16

Return to Castle Wolfenstein. Czyli naziści, demony i maszyny

Gra osadzona w realiach II Wojny Światowej z elementami okultyzmu i srogiego science fiction brzmi jak fabularna zupa "ze wszystkiego". Wiecie, da się zjeść, ale nie jest to szczególnie wybitne przeżycie. W przypadku Return to Castle Wolfenstein deweloper miał trudne zadanie: spełnić oczekiwania fanów legendarnej serii i opowiedzieć za pomocą tytułu wciągającą historię. Udało się? Jak cholera.

Return to Castle Wolfenstein ma swoje lata – premiera miała miejsce w roku 2001, a jako silnik graficzny wybrano id Tech 3, ówcześnie niezwykle efektowny i całkiem przyjazny dla wtedy produkowanych komputerów. Mechanika gry nie jest w żaden sposób rewolucyjna – to FPS w starym, dobrym stylu. Idziesz, zabijasz, zbierasz. Unikasz pocisków, siejesz śmierć i pożogę. Była to jednak pierwsza gra z serii Wolfenstein, która opowiadała tak szeroko spójną historię. Naziści w rzeczywistości Wolfensteina trochę przeholowali z okultyzmem i nowymi technologiami. Zresztą, w nowszych grach z tej serii było tylko „dziwniej” i „mocniej”.

Czytaj również: Nie ma dramatu, ale spodziewałem się lepszej gry. Recenzja Wolfenstein: Youngblood

Nazistów „powaliło”

Nic odkrywczego nie napisałem – naziści zawsze mieli nie po kolei pod kopułą. Jeżeli ktoś z Was czytał „największe dzieło nazistowskich Niemiec”, czyli osobisty manifest Adolfa Hitlera: Mein Kampf, ten wie, że naziści byli może i dumnym, pretensjonalnym wręcz ruchem. Ale jednocześnie mieli zły gust – Mein Kampf w wykonaniu podrzędnego malarza to niezły bełkot sfrustrowanego człowieka, któremu nie wyszły pierwsze próby przemodelowania państwa niemieckiego. Wolfenstein do pewnych nazistowskich absurdów dorzuca jeszcze okultyzm i owoce genialnego umysłu Wilhelma Strasse, który odpowiada za rozwój technologiczny III Rzeszy.

Bynajmniej nie chodzi tutaj o sprzęty, które mają się przysłużyć jednostkom narodu niemieckiego – mowa jest o maszynach do zabijania. Oprócz znanych z historii broni takich jak pistolet Luger, Sten, MP40 czy FG42, gracz może wspomagać się również szybkostrzelnym Venomem, czy brytyjskim Snooperem, który miał być częściową odpowiedzią na to, co wyczynia III Rzesza. Z niektórych broni strzela się „lepiej” niż z innych, gra lepiej oddaje moc i charakter konkretnych pukawek. I o ile FG42 jest zaskakująco mało „ciekawy”, tak już Sten czy MP40 sprawdzają się świetnie – tymi karabinami można spokojnie ograć większość lokacji. Gdzieniegdzie przyda nam się większa siła ognia – tutaj przydatne okażą się być Panzerfaust, granaty, dynamit, Venom. Niezwykle skuteczne w przypadku chmar ludzkich wrogów okazuje się działko Tesli, którego w trakcie pokonywania gry nie będziemy używać zbyt często – chociażby ze względu na małą ilość amunicji, którą napotykamy po drodze.

Z czym przyjdzie nam walczyć? To dobre określenie – i w stosunku do nazistów i licznych kreatur – wytworów niezrozumiałych, paranormalnych mocy oraz eksperymentów Wilhelma Strasse. Poza niemieckimi żołdakami, pod lufę podejdą nam nieumarli, ghule, protożołnierze, superżołnierze, lopery i ostateczny sam Henryk I. Ten ostatni jest zasadniczo przyczyną całego zamieszania wokół fikcyjnego zamku Wolfenstein, który jako lokacja stanowi centralny punkt wszystkich dziwnych zjawisk.

Okazuje się bowiem, że w pobliżu zamku Wolfenstein znajduje się grobowiec, w którym zamknięty został właśnie Henryk I, pierwszy król Niemiec. Pochowany w otchłani przez Szymona Wędrowca czeka, aż ktoś wydobędzie go z wiecznego więzienia. Za to zabiera się m. in. Heinrich Himmler, który za pomocą rąk Dywizji Paranormalnej SS zamierza doprowadzić do końca operację „Wskrzeszenie”. Ostatecznie, Marianna Blavatsky wydobywa Henryka I z otchłani i ostatecznie mierzymy się z niezwykle niebezpiecznym królem. Co ciekawe, Henryka I bardzo łatwo pokonać nie oddając ani jednego strzału – sposobu na to nie będę Wam jednak przekazywał tutaj. Nie chcę Wam psuć zabawy.

Return to Castle Wolfenstein screenshot

Oprócz niesamowitej grywalności, Return to Castle Wolfenstein był również… ładny

Wszystko to zasługa silnika id Tech 3, który został stworzony jako odpowiedź na Unreal Engine. Czy mieliśmy do czynienia z otwartymi, czy też zamkniętymi lokacjami – oczy na pewno nie bolały. Cechą Return to Castle Wolfenstein jest fakt, iż w tej grze odwiedzamy różnorodne pod względem charakteru lokacje – może to być niemiecka wioska, zaawansowane laboratorium, podziemny grobowiec lub baza rakietowa. W każdej z tych lokacji, Return to Castle Wolfenstein wygląda po prostu dobrze.

Czytaj więcej: Xbox Series X – co chcecie wiedzieć o konsoli?

Poza oczywistymi dla FPS-ów w dobrym stylu mechanikami, w Return to Castle Wolfenstein znajdziemy również świetnie ustalony plan narracyjny – nie jest to może najbardziej rozbudowana gra pod kątem opowiadania historii, ale w mojej ocenie niczego jej nie brakuje. Ekrany ładowania między poziomami jasno wskazują nam, o co chodzi w historii. Dodatkowo, warto przeglądać gromadzone dokumenty, czytać notatki funkcjonariuszy nazistowskiej machiny oraz oglądać przerywniki filmowe – sporo mówią one o tym, jak przedstawia się świat gry i nadają historii wiarygodności. Pomimo tego, że na ekranie czasami dzieją się rzeczy zwyczajnie niewiarogodne.

Kultowe mechaniki „starych dobrych FPS-ów”, niezła grafika i spójna historia, a także dobry „feeling” broni przekłada się na to, że Return to Castle Wolfenstein to tytuł, do którego chętnie się wraca. Co więcej, gra wspierana jest przez atrakcyjne dla ucha udźwiękowienie – począwszy od odgłosów broni, a skończywszy na muzyce.

Nawet dzisiaj, gdy powoli wchodzimy w kolejną generację konsol do gier, a AMD dokopuje Nvidii w nowej serii kart graficznych, w Return to Castle Wolfenstein gra się po prostu dobrze. Z grona ciekawostek – niezwykle zaciekawiły mnie speedruny wykonane w tej grze: niektóre techniki jak najszybszego przejścia tytułu zwyczajnie imponują.