16

Moc w tej grze nie rzuciła mnie na kolana. Recenzja Star Wars Jedi: Fallen Order

Co się stanie kiedy twórcy Titanfall i Apex Legends wezmą się za trzecioosobową grę ze świata Gwiezdnych Wojen? Stanie się Star Wars Jedi: Upadły Zakon, czy jak wolicie Star Wars Jedi: Fallen Order. Gra dobra, ale nie wspaniała, dająca frajdę, ale jednocześnie irytująca.

Odbudujmy Zakon Jedi

W Star Wars Jedi: Fallen Order wcielamy się w niejakiego Cala Kestisa, młodego, rudowłosego gagatka, któremu udało się uciec Imperium polującemu na wszystkich powierników Mocy (nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to Archie Andrews z teen-dramy Riverdale). To padawan, któremu nie udało się zostać Jedi, ponieważ jego mistrz został zabity, gdy pozbywano się legendarnych wojowników. Szybki zwrot akcji już na samym początku gry i okazuje się, że trzymanie w tajemnicy swojej tożsamości nie ma szans na powodzenie. Na drodze cala stają przyjaźnie nastawieni Ceste i Greez, po chwili dołącza sympatyczny robocik BD-1 i bez chwili zastanowienia zostajemy najważniejszym trybem w maszynie mającej za cel przywrócenie do życia Zakonu Jedi. Nie da się jednak tego zrobić ot tak, jak to w życiu. Przyjdzie więc przemierzyć nam niejedną planetę, rozwiązać niejedną zagadką i stawić czoła masie wrogów. Trochę naiwnie, ale za to mocno w klimacie Star Wars. I w sumie wszystko byłoby spoko gdyby nie to, że żaden z bohaterów nie wpisze się w kanon, nie zostanie zapamiętany na dłużej. Wszyscy wydają się nijacy i choć opowiadali co jakiś czas o swojej przeszłości, nie byli w stanie zbudować ze mną jakiejkolwiek relacji. Trochę szkoda, bo w takim na przykład Titanfall 2 przez moment miałem malutką (naprawdę malutką) łzę w oku, a przecież to Star Wars powinno bardziej stawiać na fabułę.

Zapomniałem, że coś potrafię

Star Wars Jedi: Fallen Order w dość prostolinijny sposób podchodzi do umiejętności głównego bohatera. Niby „ma tę Moc”, a jednak o niej nie pamięta, kolejne umiejętności zdobywamy więc uczestnicząc w prostych scenkach przerywnikowych przypominających czasy szkolenia Jedi. Kiedy więc potrzebujemy jakiejś umiejętności by gdzieś się dostać i jest to konieczne by pchnąć fabułę dalej, widzimy taką scenkę i bach – umiemy odpychać mocą przedmioty. Zachęca to do powrotu do poszczególnych lokacji, bo otworzy kilka nowych dróg, Zaskakująco późno otrzymujemy natomiat umiejętność podwójnego skoku. Generalnie przez powiedzmy pierwszą połowę gry prawie nie czuć, że gramy kimkolwiek podobnym do Jedi. Czy to plus, czy minus? No cóż – to już możecie ocenić sami, na pewno nie ma co liczyć tu na rozwałkę znaną ze Star Wars The Force Unleashed. A trochę szkoda.

Naszym wiernym kompanem jest robot BD-1, sympatyczny mechaniczny gość, który będzie pomagał otwierać zamknięte drzwi, skanować okolicę w poszukiwaniu krótkich informacji uzupełniających fabułę i robiąc spięcia by odblokować niektóre elementy blokujące drogę. Jest też niezbędny by uruchomić holomapę (bardzo potrzebną by się nie zgubić), ale na przykład kiedy płyniemy, ta jest niedostępna. Warto o tym pamiętać przed wskoczeniem do wody.

STAR WARS Jedi: Upadły zakon™_20191116190941

Lokacje są różnorodne, często zachwycają pomysłowością, innym razem przytłaczają powtarzalnością. Nie sposób jednak odmówić im klimatu. Nie podobało mi się natomiast to, że gra wydaje się po części „otwarta” i nie prowadzi w żaden sposób za rączkę. Nie żebym potrzebował pomocy, jednak samodzielne szukanie ścieżki przy pomocy nieczytelnej (moim zdaniem) holomapy nie tyle utrudniało zabawę, co zwyczajnie mnie wkurzało. Wiele razy bowiem kręciłem się w kółko, bo nałożyły mi się na siebie dwa poziomy – a że jeszcze spadłem niechcący w dół, to już w ogóle nie wiedziałem gdzie jestem. Tyle dobrego, że po upadku od razu wracamy do momentu chwilę przed katastrofą i zabierana jest nam część zdrowia. Jeśli bowiem zginiemy tak na amen, odradzamy się w punktach służących do odpoczynku i rozdawania punktów doświadczenia (te natomiast przeznaczamy na nowe moce). Czasem takich punktów jest po drodze sporo, czasem nie ma ich w ogóle, więc czeka nas ponowna podróż w miejsce śmierci. O ile oczywiście wytrzymacie długi ekran ładowania. No i ten częściowo „otwarty” świat do niczego w zasadzie nie służy, każda z planet jest po prostu martwa i nie zachęca do zwiedzania.

Podobają mi się drobiazgi zmieniające postać. Można wybrać różne stroje (ponczo jest spoko) oraz jego kolory, skórki przywdzieje również towarzyszący nam robot. Co więcej, na specjalnym stole (w statku, którym podróżujemy lub w niektórych lokacjach) znajdziecie zestaw, którym da się zmieniać wygląd miecza świetlnego. Niektóre konfiguracje wyglądają fajnie, inne strasznie obciachowo, ale to drobiazg który zachęca do zbierania tych skórek – znajdujemy je w specjalnych skrzynkach, do których wskakuje BD-1.

„To takie Dark Souls w świecie Gwiezdnych Wojen”

Jeśli ktoś powie Wam tak o Star Wars Jedi: Fallen Order, dajcie mu znać żeby popukał się w czoło. Mechanizm walki ma oczywiście pewne naleciałości z tej serii, ale ograniczają się one do tego, że trzeba blokować, kontrować i turlać się gdy przeciwnik atakuje. Do tego dochodzi użycie Mocy, która na wielu większych wrogów raczej nie działa, choć spowolnienie czasu (czy raczej opóźnienie reakcji przeciwnika) daje chwilę na oddech i możliwość zastosowania mocniejszego ataku mieczem. Czy jednak Star Wars Jedi: Fallen Order zachęca by szkolić się w technikach walki? Nie i właśnie dlatego moim zdaniem daleko tej grze do Dark Souls.

STAR WARS Jedi: Upadły zakon™_20191120000507

Star Wars Jedi: Fallen Order to festiwal niedociągnięć

Gra trafiła w nasze ręce dość późno i choć przed samodzielnym sprawdzeniem, staram się nie czytać recenzji, to jednak nie umknęły mojej uwadze informacje, że to świetny tytuł i jedna z najlepszych gier ze świata Star Wars ostatnich lat. Ba, widziałem nawet, że to “gra roku”. No nie, to nie jest gra roku. Pewnie zagłębiając się w recenzje przeczytałbym ile tu niedociągnięć, jednak dziwi mnie trochę, że tak wiele osób przymyka na nie oko. Dla mnie Star Wars Jedi: Fallen Order to festiwal niedociągnięć – gra, która ewidentnie pojawiła się na rynku za wcześnie. A po co było się spieszyć? Bo ruszył Disney+ z serialem The Mandalorian, za chwilę na ekranach pojawi się Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie. To najlepszy moment by sprzedać grę i z tego co widzę, to podejście przynosi rezultaty.

Pierwsze, co wkurzyło (i wkurzało cały czas) Star Wars Jedi: Fallen Order to mechanika ruchu w sekwencjach platformowych. Pominę już, że bohater biega jakby coś uwierało go w krocze, do tego rozpędza się i hamuje jakby ważył dwa razy więcej niż wskazuje na to jego wątła postura. Jak na pierwszą grę TPP, Respawn Entertainment dało radę, ale zapomniało o kilku kluczowych dla tego gatunku elementach. W 2019 roku bohater musi łapać się krawędzi, a nie lecieć w przepaść jak kamień – szczególnie jeśli nie zawsze system idealnie odczytuje gdzie heros stawia stopę. Generalnie fragmenty zręcznościowe bardziej frustrują niż sprawiają frajdę i Uncharted czy Tomb Raider pokazały jak powinno się robić takie gry – Star Wars Jedi: Fallen Order do obu wymienionych serii wciąż sporo brakuje, choć ewidentnie widać inspiracje (nie brnijmy w to za daleko). Powiecie, że to podnosi trudność, dla mnie jednak wygląda na niedociągnięcie mechaniki poruszania się.

STAR WARS Jedi: Upadły zakon™_20191117184119

Już w poprzednich odsłonach gier z uniwersum Star Wars miecz świetlny muskający lekko ścianę zostawiał na niej ślad. A co robi ten z Star Wars Jedi: Fallen Order? Znika w teksturze ściany, tak po prostu. Ślad można zostawić jedynie próbując taką ścianę przeciąć – ale po co? Ta mechanika działa jedynie w kilku konkretnych lokacjach na mapie i dotyczy kabli lub pnączy. Trochę słabo, choć to detal – takich drobiazgów jest niestety sporo. Force Unleashed pozwalało poczuć potęgę Mocy. Ja wiem, że przy Starkillerze Cal Kestis to harcerzyk, jednak możliwość użycia Mocy (na przykład odpychania czy przyciągania) jedynie na podświetlonych elementach lokacji pachnie tak bardzo gasi rozmach gry, że na początku aż nie mogłem w to uwierzyć. Tu był potencjał na prawdziwe poczucie potęgi kultowych wojowników, kompletnie nie udało się tego osiągnąć. Gra nie pozwala się bawić, bo w zasadzie wszystkie elementy otaczające bohatera są całkowicie niewrażliwe na jego działania.

To tylko część rzeczy, która mnie wkurzała, a w porównaniu z takim na przykład God of War na PlayStation 4 system walki wydaje się w ogóle nie posiadać ciężaru i dynamiki. Ja wiem, że ludzie porównują go do Dark Souls, ale serio? Unik, kontra, przewrotka nie sprawiają że mamy ten sam klimat walki. Owszem, gra stawia na wyższych poziomach trudności wyzwanie, jednak nie daje tej samej frajdy i satysfakcji z pokonania przeciwnika. Tak jak i satysfakcji nie daje odbijający się od ściany Stormtrooper, czy lądowanie w przepaści po animacji kończącej starcie i zabijającej przeciwnika. A takich „smaczków” jest tu całkiem sporo, przynajmniej w konsolowej wersji.

STAR WARS Jedi: Upadły zakon™_20191121222908

Grałem na PlayStation 4 Pro i jestem dość negatywnie zaskoczony tym, jak wygląda Star Wars Jedi: Fallen Order. To znaczy może inaczej, w trybie stawiającym na oprawę jest fajnie, ale animacja nie dociąga do 30 klatek. W trybie wydajności jest lepiej, ale gra wygląda przeciętnie. Ma swoje momenty, czasami naprawdę zapiera dech w piersiach widokami, ale na ogół nie reprezentowała tego, co widziałem na konsolach przez ostatnie dwa lata. Wspomniane już God of War, Uncharted 3 czy Horizon: Zero Dawn wizualnie zjadają Fallen Order na śniadanie.

Werdykt

Może obiecywałem sobie po Star Wars Jedi: Fallen Order zbyt wiele i gra nie sprostała moim oczekiwaniom? To nie był tytuł, na którego wieczorną sesję pędziłem w wywieszonym językiem nie mogąc się doczekać aż uruchomię konsolę. Nie zarywałem też przy nim nocek i wolałem się wyspać niż odwiedzić kolejną planetę. Zachwalana też przez znajomych fabuła jakoś mnie nie porwała, wydawała mi się zbyt naiwna i prostolinijna. Star Wars Jedi: Fallen Order to po prostu dobra gra, nic więcej. Spodoba się przede wszystkim fanom Gwiezdnych Wojen, którzy mają już dość FPS-ów spod znaku Battlefront i chcieli pomachać sobie mieczem. Uważam jednak, że nie udało się wykorzystać potencjału, który drzemał w tym tytule. Nie żałuję spędzonego z nią czasu, żałuję natomiast, że nie gra nie jest lepsza.