Polska

Renault sprzedaje elektryczny samochód ZOE bez... akumulatorów. Bez żartów!

TK
Tomasz Krela
51

Francuski koncern motoryzacyjny Renault rozpoczął w Polsce promocję oraz sprzedaż swojego kolejnego samochodu elektrycznego. Model ZOE, bo taką nazwę nosi ten samochód, z wyglądu prezentuje się podobnie do Renault Clio. ZOE nie przykuło by specjalnie niczym mojej uwagi gdyby nie pewien fakt. Renault...

Francuski koncern motoryzacyjny Renault rozpoczął w Polsce promocję oraz sprzedaż swojego kolejnego samochodu elektrycznego. Model ZOE, bo taką nazwę nosi ten samochód, z wyglądu prezentuje się podobnie do Renault Clio. ZOE nie przykuło by specjalnie niczym mojej uwagi gdyby nie pewien fakt. Renault stwierdziło, że będzie sprzedawało samochód elektryczny bez akumulatorów. To tak mniej więcej, jak sprzedawać tradycyjny samochód z silnikiem spalinowym bez baku paliwa. Powariowali!

Renault ZOE można kupić w Polsce za niemalże 90 tysięcy złotych w wersji LIFE, najwyższa konfiguracja tego elektrycznego samochodu kosztuje niewiele ponad 98 tysięcy złotych. Idziemy do salonu dealera marki Renault, wybieramy nasz przyszły samochód, który najprawdopodobniej kupimy dzięki kredytowi. Co dostaniemy za 90 tysięcy złotych?

Cztery koła, karoserię, elektryczny silnik o mocy 88 KM (220NM), fotele, szyby, drążek zmiany biegów itd. Niby wszystko jest na miejscu, niby mamy nasz ukochany, upragniony samochód za 90 tysięcy złotych, co nie jest małą kwotą. Wsiadamy, próbujemy uruchomić silnik i odjechać. Przekręcamy kluczyk i nic. Robimy to jeszcze raz i kolejny raz. Jednak nie uruchomimy silnika. Z jednej prostej przyczyny. Renault postanowiło sprzedawać samochód elektryczny bez akumulatorów. Brzmi to naprawdę absurdalnie, ale tak jest.

Renault wpadło na naprawdę dziwny pomysł, by zmuszać swoich klientów do wynajmu akumulatorów litowo-jonowych, koniecznych do korzystania z samochodu. Miesięczny koszt to 379 złotych. Okres najmu to, jak podaje Renault w informacji prasowej, 36 miesięcy. Tym samym do ceny samochodu trzeba doliczyć co najmniej 4 548 złotych rocznie, a w ciągu 3 lat, aby móc jeździć ZOE, wydamy dodatkowo 13 644 złotych. Gdy zaczniecie dodawać kolejne lata eksploatacji ZOE okaże się on drogą zabawką. Pamiętajmy jednak, że samochód ten trzeba naładować, a to kolejny koszt, jaki będziemy ponosili każdego miesiąca.

Od 379 do 689 złotych tyle miesięcznie mogą Cię kosztować akumulatory do ZOE!

Trzeba jednak zaznaczyć, że Renault zastrzega sobie, że roczny przebieg nie może wynosić więcej niż 12 500 kilometrów. Tym samym cena ta obowiązuje w przypadku, gdy statystycznie każdego dnia pokonamy ZOE około 30 km. Dla wielu osób, mieszkających w dużych miastach lub na jego obrzeżach, taka wartość nie wystarczy na codzienną podróż do i z pracy. O zakupach, czy o załatwianiu jakiś spraw w czasie lub po pracy nie wspominając. Jeśli jednak chcemy pokonywać rocznie około 25 tys. km, czyli statystycznie pokonując dziennie 69,4 km, przyjdzie nam zapłacić 589 złotych miesięcznie (7068 zł w ciągu roku). Jeśli chcielibyśmy podpisać umowę na okres 24 miesięcy, trzeba do sumy miesięcznego abonamentu doliczyć 50 złotych, gdy chcemy umowę tylko na 12 miesięcy, należy doliczyć kolejne 50 złotych miesięcznie do rachunku.

Trzeba przyznać, że model usług abonamentowych wkracza do branży motoryzacyjnej. Kupując ZOE i chcąc nim jeździć, jesteśmy zmuszeni do związania się umową z Renault do końca życia naszego ZOE, chyba, że kupimy konieczne akumulatory na jakimś czarnym rynku posiadaczy Renault ZOE. Producent chwali się zasięgiem ZOE wynoszącym od 100 do 150 km, w zależności od stylu jazdy i warunków pogodowych. Trzeba pamiętać, że w przypadku samochodów elektrycznych, zarówno wysokie, jak i niskie temperatury znacznie zmniejszają zasięg tych pojazdów. Sądzę, że realny zasięg na jednym ładowaniu to 120 km. ZOE posiada oczywiście system Range OptimiZEr, mający znacznie wydłużyć zasięg samochodu w każdych warunkach drogowych, jednak w cuda bym nie wierzył. Raczej nikt nie wybierze się ZOE na wycieczkę za miasto. No chyba, że lubi dreszczyk emocji.

Renault zakłada, że twój samochód elektryczny rozładuje się w szczerym polu

Renault skutecznie chce załagodzić ten dreszczyk emocji poprzez dodanie kompletnej usługi Assistance do ceny najmu akumulatorów. Dzięki tej usłudze, gdy samochód się rozładuje, możemy liczyć na odholowanie ZOE do głównego terminala ładowania, znajdującego się w promieniu 80 km. Przecież samochody elektryczne to przyszłość, która nie pokona trasy Poznań – Warszawa bez pomocy lawety lub terminala ładowania. Zamiast skutecznie zwiększyć realny zasięg samochodu (co nie jest łatwe) to firma już przy sprzedaży zakłada, że rozładuje się nam w szczerym polu i będziemy odholowywać samochód.

Zapewne żaden sprzedawca w serwisie nie pozwoli na to, byśmy kupili Renault ZOE bez akumulatorów, ale jednak, w przypadku tej marki i tego modelu samochodu, nie jest to tak oczywiste, że kupując samochód za 90 tysięcy złotych, będzie on posiadał wszystko, by można nim było bez żadnych dziwnych abonamentów, zmuszających do wynajmowania podstawowych części samochodu, odjechać spod salonu samochodowego. To tak jakby sprzedawać smartfon, laptopa bez akumulatora, a telewizor bez kabla zasilania - oczekując tego, że klient będzie płacił miesięczny abonament za dostęp do tych części, w dodatku jego wysokość będzie zależna od tego jak dużo z tych urządzeń będziemy chcieli korzystać.

Dla mnie cały ten pomysł, prezentowany przez Renault jest absurdalny. W dodatku tego nikt nie kupi. Zastanawiam mnie, co się wydarzy, gdy ktoś, pomimo podpisanej umowy, z różnych przyczyn przestanie go opłacać. Przyjadą smutni panowie z Renanult i wymontują nam akumulatory z samochodu? Czy może wtedy przepada całe Renault ZOE? No ale przecież samochody elektryczne to przyszłość. Tylko nie wiem, dla kogo. Dla koncernów motoryzacyjnych, taki model sprzedażowy to bajka – uzależnia swojego klienta od siebie na lata. Dla klienta taki układ nie jest korzystny. Bo tak naprawdę, im więcej chcemy jeździć i im dłużej będziemy korzystali z naszego ZOE, jego cena będzie finalnie coraz wyższa. Dożyliśmy czasów, w których można sprzedać samochód elektryczny, którego ceny końcowej nie znamy...w dodatku bez akumulatorów. Brawo Renault, to naprawdę jest „przyszłość”.

Na sam koniec tylko przytoczę dane IBRM SAMAR w 2010 roku sprzedano w Polsce 7 osobowych samochodów elektrycznych, w 2011 - 36, 2012 - 30, 2013 - 28. Bardzo dobrym pod względem względem sprzedaży może okazać się bieżacy rok podczas którego I kwartału sprzedano “aż” 15 pojazdów. Czy to rzeczywiście dużo? Oczywiście, że nie biorąc pod uwagę, że w tej liczbie zarejestrowanych pojazdów znajdują się samochody dealerów. Jak widać jeszcze długo Kowalski czy Nowak nie sięgnie po kluczyki do swojego elektrycznego samochodu - cena oraz ograniczenia jakie wiążą się z tą kategorią samochodów nie zachęca ani trochę do posiadania takowego. Prędko to się nie zmieni.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu