56

Nie wiem jaka będzie kolejna rewolucja po smartfonowej. Ale może być tak, że jej nie dożyjemy

W kwestii formalnej, Moi Drodzy. Bardzo nie lubię mówić, że taka i taka technologia za jakiś czas porwie nasze serca i zmusi nas do natychmiastowego zakupu. Dużo prościej jest mi to powiedzieć o urządzeniach, rozwiązaniach, które już na rynku są (co jest zresztą bardzo zrozumiałe). Dlatego też, jeżeli szukacie choćby dywagacji na temat możliwych kandydatów do przejęcia roli smartfonów, które swego czasu były czymś w rodzaju "rewolucjonistów" - zawiedziecie się. A może i nie zawiedziecie.

Nie wiem, gdzie teraz jesteście. Nie wiem, gdzie czytacie ten tekst. Liczba czytelników czytających ten tekst na komputerze, czy na sprzęcie mobilnym będzie rozkładać się mniej więcej po połowie. Jedni z Was siedzą teraz w pracy i w trakcie luźniejszej pory ogarniają sobie „prasóweczkę”. Inni może wracają ze szkoły, z pracy, przeglądają Sieć w komunikacji miejskiej. A może siedzicie sobie w domu na kanapie i sprawdzacie, co tam nasza ekipa dzisiaj naskrobała. Niemniej jednak – czy korzystacie z komputera, czy smartfona, czy tabletu – takie urządzenie macie. Proste ćwiczenie, Moi Drodzy. Wyciągnijcie je przed siebie, poobracajcie w dłoniach i pomyślcie sobie, co ono zmieniło w Waszym życiu?

Nie wiem, czy zrobiliście to, czy nie. Ale chcę być z Wami w porządku i powiem Wam, jak to wygląda u mnie. Ja na przykład nie wyobrażam sobie teraz braku codziennej rozmowy z siostrą przez komunikator audio / wideo, pogadania z siostrzeńcami o głupotach. Mieszkam w znacznej odległości od mojej rodziny, widzimy się raz na jakiś czas i to przeważnie „na chwilę”. Podobnie z rodzicami. Nie inaczej z bliskimi przyjaciółmi. W tym wszystkim muszę zauważyć jeszcze, że przecież smartfon często zastępuje mi portfel, bilety zakupuję również przez telefon. Przyspawałem się do niego na własne życzenie, bo tak mi jest wygodniej. Ba, nawet w pracy przydaje mi się mój telefon – nie tylko z powodu aplikacji, ale rzeczy, które mogę sobie „w locie” ogarnąć, kiedy jestem z daleka od produkcyjnego komputera. Niemniej jednak, gdybym miał wskazać jedną sferę, w której smartfon moje życie zmienił, to stawiam absolutnie na komunikację. Z racji tego, że nie mogę spotkać się ze swoimi bliskimi wtedy, kiedy chcę – bardzo lubię fakt, iż mogę ich mieć chociażby w tym sztucznym łączniku, jakim jest smartfon.

rewolucja, metro, pociąg

Łopatologicznie nieco przedstawiłem to, o czym chciałem powiedzieć w pigułce. Telefon komórkowy stał się bardzo intymnym urządzeniem. Wspomaga naszą komunikację i idealnie pasuje do naszego trybu życia w nieco pokręconych czasach, kiedy mobilność to nie możliwość, a wymóg. Świat technologii idealnie trafił ze smartfonami – dając możliwość twórcom aplikacji zagospodarować niesamowicie płodną ziemię. Tych ogranicza tylko ich pomysłowość.

W trakcie mobilnej rewolucji udało się ludziom udowodnić, że inteligentne urządzenie to wcale nie domena biznesmena, człowieka zabieganego, potrzebującego sprzętu bezkompromisowego w komunikacji. Okazało się, że my wszyscy pożądamy rozwiązań, które wspomogą nas w nieco przyziemnych, ale dalej bardzo ważnych kwestiach. Wyobraźcie sobie, że musicie wyjechać z domu na dłuższy czas. Zostawiacie tam dzieciaki, zostawiacie tam swojego ukochanego. Telefon się nie przyda? Szczególnie, że dzięki niemu można się po prostu „zobaczyć”?

Zanim masowo zaczęliśmy kupować taki sprzęt, musieliśmy łyknąć ideę. Tutaj gromkie brawa należą się Apple, które zdołało pokazać inteligentny telefon dla mas. Wzbudzono – wcale nie sztuczną potrzebę. Trafiono idealnie z uśpionymi oczekiwaniami potencjalnych klientów. Pal licho już to, że po drodze uskuteczniono walkę na cyferki, pompowanie ekranów, mieszanie mody z technologiami. Skoro już jest rynek – urządzenia muszą się sprzedać. Producentom nie można mieć tego za złe. Technologie to przecież biznes. I to nie byle jaki. Doszliśmy jednak do momentu, w którym trzeba sobie powiedzieć wprost – smartfonowa rewolucja już się przez świat przetoczyła. Zebrała swoje „żniwo”, tam gdzie słuchawki miały się dobrze sprzedać, już to zrobiły. Wśród niedobitków są jeszcze rynki wschodzące oraz te, na których nawet dostęp do wody jest zasadniczym problemem. Niemniej jednak – rynek się wysycił. Producenci dwoją się i troją, żeby smartfony się sprzedawały. Realia tego biznesu zostawmy jednak w spokoju.

Kolejna rewolucja?

Odbyłem ostatnio bardzo ciekawą rozmowę na temat przyszłej rewolucji, która miałaby przykryć tą mobilną. Mieliśmy komputery. Te zrewolucjonizowały naszą pracę, podłączyły nas do Sieci, pozwoliły na konsumowanie niezliczonych zasobów międzynarodowego okablowania, za pomocą którego możemy przenieść się na drugi koniec świata w mniej niż sekundę. Świetnie. Dalej mieliśmy zwykłe komórki. Każdy zapragnął mieć swój telefon i mieć na nim „empetrójki”, słać SMS-y i rozmawiać. Przyszła kolej na smartfony, które wyniosły wygodną komunikację na nowy poziom – korzystając z dobrodziejstw Internetu. Każdy z tych sprzętów „coś” w naszym życiu zmienił. Szukając według takiej metodyki pretendenta do objęcia schedy po smartfonach, nie sposób go znaleźć. Nowy, rewolucyjny sprzęt musi być jednocześnie prosty i być w posiadaniu tego magicznego ładunku poważnej zmiany.

Tego z pewnością nie ma VR. Urządzenia z tego kręgu to „zabawki”, które tylko poszerzają nasze możliwości konsumpcji treści cyfrowych, podobnie jest z AR. Jest to raczej rozwiązanie komplementarne dla tego, co mamy już obecnie. W podobnej roli stawiano tablety dla konwencjonalnych smartfonów, czy komputerów osobistych. Rewolucji tutaj nie będzie. Inteligentne domy? Na tym polu ścigają się wszyscy więksi producenci – ostatnio mieliśmy pokaz możliwości Google pod tym względem. Niczym jednak owa technologia zadomowi się w konsumenckich czterech ścianach, minie jeszcze sporo czasu.

Tymczasem ludzie poszukują czegoś, co wywróci nasze przyzwyczajenia do góry nogami, ale z drugiej strony, musimy być na to gotowi. Spójrzcie, jak wiele zmieniły smartfony, jak wiele zależy dzisiaj od mediów społecznościowych, innych usług zamkniętych w aplikacjach. Użytkownicy w pewnych kręgach słusznie burzą się, że za możliwość dostępu do elektronicznych ułatwień płacimy informacjami. Te zaś są ważne z punktu widzenia dostarczanych nam reklam, które stanowią ogromną część przychodów firm technologicznych w ogóle. Niemniej jednak, w powszechnym ujęciu ten fakt zaakceptowano – również dlatego, że niektórzy się nad tym nie zastanawiają.

Photo: joruba75/Depositphotos

Niekoniecznie uderzyliśmy głową w mur. To, co mogliśmy osiągnąć na tę chwilę, już osiągnęliśmy. Dalszy rozwój będzie zależał od gotowości cywilizacji na zupełnie nowe formy synergii czynnika ludzkiego z elektroniką

Obiecałem, że nie wspomnę tutaj o tym, co według mnie może zatrząść światem technologii z X lat. W futurystę bawić się również nie chcę, bo bardzo słabo wychodzi mi przewidywanie przyszłości. Na dalsze, bardziej intymne formy przysposobienia sobie nowych technologii przez ludzkość jeszcze nie jesteśmy gotowi. Na razie, te „żyją” bardziej obok nas. Autonomiczne samochody, inteligentni asystenci, „uczące się” maszyny. Ta pierwsza technologia za dekadę, dwie będzie pewnie na tyle rozwinięta, że ostatecznie ludzie będą w stanie jej warunkowo zaufać. Asystenci? Oni już są i dalej będą rozwijani. Od uczących się maszyn obecnie wiele zależy. Co dalej?

Tutaj pole do popisu zostawiam Wam. Kierunek wskazałem. Obietnica to obietnica – ci, którzy dotarli do końca zapewne złapią, o co mi chodzi i rozwiną to w komentarzu. Trzeba jednak powiedzieć to, że w żadnym wypadku nie możemy się takiego kroku spodziewać za rok, dwa, pięć, dziesięć, a nawet dwadzieścia. Może się okazać, że za mojego, Waszego życia taka rewolucja się nie dokona. Ale wygląda na to, że nieuchronnie do niej dążymy.