29

Żałuję, że poszedłem do kina na Rambo: Ostatnia krew

Piszę ten tekst z ogromnym smutkiem. Bo to już nie chodzi nawet o zmarnowany czas czy pieniądze - chodzi o niszczenie wspomnień o bohaterze mojej młodości. Obejrzałem Rambo: Ostatnia krew i bardzo tego żałuję.

Mam wrażenie, że w dzisiejszym zalewie vod i usług streamingowych, młody odbiorca nie jest w stanie darzyć sympatią filmowego bohatera w sposób, jaki robiło to lata temu moje pokolenie. A na pewno nie tak, by po kilkudziesięciu latach napisać w tytule tekstu o zwiastunie “Na taki powrót komandosa czekałem! Zobaczcie nowy zwiastun Rambo V”. Ja tak napisałem, filmowa zajawka uderzyła w odpowiednie struny, przywołała wspomnienia, ostatecznie wysłała mnie w piątkowy wieczór do kina. Jestem jednym z tych facetów, którzy wychowali się na Sylvestrze i Arnoldzie, a Rambo i Commando zajmują w moim sercu szczególne miejsce. I nawet kiedy wracam do tych filmów dziś, czuję ten sam dreszczyk emocji, choć większość scen znam na pamięć, a przez te wszystkie lata kino akcji zmieniło się nie do poznania.

John Rambo to specyficzna postać. Nieokrzesana maszyna do zabijania, wojenny bohater, który nie potrafi poradzić sobie z okrucieństwami misji, na które został wysłany. Komandos, specjalista, a w środku rozbity człowiek, który wciąż wspomina poległych na wojnie przyjaciół. Postać bohaterska i tragiczna zarazem, zasługująca na świetny finał, którego niestety odpowiedzialny za Rambo: Ostatnia krew Sylvester Stallone nie potrafił nam dać. A przecież to właśnie jego film, jego historia i jego filmowe dziedzictwo.

Wiem, że te wszystkie górnolotne opisy brzmią zabawnie w ustach dorosłego faceta, który wciąż ekscytuje się prostymi filmami o półnagim półgłówku biegającym z karabinem. Mnie tak samo bawią komentarze pod niepochlebnymi recenzjami Rambo: Ostatnia krew, gdzie fani bohatera zarzucają recenzentom brak zrozumienia postaci i szukanie w filmach drugiego dna czy wielowątkowej opowieści – “nie rozumiecie o co w tych filmach chodzi” – czytałem. “Nie jesteście fanami Rambo”. Ja doskonale rozumiem, uznajmy więc, że ten tekst nie jest recenzją, a opinią die-hard-fana granego przez Sylvestra Stallone bohatera.

Przydługi wstęp miał na celu pokazanie, że jestem po Waszej stronie i podchodzę do nowego Rambo tak, jak Wy. Niestety – to naprawdę kiepski film, który moim zdaniem nie powinien powstać.

Zasadniczo opowieść ma sens. John w końcowych kadrach filmu z 2008 roku wrócił na farmę swojego ojca i postanowił spędzić swoje ostatnie lata w rodzinnych stronach. Tam poznał przesympatycznych ludzi, praktycznie wychował małą dziewczynkę traktując ją jak swoją córkę. Ta niestety wplątała się w ciemne interesy meksykańskich gangsterów i Rambo musi ją ocalić. I już tu czuć niewykorzystany potencjał oraz dość mizerne próby zabawy ze zwichrowaną psychiką emerytowanego komandosa, gdzie wszystko opiera się o płytkie frazesy i ciągłe łykanie pigułek. W konsekwencji kompletnie nie czułem, że Sly to Rambo, co zawsze było obecne we wszystkich czterech wcześniejszych filmach. A, do cholery, to właśnie miałem czuć!

Sama historia ratunku młodej dziewczyny jest natomiast sztampowa do bólu, jednocześnie ponownie nie czuć w niej w ogóle bohatera, który w poprzednich obrazach potrafił doskonale zaplanować każdy swój krok i choć na pierwszy rzut oka wydawał się “tępym trepem”, ostatecznie był zawsze kilka kroków przed przeciwnikami.

Film rozwija skrzydła dopiero w ostatnich 20, może 30 minutach – czyli przygotowaniu finalnej akcji i ostatecznej walce z przeciwnikami. Dopiero wtedy pojawia się ten prawdziwy Rambo. To niestety za mało, biorąc pod uwagę, że film trwa aż dwie godziny. Z czystej matematyki wychodzi więc, że przez półtorej godziny Ostatnia krew wieje okropną nudą, która finalnie rzuca bardzo kiepskie światło na cały film. Jednocześnie ostatnie minuty to festiwal akcji, niezwykle brutalne sceny, chyba najbardziej krwawe w historii bohatera. I kiedy na nie patrzyłem żałowałem, że twórcy nie zdecydowali się wprowadzić ich do obrazu wcześniej – szczególnie, że przecież Sly potrafi, czego doskonałym przykładem jest seria The Expendables.

Co ciekawe – najlepsza w całej Ostatniej krwi nie jest wcale finałowa walka, ale…sceny podczas napisów kiedy pokazywane są fragmenty poprzednich filmów. Dopiero wtedy twórcy sięgnęli po wspomnienia fanów serii – tak jakby o dwie godziny za późno. Do tego dochodzą bardzo słabe dialogi, przeciętna praca kamery (przez większość filmu), i miałcy bohaterowie drugoplanowi. Na pocieszenie zostaje na szczęście fajna ścieżka dźwiękowa, z którą polecam się zapoznać. Sam zapisałem ją sobie na Spotify i na pewno będę do tej płyty wracał.

Żałuję, że poszedłem do kina na Rambo: Ostatnia krew. Zdecydowanie lepiej było poczekać aż film pojawi się na jakimś vod z wypożyczeniem za 10 złotych lub w którejś z usług streamingowych, gdzie obejrzałbym go w ramach abonamentu. A opowieść o jednym z moich ulubionych bohaterów młodości powinna była zakończyć się na filmie Rambo z 2008 roku. Nie ukrywam, że bardzo cieszyłem się w ogłoszonego w ubiegłym roku startu Balboa Productions, które zamierza wziąć na warsztat kultowe serie. Wraz z Rambo: Ostatnia krew zaliczyli jednak naprawdę kiepski start, który bardzo źle prognozuje na przyszłość.