Czy The Taken King sprawił, że Destiny stało się tym, czy miało być rok temu? Czy warto było czekać? Czy warto wrócić do Destiny lub wejść w nowy świat wykreowany przez Bungie? Mnóstwo pytań, ale przecież odpowiedź poznaliście już w tytule. Na początku muszę Wam się do czegoś przyznać. Mniej więcej rok temu recenzowałem podstawową […]

Czy The Taken King sprawił, że Destiny stało się tym, czy miało być rok temu? Czy warto było czekać? Czy warto wrócić do Destiny lub wejść w nowy świat wykreowany przez Bungie? Mnóstwo pytań, ale przecież odpowiedź poznaliście już w tytule.

Na początku muszę Wam się do czegoś przyznać. Mniej więcej rok temu recenzowałem podstawową wersję Destiny i nie wystawiłem grze maksymalnej noty. W przełożeniu na antywebową skalę byłaby to albo mocna siódemka, albo naciągana ósemka. Widziałem potencjał, ale nie widziałem kompletnego produktu. Słaby loot, niezbyt wciągający wątek fabularny, irytujący system zdobywania doświadczenia. Miało się to zmienić po kilku miesiącach, kilku łatkach i dwóch dodatkach. Niestety tak się nie stało. Ostatecznie odpadłem w okolicach premiery pierwszego DLC, choć przez pewien czas bawiłem się z Destiny znakomicie i nie umiałem nie spędzać przy konsoli każdego wolnego wieczoru – choć ciężko było to zaangażowanie wytłumaczyć. Ale zarówno The Dark Below i House of Wolves „nie dowiozły” i nie stworzyły z Destiny produktu, który obiecywało nam Bungie. The Taken King jest zupełnie inny i zmiany, które przyniósł do gry sprawiły, że Destiny jest wreszcie grą, na którą czekaliśmy.

Coś dla każdego

Nawet jeśli nie zaopatrzycie się w dodatek The Taken King, będziecie mogli pograć w nowe Destiny. Gra została przemodelowana i wreszcie pożegnano rzeczy, który irytowały od premiery. Pozwolę sobie jednak spojrzeć na produkcję Bungie z perspektywy osoby, która posiada DLC, bo jakby nie patrzeć, dopiero mając je zainstalowane na konsoli, będziecie mogli w pełni cieszyć się nowym Destiny.

40 poziom, czyli nowy level cap. Do tego zupełnie inny sposób nabijania doświadczenia. Teraz śmiało dobijecie do czterdziestki samym zdobywaniem „expa”, kombinowanie ze światłem zaczyna się dopiero później. Ale i tu jest zdecydowanie lepiej. Wspomniane punkty światła zdobędziecie bowiem przy pomocy nowych broni i elementów zbroi, ale także przez…zdobywanie doświadczenia. Nie idzie to wbrew pozorom tak topornie jak mogłoby się wydawać i zdecydowanie uprzyjemnia rozgrywkę, nadając jej sens. Bo to właśnie problemy ze zdobywaniem światła sprawiły, że podstawowa wersja gry wylądowała ostatecznie w pudełku.






Egzotyczne engramy może nie lecą jak opętane, ale o dobry loot jest teraz zdecydowanie łatwiej, co również motywuje do spędzania z grą czasu. The Taken King oddaje w nasze ręce nowe misje i nowe miejscówki – zaprojektowano je lepiej, są ciekawsze, chętniej do nich wracam. Nie czuję już znużenia ciągłym odwiedzaniem tych samych lokacji i wykonywaniem tych samych misji. A była to jedna z największych wad poprzedniej „wersji” Destiny.

Można też poprawić opowieść

Nie jest tak, że nagle wątki fabularne z podstawowej wersji gry i dwóch dodatków stały się lepsze. Niestety, to niemożliwe. Ale nowy aktor podkładający głos pod towarzyszącego nam Ghosta sporo zmienia. Nie mam nic do Petera Dinklage’a, był w porządku – ale dopiero Nolan North (znany chociażby z roli Nathana Drake’a w serii Uncharted) pokazał, jak fajnie można ożywić tę „postać”. Lepsze wyczucie wypowiadanych kwestii, więcej luzu – jak najbardziej na plus.

Fabularnie The Taken King jest poziom wyżej od podstawowej opowieści i dodatków razem wziętych. Nareszcie Bungie poczuło jak powinno opowiedzieć historię w Destiny. Momentami jest śmiesznie, momentami strasznie, wszystko wydaje się trzymać kupy. No i wątek zemsty Oryxa, któremu nasz Strażnik zabił syna. Naprawdę fajnie grało się „kampanię”, choć nie powiedziałbym, żeby była to najlepsza opowieść, z jaką miałem w grach styczność. Na pewno jednak zmiana na plus.

Zdecydowanie lepiej prezentuje się też Wieża, którą przecież tak często odwiedzamy. Rezydujące tam postacie otrzymały nowe kwestie mówione, przez co można lepiej wczuć się w interakcję z nimi i mocniej poczuć klimat gry.

Kapitalnie, podkreślam, kapitalnie prezentuje się oprawa muzyczna dodatku. Tak, jak nie pamiętam ścieżki dźwiękowej z podstawowej wersji gry, tak wciąż mam w głowie motywy muzyczne z najnowszego DLC.

Destiny_20150918000316

Zmiany również w PvP

Cruicible, czyli tryby Player vs Player w Destiny nie były złe. Co nie znaczy, że nie można było zrobić ich lepiej. 8 nowych, bardzo fajnych map plus nowe tryby rozgrywki. Rift, to na dobrą sprawę Capture The Flag – tyle tylko, że mamy jedną flagę, która pojawia się w dodatku na środku mapy. W Zone Control zdobędziecie natomiast punkty za trzymanie punktów na mapie (źle to brzmi, ale wiecie o co chodzi), a nie za fragi. A na deser tryb Mayhem, czyli wariacja, w której umiejętności specjalne postaci mają skrócony czas regeneracji. Nazwa zobowiązuje, jest naprawdę niezła sieczka, przy której nie trzeba się specjalnie skupiać, bo i tak nie opanujecie chaosu na mapach.

Dla czystej formalności, wypunktuję nowości – poza 8 nowymi mapami i trzema nowymi konkurencjami do trybu Cruicible, dostaniem również nowy raid, cztery nowe striki oraz jedną nową specjalizację dla każdej klasy.

Werdykt

Wierzę, że kiedyś Destiny będzie jeszcze lepsze, idealne. Podejrzewam jednak, że będziemy musieli poczekać na drugą część, choć zdaję sobie sprawę z tego, że jedynka będzie jeszcze żyła naprawdę długo. Musiał minąć rok, by Bungie połatało dziury i sprawiło, że gra stała się tym, co obiecywano przed premierą. Ja to mówią, lepiej późno niż wcale. Jeśli sprzedaliście swoją wersję gry, inwestujcie w legendarną edycję – znajdziecie tam podstawkę, dwa wcześniejsze dodatki i The Taken King. Jeśli nie mieliście jeszcze styczności z Destiny, inwestujcie w legendarną edycję – do doskonała okazja, by nadrobić zaległości. Jeśli macie komplet, nie zastanawiajcie się nawet nad TTK, bierzcie w ciemno. Wystawiam nowemu Destiny mocną dziewiątkę i wracam do świata gry czując, że spędzę tam długie miesiące. Kapitalny dodatek, kapitalne zmiany. To jest Destiny, na które czekałem.

grafika: 1

V3_big_1