5

Przepiękny powrót do klasycznej opowieści z Game Boy’a. Recenzja The Legend of Zelda: Link’s Awakening

Część osób pewnie powie, że Nintendo idzie po linii najmniejszego oporu i odświeża swoje stare klasyki. Ale wiecie co? Jeśli ma serwować takie remastery, jak z The Legend of Zelda: Link’s Awakening na Nintendo Switch, to niech robi je nawet co kwartał.

The Legend of Zelda: Link’s Awakening pojawiło się na konsoli Game Boy w 1993 roku. Tak, oryginał ma na karku 26 lat i jeśli nie możecie sobie wyobrazić jak wtedy wyglądał, spieszę z pomocą.

W 1998 gra doczekała się reedycji na konsolę Game Boy Color, gdzie do tytułu dodano DX i to właśnie wtedy pierwszy raz się z nią spotkałem. W 2019 roku Nintendo postanowiło ponownie odświeżyć tę produkcję, tym razem kompletnie zmieniając oprawę by dostosować ją do dzisiejszych standardów i wypuścić na Nintendo Switch.

Opowieść nie została zmieniona, mamy więc to samo opracowane na początku lat 90. story. Trochę proste, trochę naiwne, ale tak samo urzekające jak 26 lat temu. Podróżujący łodzią Link ulega wypadkowi i budzi się na tajemniczej wyspie. Aby się z niej wydostać musi obudzić znajdującego się na szczycie góry Tamaranch Wind Fisha, ale aby to zrobić konieczne jest zebranie ośmiu instrumentów. Zadaniem gracza wcielającego się w sympatycznego bohatera jest kompletowanie sprzętu potrzebnego do walki, wybijanie przeciwników, zwiedzanie lochów i pomaganie mieszkańcom – ostatecznie historia doprowadzi do finału opowieści. I podobnie jak w pierwowzorze z czasem zdobędziecie choćby nowe moce, które pozwolą skakać czy przerzucać kamienie, torując Wam drogę do niedostępnych wcześniej lokacji. I ma to w sobie tyle samo specyficznej magii co w oryginale.

Jest też tak samo proste i trudne zarazem, bo w duchu pierwowzoru wielu rzeczy trzeba domyślić się samemu. Takie podejście od lat stanowiło o sile Zeldy i remaster z 2019 roku o tym nie zapomniał, za co ogromny plus. Ale i minus, bo wzorem starych gier zmusza do powrotu do znanych już lokacji. Tych samych, w których sztuczne blokady denerwują, a ustępują dopiero po uzyskaniu nowych mocy. Nie każdemu się to spodoba. Prędkość rozgrywki została też zmieniona, przez co The Legend of Zelda: Link’s Awakening z 2019 roku może wydawać się nieco ślamazarny jeśli porównacie go z oryginałem. Ale moim zdaniem to zmiana na plus, gra stała się dzięki temu relaksująca i przyjemniejsza w odbiorze.

I tu warto pamiętać, że jeśli siadacie do tej odsłony pierwszy raz, będzie trudniej – jeśli macie w pamięci oryginał lub pokolorowaną wersję, ta wiedza na pewno się przyda – zarówno do zagadek, jak i samych lochów, czy też kolejności wykonywania zadań i zbierania przedmiotów.

Z przyjemnych nowości warto wymienić dostępne na mapie portale, które ograniczają trochę konieczność bezsensownego, zbyt długiego powrotu do wcześniej odwiedzonych lokacji. Łatwiej też korzysta się z odblokowanych umiejętności – twórcy poszli tu na pewien kompromis by trochę pachniało klasyką, ale wyeliminowano archaizmy by grało się przyjemniej. I to naprawdę pomogło – początkowo trochę bałem się mając w głowie oryginał, ale zupełnie niepotrzebnie. Warto wspomnieć również o edytorze lochów. Nie bardzo wiem kto po premierze Super Mario Maker 2 będzie się na tym skupiał, ale miło że dostaliśmy taki dodatek.

Największą zmianę zanotowała jednak oprawa graficzna, która w niczym nie przypomina pierwowzoru. To fajny, przyjemny dla oka i nieco „zabawkowy” styl graficzny, który bardzo mi się podoba. Trochę jak połączenie trójwymiarowego filmu animowanego z teatrzykiem lalek. Jest bardzo kolorowo, w tle przygrywa bardzo przyjemna muzyka. Na słowa uznania zasługuje przywiązanie do detali, szczególnie w domkach warto zwrócić na nie uwagę. A że wyspa podzielona jest często dość różne wizualnie lokacje, będzie się czym zachwycać.

Nie obyło się jednak bez wpadek technicznych i mówię tu przede wszystkim o płynności animacji. Najlepiej jest na zadokowanym Switchu, choć wtedy również pojawiają się spadki. Przez chwilę myślałem, że w handheldzie jest lepiej, ale w wielu lokacjach było zwyczajnie gorzej. Nie jest to oczywiście coś, co całkowicie psuje wrażenia z zabawy i może da się to jakoś po prawić aktualizacjami, ale mając w pamięci jakie techniczne perełki potrafią pojawić się na Switchu i jaką uwagę często przywiązuje Nintendo do działania swoich gier, jestem trochę rozczarowany.

Szczególnie, że właśnie kupiłem Nintendo Switch Lite i zamierzałem spędzić z Zeldą jeszcze trochę czasu na nowej konsoli. A choćby na początkowych bagnach, kiedy ryby tworzą na tafli wody fale, gra zaczyna zwyczajnie klatkować, by po chwili w ciaśniejszych lokacjach działać jak złoto. Optymalizacja to zdecydowanie najgorszy element The Legend of Zelda: Link’s Awakening.

The Legend of Zelda: Link’s Awakening to świetna produkcja, ale nie dla wszystkich

The Legend of Zelda: Link’s Awakening nie jest grą wyłącznie dla fanów oryginału czy starych Zeld. I za to ogromny plus – nie trzeba znać oryginału by świetnie się bawić. Obawiam się jednak, że to nie jest gra dla wszystkich – mimo wielu znalezionych w sieci zapewnień, że świetnie będą bawić się zarówno starsi jak i młodsi odbiorcy – nie byłbym tego taki pewien. Wiele archaizmów zostało zażegnanych, gra jednak czerpie garściami z oryginału i momentami jej struktura może być niezrozumiała dla ludzi, którzy wychowali się na grach ostatnich lat. Dlatego jeśli bawiłeś lub bawiłaś się świetnie przy Breath of the Wild i oczekujesz powtórki z rozrywki – poczujesz rozczarowanie. Mimo nowoczesnej oprawy to jednak dość oldschoolowe doświadczenie, szczególnie jak na 2019 rok. Ale jednocześnie świetny remaster i chciałbym zobaczyć takich więcej na Switchu. Tylko może trochę lepiej działających.