metro exodus
37

Niesamowity klimat, piękna grafika i fatalne sterowanie. Recenzja Metro Exodus

Ostatnio Metro Exodus pojawiało się na ustach graczy przede wszystkim ze względu na dziwną decyzję PC-towej wyłączności w sklepie Epic Games. Na szczęście po premierze skupiono się już przede wszystkim na samej grze. Jak wypadła? Dobrze, ale niestety nie rewelacyjnie.

Pamiętacie ciasne korytarze moskiewskiego Metra? Jeśli mieliście ich już dość, to na pewno docenicie, że tym razem wyjdziemy na powierzchnię by zaczerpnąć (świeżego?) powietrza. Ale spokojnie – Metro Exodus nie zrywa z pomysłami poprzednich odsłon, a otwarte tereny nie oznaczają wcale otwartego świata.

Cały czas zastanawiam się, czy znajomość opowieści z poprzednich odsłon i lektura książek Głuchowskiego jest konieczna by grać w nowe Metro Exodus. Z jednej strony bowiem gra jest na tyle przyjazna, że pozwoli cieszyć się tym ponurym światem osobom kompletnie nieznającym historii, z drugiej pewna świadomość settingu tego uniwersum jest niezbędna by wyłapywać najfajniejsze elementy Exodus.

Historię opowiedzianą w nowym Metro można jednak szybko streścić. Wychodzimy z ponurych korytarzy metra i aby odszukać sygnały radiowe, wsiadamy do pociągu, przemierzając postapokaliptyczną Rosję. I tu muszę pochwalić wątek fabularny, który może i rozkręca się trochę zbyt ospale, to jednak potrafi wciągnąć, co w połączeniu ze specyficznym, niepodrabialnym moim zdaniem klimatem daje odczucie obcowania z intrygującą historią osadzoną w równie ciekawym, co niebezpiecznym świecie.

Wspomniałem o tym, że Metro Exodus nie oferuje otwartego świata, choć podczas zwiedzania pierwszej większej lokacji sprawia takie wrażenie. Cała eksploracja jednak to tak naprawdę przechodzenie z punktu A do punktu B przy jednoczesnym zwiedzaniu napotkanych miejscówek (na ogół celem znalezienia amunicji) i oglądaniu zaprezentowanego przez twórców świata. Szkoda tylko, że już na początku gry musimy korzystać z łódki, którą zapamiętam na długie lata jako jeden z najbardziej irytujących elementów tej produkcji. Otwarte lokacje tracą też na znaczeniu, ponieważ często skończycie w typowych dla serii korytarzach, gdzie latarka lub zapalniczka oświetlą Wam drogę – buduje to oczywiście świetny klimat, jednak szybko zapomina się wtedy o zmianach, jakimi reklamowano Exodus.

O ile misje główne zostały dobrze zaprojektowane, to już te poboczne nie zachęcają do ich wykonywania i pomijając część z nich (a po zmianie lokacji nie da się już do nich wrócić) kompletnie nie czuję żalu. Nie zachwyca też bestiariusz, napotykane po drodze potwory faktycznie robią wrażenie, jednak po pewnym czasie widać powtarzalność, to samo dotyczy też napotykanych wrogów w ludzkiej postaci. Co więcej, trzeba pamiętać, że z potworów nie wypada amunicja, dlatego w którymś momencie dojdziecie do wniosku, że lepiej je omijać niż wdawać się w walkę. No i tak naprawdę nie czuć tu wyzwania, na ogół musiałem po prostu stawić czoła jakiejś grupie stworów, zamiast na przykład zawalczyć z zapadającym w pamięć przeciwnikiem, który spędzałby mi sen z powiek przez kolejne miesiące.

Metro Exodus przypadnie na pewno do gustu osobom, które lubią grzebać w broniach. Samoróbki wyglądają czasami rewelacyjnie, elementy craftingu pozwalają natomiast poczuć się jak prawdziwy producent „customowych” karabinów, a takie drobiazgi jak na przykład konieczność czyszczenia broni jeszcze bardziej podkręcają ciężki, postapokaliptyczny klimat.

Metro Exodus wygląda obłędnie

Ogrywałem wersję na PlayStation 4 Pro podpiętą do świetnego ekranu OLED w Sony Bravia A1 i powiem tak – to zdecydowanie jedna z najpiękniejszych gier ostatnich lat. „Urodę” w ciemnych ciasnych lokacjach łatwo pomylić z klimatem budowanym mrokiem, natomiast niezależnie od odwiedzanej lokacji poza budynkami, szczęka ląduje przy podłodze. Detale, gra świateł, projekt okolicy, dbałość o detale. Myślę, że niejedna gra AAA z wielokrotnie większym budżetem może czuć się zawstydzona tym, jak 4A Games poradziło sobie z oprawą graficzną Metro Exodus. Rewelacja. Szkoda tylko, że nie przyłożono większej wagi do walki z bugami – jasne, część z nich da się naprawić aktualizacjami, natomiast kiedy podczas scenki przerywnikowej nagle na ekranie pojawia się postać, której w tym miejscu wcześniej nie było, coś jest nie tak.

Niemy bohater porusza się w smole

Są w Metro Exodus dwie rzeczy, przez które przed każdą sesją z grą zastanawiałem się czy na pewno chcę wracać do tego klimatycznego, pięknego świata. I nie ukrywam, że czasami odpuszczałem.

Czytałem wiele opinii na temat niemego głównego bohatera i prób usprawiedliwienia tego dziwnego, jak na dzisiejsze czasy, zabiegu. A to inspiracje serią Half-Life, którą wielokrotnie podkreślało 4A Games, a to próba zaangażowania gracza w fabułę i klimat. Artem nie mówi. To znaczy nie spotkało go nic złego, co sprawiłoby, że stał się niemową. Twórcy postanowili przedstawić go w taki sposób, że nie bierze udziału w żadnej rozmowie. Jest to o tyle kuriozalne, że Metro Exodus jest wręcz zalany tego typu scenkami. Tytuł mocno stawia na opowieść, dodatkowo na historie poszczególnych postaci, które Artem poznaje podczas…rozmowy. Wygląda to więc tak, że któryś z pobocznych bohaterów mówi, produkuje się, pyta, sugeruje, a my…milczymy. Jasne – powiecie, że możemy sobie sami odpowiedzieć i to w jakiś sposób sprawi, że jeszcze mocniej wkręcimy się w ten świat. No nie, to tak nie działa. Sztuczność tego rozwiązania ciekawiła przez pierwsze pół godziny, później zwyczajnie irytowała – na tyle, że miałem ochotę przewijać wszystkie rozmowy, nie widząc w nich sensu. No bo jeżeli dziewczyna bohatera o coś go pyta, a on nie odpowiada, to jest zwyczajnie słabe. A słabe też dlatego, że przecież Artem ma swoje uczucia, swoje myśli, swoje spostrzeżenia i swój głos – a potrafi to przekazać jedynie za pomocą swojego dziennika i wywodów na ekranach ładowania. Fatalna decyzja developerów, która przynajmniej u mnie bardzo psuła odbiór gry.

Nie spodziewałem się po Metro Exodus typowej strzelanki czy typowej gry FPP. Od tego mam Call of Duty, Battlefielda, Dooma, Wolfensteina czy jakąkolwiek inną grę akcji z widokiem z oczu bohatera. Gdzieś jednak po obejrzeniu zwiastuna pokazującego fajnie rozbudowywane bronie liczyłem na to, że strzelanie w Metro Exodus będzie emocjonujące. No cóż, nie jest i nie ma tak naprawdę znaczenia jak dopasiony oręż trzymacie aktualnie w dłoniach. Nie czułem ciężaru poszczególnych broni, a większe akcje z użyciem karabinów były toporne i męczące. Wielokrotnie podczas skradania przeciwnicy w ogóle mnie nie widzieli choć stałem metr od nich – ba, zabijałem ich zza pleców, a stojący obok kompan nie robił nic. Kiedy jednak wystrzeliłem, w okolicy podnosił się alarm, a wrogowie siali do mnie ołowiem. Fajnie, tylko kiedy zaczynałem brać udział w wymianie ognia, walczyłem przede wszystkim z systemem sterowania, a nie z nimi.

Zobacz też: Jak zacząć grać w Apex Legends?

To niestety czuć również podczas normalnych aktywności, takich jak chodzenie, bieganie czy skakanie. Bohater wydaje się brodzić w smole, jest ociężały, niezdarny, cały czas sprawia wrażenie przeciążonego. Oczywiście to ma sens, w końcu w swoim plecaku nosi każdy napotkany grat i gruz, natomiast bardzo źle mi się przez to grało w Metro Exodus. Ruchy były zbyt powolne, skoki za wysokie i sprawiały wrażenie obecności w rejonie z zaburzoną grawitacją. Gra jest do tego wręcz przesycona przydługimi animacjami kucania, wspinania się czy podnoszenia przedmiotów – a to (przynajmniej w wersji na PS4 Pro) wywoływało u mnie delikatnego laga w ruchu zaraz po jej zakończeniu. Doceniam oczywiście, że twórcy przyłożyli się do tych wszystkich wizualnych drobiazgów ale psują niestety samą grę. Odczuwałem to jeszcze mocniej ze względu na Apex Legends, w które równolegle grałem – różnica w dynamice była tak kosmiczna, że naprawdę po godzince w battle royale od Respawn nie potrafiłem wrócić na sesyjkę w Metro. Dodam jednak, że nie sprawdzałem Metro Exodus na PC, gdzie dzięki wyższemu framerate’owi może to wyglądać zupełnie inaczej i nie psuć przyjemności ze zwiedzania świata gry.

To nie jest gra dla każdego

Wielokrotnie spotykałem na swojej drodze osoby, które zagrywały się w Stalkera i uważają go za jedną z najlepszych serii gier FPP. Ja do nich nie należę i myślę, że poczuliście to najpóźniej w połowie tej recenzji. Tym samym nie jestem w stanie docenić wszystkich smaczków nowego Metro i traktujcie mój tekst jako opinię osoby, która nie stawia tego postapokaliptycznego FPS-a na piedestale. W Metro Exodus zachwyciła mnie przede wszystkim oprawa graficzna, która na otwartych przestrzeniach wyrywa z kapci. Zaraz obok niej jest niesamowity klimat i specyficzny feeling, którego nie da się poczuć w innych produkcjach. Niestety – jestem jedną z tych osób, dla których mechanizm rozgrywki odgrywa kluczowe znaczenie i jeśli odpowiednio go nie czuję, gry nie uratują pozostałe elementy. Męczyła mnie ta produkcja, szczególnie że grałem równolegle w Apex Legends, gdzie mechanika gra pierwsze skrzypce i oferuje nieporównywalnie dynamiczniejsze podejście do pierwszoosobowych strzelanek.

Zobacz też: Recenzja Anthem

Metro Exodus to dobra, momentami bardzo dobra gra, ale nie każdy ją doceni. Będą tacy, którzy zarwą dwie nocki by spędzić w tej opowieści około 15-18 godzin albo i dwa razy tyle jeśli zechcą poznać cały świat i zwiedzić wszystkie zakamarki. Jestem więcej niż pewien, że uznają wtedy ten tytuł za jeden z lepszych jaki pojawił się na rynku w przeciągu ostatnich kilku miesięcy. Ale znajdą się też osoby, które po pierwszych dwóch godzinach odłożą Exodus na półkę, nie mogąc znieść niemego, ślamazarnego bohatera i systemu strzelania, który z frajdą nie ma nic wspólnego. Moim zdaniem mogło być lepiej.