Chromecast nigdy nie był jakoś szczególnie pożądanym przeze mnie urzadzeniem. Mam telewizor ze wsparciem dla Miracasta, a w razie potrzeby mogę też wykorzystać do streamingu Xboksa. Mimo to druga generacja tego gadżetu oczarowała mnie na tyle, że w końcu się przełamałem. I nie żałuję. Pierwszego Chromecasta recenzował na Antywebie dawno temu  Konrad. Od światowej premiery […]

Chromecast nigdy nie był jakoś szczególnie pożądanym przeze mnie urzadzeniem. Mam telewizor ze wsparciem dla Miracasta, a w razie potrzeby mogę też wykorzystać do streamingu Xboksa. Mimo to druga generacja tego gadżetu oczarowała mnie na tyle, że w końcu się przełamałem. I nie żałuję.

Pierwszego Chromecasta recenzował na Antywebie dawno temu  Konrad. Od światowej premiery urządzenia minęło już sporo czasu. Rok temu podczas imprezy poświęconej polskiej premierze Chromebooków w rozmowach kuluarowych mówiło się o planach wprowadzenia go do Polski. Nic takiego nie nastąpiło. W końcu jesienią wyszła odświeżona wersja oraz zupełnie nowy Chromecast Audio. Początkowo byłem przekonany, że potrzebuję obu, ale przypomniałem sobie o Bluetooth w głośniku i szybko opamiętałem.

Co się zmieniło?

W pudełku z nowym Chromecastem nie znajdziemy zbyt wielu elementów: urządzenie, kabelek USB oraz zasilacz z końcówką amerykańską (bo właśnie stamtąd przyjechał). Zrezygnowano nawet z instrukcji obsługi – obrazki wskazujące sposób podłączenia umieszczono na opakowaniu. Nie bez powodu Chromecast jest taki tani (35 dol.).

Różnice w porównaniu z poprzednikiem są widoczne przede wszystkim w wyglądzie. Zrezygnowano z obudowy przypominającej klucz USB. Zamiast tego otrzymujemy teraz okrągłą konstrukcję zaprojektowaną na wzór logo Chrome – to oczywiście jest umieszczone w widocznym miejscu. W sprzedaży są dostępne trzy warianty kolorystyczne: czarny, czerwony oraz żółty. Do mnie trafił ten pierwszy. Warto jednak zaznaczyć, że różnią się one tylko wykonanym z błyszczącego tworzywa wierzchem. Pozostałą część konstrukcji utrzymano w szarym kolorze. Spód na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ukryto tutaj jednak magnes, co pozwala w bardzo prosty sposób przymocować wtyczkę HDMI podczas transportu lub nawet przyczepić Chromecasta do metalowej obudowy TV (o ile nasz telewizor taką posiada).

Z jednej strony obudowy wychodzi krótki, spłaszczony gumowy przewód zakończony wtyczką HDMI. Pozwala to podłączyć Chromecasta właściwie do każdego telewizora – nawet, gdy dostęp do portu jest utrudniony. Po przeciwległej stronie obudowy przystawki mamy złącze MicroUSB służące do zasilania. Co bardzo ważne, nie musimy w tym celu korzystać z dołączonej ładowarki. ja mojego Chromecasta zasilam po prostu z portu USB telewizora.








Ogółem nie jest to jakoś szczególnie masywny i solidnie skonstruowany gadżet. Do opisania konstrukcji użyłbym raczej przymiotnika „wątła”. Trudno to jednak uznać za wadę, biorąc pod uwagę, że Chromecast 99 proc. czasu spędzi ukryty z tyłu telewizora. Od tej kategorii sprzętu nie ma sensu wymagać zatem więcej.

Pewna rewolucja dokonała się wewnątrz obudowy. Zastosowanie znalazł tutaj zaawansowany moduł WiFi zgodny ze standardem 802.11 ac i działający w paśmie 5 GHz. Jakby tego było mało, producent zastosował tutaj trzy anteny, które mają stać na straży wysokiej jakości połączenia z domową siecią. Nie mogę tutaj napisać o Chromecaście złego słowa, bo przez te kilka tygodni użytkowania był niezawodny.

Czy są to nowości, które skłonią dotychczasowych posiadaczy Chromecasta do przesiadki na nowszy model? Jeżeli dotąd nie mieliście z przystawką żadnych problemów, zdecydowanie nie ma to najmniejszego sensu. Jeżeli jednak doskwiera Wam kiepski zasięg, niestabilne połączenie lub macie wieczne problemy z wpinaniem i wypinaniem przystawki z powodu ukrytego HDMI w telewizorze, może to być powód do przesiadki.

Podłączenie i konfiguracja Chromecasta są dziecinnie proste. Wystarczy w tym celu pobrać aplikację na nasz telefon lub skorzystać z panelu w desktopowej przeglądarce. W trakcie krótkiego kreatora nadajemy przystawce unikatową nazwę oraz dane dostępowe do naszej sieci WiFi. Ponadto możemy też skonfigurować tryb gościa, w którym z Chromecastem będzie można się łączyć przez internet, po podaniu ustalonego wcześniej kodu PIN. Całość trwa dosłownie 5 minut.

Co potrafi Chromecast?

Chromecast zapewnia możliwość bezprzewodowego streamingu treści na ekran telewizora za pośrednictwem standardu Google Cast. Jest to rozwiązanie bazujące na Miracaście, lecz zmodyfikowane na potrzeby systemu Android. Google wbudował je w Androida TV, a także Nexus Playera. Oznacza to, że posiadacze tych urządzeń nie muszą kupować Chromecasta, gdyż ich sprzęt natywnie zapewnia kompatybilność z tą technologią. Na rynku znajdziemy też już szereg innych urządzeń, jak np. głośniki bezprzewodowe zgodne z Google Cast.

2015-12-14_112309

Niezależnie od tego, czy zgodność z Google Cast zapewnia nam Chromecast czy też wbudowany system operacyjny, otwierają się przed nami ogromne możliwości. Z technologią tą są bowiem zgodne tysiące aplikacji ze sklepu Google Play oraz AppStore. W większości są to programy multimedialne: YouTube, Netflix, HBO GO, Hulu, YouTube, VLC, Google Play Music, Spotify  itd. Nie zabrakło tutaj jednak bardziej klasycznych programów. Prezentacje Google pozwalają nam wyświetlić w banalnie prosty sposób pokaz slajdów na biurowym projektorze. Aplikacje fitness pokazują natomiast ćwiczenia, jakie powinniśmy wykonywać w danym momencie. Z poziomu galerii zdjęć możemy strumieniować całe albumy z wakacji na telewizor. Chrome natomiast potrafi wyświetlać strony www na dużym ekranie. Od niedawna Chromecasta wspiera nawet polski VOD.pl, co świadczy o dużej popularności tego rozwiązania (nawet nad Wisłą, gdzie teoretycznie przystawka nie jest dostępna – ale mamy telewizory z Android TV). Jest też masa gier, w które możemy grać używając w tym celu smartfona jako kontrolera (a wśród nich m.in. Angry Birds Go czy stare dobre Monopoly). Co ważne część z nich wspiera multiplayer. Chromecast staje się zatem czymś w rodzaju platformą do różnych zastosowań.

Warto od razu tutaj dodać, że w przypadku większości programów, jak YouTube czy Spotify rola urządzenia klienckiego (smartfona, tabletu) sprowadza się jedynie do wysłania informacji o utworze. Chromecast samodzielnie łączy się z siecią i rozpoczyna odtwarzanie. W którymś momencie przez przypadek wyłączyłem całkowicie aplikację i WiFi w telefonie, a Chromecast dalej odtwarzał wskazane wcześniej utwory. To bardzo ważny szczegół.

2015-12-14_112340

Do zarządzania Chromecastem służy oficjalna aplikacja, w której znajdziemy listę zainstalowanych na naszym urządzeniu programów kompatybilnych z przystawką. Program pozwala również na szybkie wyszukiwanie treści, które możemy odtworzyć oraz nowych aplikacji zdolnych do komunikacji za pośrednictwem Google Cast. Z jego poziomu możemy oczywiście również skonfigurować cały proces. Przykładem niech będzie chociażby ekran wyświetlany w momencie, gdy Chromecast niczego nie strumieniuje. Wówczas możemy oglądać popularne zdjęcia Google’a, nasze galerie z Flickra albo najświeższe newsy z Google Newsstand. Całość prezentuje się bardzo estetycznie i przypomina ekran blokady ekranu w Windows.

Warto?

Chromecast w Polsce nie ma jakoś szczególnie dużego wsparcia ze strony zewnętrznych aplikacji. Właściwie jeśli chodzi o rodzime VOD, przystawkę obsługuje wyłącznie onetowski VOD.pl. Z mniej polskich lecz u nas dostępnych – HBO GO. Nie mamy natomiast dostępu do Netfliksa i mu podobnych. To spory problem. Pozostają nam zatem inne usług, jak YouTube czy Spotify. W moim przypadku to właśnie one sprawiły, że jest tak bardzo zadowolony z zakupu. Część telewizorów można skonfigurować w taki sposób, że automatycznie po rozpoczęciu streamingu przełączają źródło sygnału na określony port HDMI. Nie musimy zatem tak naprawdę nic robi poza stuknięciem ikonki Google Cast w aplikacji. To niesamowicie wygodne, a komfort oglądania trailerów gier, vlogów czy teledysków na dużym ekranie jest nieporównywalnie większy. Te 145 złotych, jakie wydałem na Chromecasta jest zatem śmiesznie małą kwotą, biorąc pod uwagę korzyści.

Niestety, u pośredników w Polsce już tak tanio przystawki nie kupimy. Najniższa cena, jaką znalazłem przekracza próg 200 złotych. Sporo zatem przepłacamy. Tymczasem o oficjalnej dostępności przystawek nad Wisłą nic nie wiadomo. Dziwi to tym bardziej, gdyż interfejs aplikacji do Chromecasta został całkowicie spolszczony.

Jeżeli jesteście intensywnymi konsumentami treści multimedialnych, Chromecast zdecydowanie jest dla Was. Jeżeli nie, być może taki gadżet sprawi, że zaczniecie więcej oglądać np. YouTube’a – co zaobserwowałem u siebie. Tak czy inaczej kwota 145 złotych jest zdecydowanie niewygórowana, a możliwości bardzo szerokie. Moim zdaniem zatem zdecydowanie warto się skusić.