i szkół itp. Idea bezcenna: praca zdalna nie musi oznaczać pracy w domu (na takie rozwiązanie piszę się jako pierwszy).

Podobne prawa Francja wprowadziła jeszcze w 2016 roku, Włochy rok później. Niemniej ustawa irlandzka pozostaje wzorcowa, ponieważ została napisana z doświadczeniem epidemii i zawiera szczegóły, które mogą dużo zmieniać. I nie dotyczy to wyłącznie godzin komunikacji, ale podstawowego kłopotu, na który w wywiadzie zwrócił uwagę premier Irlandii: w czasie epidemii mnóstwo ludzi przepracowało sporo darmowych godzin. Z kolei Francuzi przyjęli ogólną zasadę mówiącą, że przedsiębiorstwa zatrudniające więcej niż 50 osób muszą ustalić godziny, w których pracownicy nie muszą i nie mogą pisać mejli. Mniej zobowiązujące rozwiązanie stosują Niemcy, pozostawiając wymyślanie rozwiązań samym pracodawcom, którzy najczęściej podchodzą do kwestii technicznie, odcinając pracowników od skrzynek w określonych godzinach. W każdym wypadku odpowiedzialność za skuteczność „right to disconnect” powinna spoczywać na kadrze zarządzającej, która powinna dostrzec, kiedy pracownik niższego szczebla ma osobisty kłopot z „rozłączeniem” w sytuacji zależności służbowej.

„Rozłączenie” może zbliżyć Europę do rozwiązania szerszego problemu: śmierci z przepracowania. Pierwsze globalne badania Światowa Organizacja Zdrowia przeprowadziła zaskakująco niedawno. Opublikowane w 2016 roku wyniki objęły lata 2000-2016 i 194 kraje. W tym czasie z przepracowania zmarło 745000 ludzi. Główną przyczyną były zawały, najczęstszymi ofiarami mężczyźni w wieku średnim. Okazało się, że praca powyżej 55 godzin w tygodniu stanowi bezpośrednie zagrożenie życia; w grupie pracujących 35-40 godzin prawdopodobieństwo zawału jest o 35% niższe – to duża różnica.

Kwietniowa ustawa Irlandii jest również szczegółowa: pozwala na całkowite wyłączenie urządzeń po godzinach pracy i chroni przed karą za „rozłączenie”, wskazuje na instytucje, którym należy zgłaszać naruszenia. Podkreśla – co jest równie ważne, jak oczywiste – że wszystkie regulacje mają dotyczyć również pracy stacjonarnej. I najważniejsze: mówi, że rozwiązania muszą być elastyczne. To jest to, czego brakuje we Francji, zwłaszcza w Niemczech, zwłaszcza w Polsce: praca online przed epidemią, w trakcie i po jest często pracą asynchroniczną, wykonywaną ze współpracownikami z różnych stref czasowych. Czysto techniczne podejście się nie sprawdzi, sztywne godziny niekoniecznie idą w parze z działaniem zespołowym, a biur nie należy likwidować, tylko zmienić sposób ich używania. Epidemia i dobre reguły mogą faktycznie wprowadzić w życie prognozy socjologicznie z lat 90., zapowiadające, że praca przestanie mieć związek z miejscem. Tak się nie działo, ponieważ silniejsze okazały się mechanizmy wielkich aglomeracji miejskich przyciągających wykwalifikowanych pracowników.

Problemy? Liczne; w USA tylko 20% pracowników deklaruje, że chce bezwzględnie wrócić za biurko u pracodawcy na pięć dni w tygodniu, w Europie (z wyjątkiem Anglików, którzy dają odpowiedzi podobne do amerykańskich) – ponad 50%, co pokazuje, że Stary Kontynent przez ostatni rok radził sobie co najwyżej połowicznie. Ekonomiści przestrzegają też, że w nowej normalności, pracodawcy mogą nabrać zwyczaju bezwzględnego egzekwowania czasu spędzonego w biurze.

Jest jeszcze problem z nazwą, najmniejszy ze wszystkich. „Right to disconnect” – mimo prostoty sformułowania jakoś niełatwo elegancko przełożyć. Używa się najczęściej literalnego przekładu, z cudzysłowem: „prawo do odłączenia”, „prawdo do rozłączenia”. Irlandczycy mówią wyraźnie, że chodzi „switch off” urządzeń, ale wypada jakoś też odróżnić człowieka „rozłączonego” od kogoś, kto jest „offline”, co jest raczej potocznym określeniem analogowego stylu życia. Nieważne jak to się będzie nazywać, potrzebujemy tego już.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu