2

Nie ma dramatu, ale spodziewałem się lepszej gry. Recenzja Wolfenstein: Youngblood

Ostatnie odsłony serii Wolfenstein przypadły mi do gustu i uważam, że ten powrót serii był potrzebny. No i wychowałem się na Wolfenstein 3D, to też jakoś zdefiniowało mój stosunek do nowszych produkcji. Dlatego czekałem na tegoroczne Youngblood, choć obawiałem się, że zmiana głównego bohatera na jego dwie córki nie wyjdzie grze na dobre. Niestety - miałem rację.

Zastanawiałem się jak długo można ciągnąć opowieśść o Williamie J. Blazkowiczu. Tak, by jej nie zepsuć i nie poprowadzić na absurdalnie głupie tory. Poprzednia odsłona pokazała, że można wymyślać cuda na kiju, a i tak kultowa już postać zrobi robotę. Robiła. Kooperacyjna przygoda jego córek już nie robi i choć to spinoff serii, pokazuje ją w złym świetle wprowadzając za dużo kompletnie zbędnych nowości, które nie tylko nie wnoszą nic wartościowego do rozgrywki, to w dodatku irytują.

Fabuła gra tu małą rolę, będąc jedynie tłem do wspomnianej kooperacji. Otóż Blazkowicz ma już dwie nastoletnie córki, którym przekazuje jak walczyć w świecie zawładniętym przez nazistów. Postanawia jednak zniknąć, tak o – bez wyjaśnienia. Co robią dziewczyny? Bez zastanowienia postanawiają go odnaleźć, szybko lądują w Paryżu i nawiązują kontakt z tamtejszym ruchem oporu. Zanim jednak zaczną coś w nim znaczyć, wykonują kolejne misje zdobywając doświadczenie. Coś pominąłem? Chyba raczej nie, nuda wieje z tej opowieści okropna i nie ma kompletnie startu do ostatnich odsłon, gdzie może i historia nie była zbyt mądra, ale jednak chciałem ją poznać. Chociażby po to żeby pośmiać się z kolejnych absurdów.

Historię na dalszy plan spycha również zmiana sposobu rozgrywki. Otóż baza wspomnianego rucho oporu to taki hub dla misji – gra nie jest liniowa, pozwala decydować o wykonywanych misjach, co jeszcze bardziej zaburza jakąkolwiek opowieść. Mi się to nie podoba, nie do tego przyzwyczaiła mnie seria. Minus.

Zobacz też: Recenzja Wolfenstein II: The New Colossus 

Ale nie największy. Równie mocno wkurzał mnie tryb kooperacji. Serio – jestem zaskoczony, bo przecież to główny motor napędowy gry. Dwie siostry, wspólne akcje, jeszcze więcej zabawy. Gra wręcz sugeruje przechodzenie jej z kompanem – droższa wersja pozwala zaprosić do zabawy osobę nieposiadającą swojej kopii, można też zaprosić jakiegoś randoma. Ale jak to z randomami, zabawa jest słaba, szczególnie kiedy towarzysz się nie odzywa i chce robić wszystko po swojemu. Pozostaje więc kooperacja ze sztuczną inteligencją. Tylko tu słowo kooperacja się nie sprawdza, bo SI to raczej kula u nogi. Przyzwyczajony do samotnego grania w Wolfie wkurzało mnie też ciągłe czekanie na towarzysza, chociażby po to żeby otworzyć drzwi. No nie pasuje mi to w tej grze, nie będę tego ukrywał.

No dobrze, bo brzmi trochę jakbym recenzował gniota. A Wolfenstein: Youngblood gniotem nie jest. Po prostu wydaje się przekombinowany. Jest inny i na pewno znajdą się osoby, które docenią trochę RPG-owe zacięcie, gdzie grindujemy postacie. Ba, niektórzy poczują tu trochę Destiny, a to ze względu na próby naśladowania looter shootera – tylko znowu nie każdemu przypadnie do gustu system nagród, które zwyczajnie nie rekompensują trudu włożonego w granie. Jest też endgame, ale większość zakończy przygodę z Youngblood po zaliczeniu wątku fabularnego – ba, pewnie niektóre lokacje przebiegniecie.

Ale strzela się fajnie, choć jakby trochę słabiej niż wcześniej. Ale wciąż pojawiają się fragmenty, gdzie sianie pociskami sprawia masę frajdy – a jak zagracie ze znajomym po sieci, nawet całą masę frajdy. No i możliwości kombinezonów dają trochę więcej pola do popisu oraz urozmaicają rozgrywkę. Na plus na pewno projekty lokacji i specyficzny klimat, który może nie jest tak wciągający jak przy poprzednich odsłonach, ale odróżnia grę od innych FPS-ów. Paryż lat 80. ubiegłego wieku, czy raczej jego alternatywna wizja bardzo mi się podobała, tak jak i cały wymyślony już wcześniej świat, w którym rządzą naziści. Wciąż jest absurdalny i dobrze, że nie starano się wprowadzić tym razem poważniejszego klimatu.

Niestety jako całość Wolfenstein: Youngblood bardziej rozczarowuje niż zachwyca. Dłuży się, często nudzi, opowieść jest słaba – a w zasadzie praktycznie jej nie ma. Tylko ta kooperacja i kooperacja. No nie siadł mi ten pomysł, a główne bohaterki wkurzały – często naprawdę beznadziejnymi dialogami.

Czy warto kupić Wolfenstein: Youngblood? Moim zdaniem lepiej skupić się teraz na innych produkcjach (momentami aż bolało, że muszą odejść od nowego Fire Emblem na Switcha), a grze dać szansę za jakiś czas. Kiedy? Jak konkretnie potanieje. A jestem pewien, że stanie się to szybciej niż z innymi nowymi grami. No i znajdźcie sobie kogoś do grania, podchodzenie do tej produkcji samemu nie ma większego sensu.