Choć pierwsze pół godziny tego nie zapowiadało, Łotr 1 okazał się filmem naprawdę dobrym. Rzekłbym nawet, że zdecydowanie lepszym od VII epizodu w reżyserii Abramsa.

Uniwersum Star Wars to setki ciekawych historii, tysiące barwnych postaci i ogromne pole do popisu dla twórców filmów. Po symbolicznym odcięciu się przez Disneya od Expanded Universe postanowiono napisać je od nowa. Plan zakładał też premiery nowych filmów w cyklu dwuletnim: co dwa lata otrzymamy „duży” epizod, a co dwa lata będzie to spin-off skupiający się na osobnej historii mniej lub bardziej powiązanej z głównym wątkiem. Rogue 1, lub jeśli wolicie Łotr 1, jest właśnie takim spin-offem.

Jak dla mnie, zdecydowanie przebija VII epizod

Główną bohaterką filmu jest Jyn Erso (Felicity Jones), którą poznajemy jeszcze jako dziecko. Dziewczynka traci matkę, a ojciec zostaje zmuszony do pracy na rzecz Imperium. Ona sama, wychowana i porzucona przez związanego z rebelią Sawa Gerrerę (fenomenalny w tej roli Forrest Whitaker), przyjaciela rodziny wkracza na przestępczą ścieżkę i stara trzymać z dala od polityki. Jak się łatwo domyślić, światopogląd Jyn szybko zostanie poddany próbie, a ona sama trafi w samo serce walki Rebeliantów z Imperium.

Postać głównej bohaterki jest bardzo spójna, a jej motywy przekonujące. W trakcie seansu dochodzi do jej przemiany – dla fanów seriali może się ona wydawać zbyt szybka. Trudno jednak byłoby spowolnić ten proces w trakcie 133 minut, jakie trwa film. Co jednak, gdy zestawimy Jyn z pozostałymi członkami jednostki Rogue 1. Zdeterminowany i wyznający zasadę „cel uświęca środki” Cassian Andor, kapitan w szeregach Rebelii pasuje tutaj doskonale. Da się też polubić obecność przeprogramowanego droida K-2SO (Alan Tudyk), który słownymi przytykami wywoływał salwy śmiechu na widowni (chyba każdy hollywoodzki film potrzebuje swojego błazna). Dobrze też wkomponowano byłego pilota Imperium Bodhiego , którego motywy są jasno zarysowane oraz wyraźne. Największy problem mam z ekscentrycznym, niewidomym „prawie-że-jedi” z kijem – Chirrutem (Donnie Yen) oraz jego przerośniętym kompanem Baze’m (Wen Jiang). Obaj są bez wątpienia barwnymi postaciami, ale twórcom nie udało się w dostatecznie dobry sposób zbudować ich motywów oraz więzi z Jyn i resztą załogi. O ile jeszcze motywy Chirruta da się tłumaczyć Mocą, to Baze wydaje się być potraktowany mocno po macoszemu.

Po drugiej stronie barykady mamy zdeterminowanego i przesiąkniętego ambicją dyrektora Krennica (Ben Mendelsohn), który kieruje budową Gwiazdy Śmierci. I to on wyrasta tutaj na główny czarny charakter. Oczywiście wypada blado na tle Dartha Vadera, który w pewnym momencie wkracza do akcji. Niemniej ogólne struktury i sposób działania Imperium zostały oddane doskonale. Rozczarowuje niewielka ilość Madsa Mikkelsena na ekranie, który wcielił się w Galena Erso, ojca Jyn. Przez to tak naprawdę nie pokazał on swoją grą nic specjalnego – mimo, że sama postać odgrywała kluczową rolę w fabule.

Oczywiście nie zabrakło pewnych zgrzytów. Tu i ówdzie wkrada się zupełnie niepotrzebny patos. Twórcy też zbyt często hiperbolizują pewne elementy, jak chociażby przemianę Jyn. Nie zabrakło też idiotycznych scen, które nigdy nie powinny się tutaj pojawić. Idący przez środek pola bitwy Chirrut, w którego nie trafiają stojący kilka metrów dalej elitarni żołnierze imperium (Death Trooppers) jest kuriozalna.

Znowu superbroń

Opowiedziana w filmie historia nie jest tajemnicą – rebelianci mają wykraść plany budowy Gwiazdy Śmierci, potężnego statku Imperium służącego do niszczenia planet. Tylko w ten sposób uda się ją zniszczyć. Akcję osadzono zatem tuż przed rozpoczęciem IV epizodu sagi Star Wars. Historia bardzo mocno się z nim zazębia, co niewątpliwie usatysfakcjonuje fanów. Podobnie zresztą jak cała masa innych smaczków doń nawiązujących.

Łotr 1, jak wszystkie inne filmy Star Wars, jest przesiąknięty efektami specjalnymi. Nie mamy jednak do czynienia z festiwalem CGI. Już pierwsza scena pokazuje, że twórcy starali się w dużej mierze oddać sposób realizacji typowy dla „starej” trylogii. Trudno mi powiedzieć, na ile to były specjalnie przygotowane makiety, a na ile stylizowane CGI, ale efekt jest znakomity. Dopiero przy dynamicznych scenach walk pojawia się duch nowoczesności i film nabiera rozmachu typowego dla największych kinowych superprodukcji. Niemniej również tutaj daje się odczuć, że X-Wingi, U-Wingi, Tie-Fightery i wszystko inne wygląda jakby żywcem zostało wyciągnięte z epizodów IV-VI. Jak dla mnie to duży atut, ale może też być traktowany jako celowa gra na sentymencie widzów.

I choć to nie miecze świetlne grają tym razem pierwsze skrzypce, mam wrażenie, że Łotr 1 jest tą częścią, gdzie skala efektów, eksplozji i wybuchów przebija wszystko, co dotąd zobaczyliśmy w tym uniwersum. Nie znaczy to jednak, że wszystko wybucha, jak u Michaela Baya – jest to o wiele bardziej przemyślane i sensowne. Kwintesencją niech będzie zderzenie dwóch niszczycieli Imperium wpadających na barierę planetarną, których widok na długo zostanie w mojej pamięci.

Jestem zaskoczony, że wyszło tak dobrze

Okazuje się, że można stworzyć dobry film osadzony w uniwersum Star Wars, w którym główny wątek nie będzie dotyczył walki Jedi i Sith. Rebelia w Rogue 1 to nie rycerzyki w lśniących zbrojach. Jej żołnierze może nie mają tyle za uszami co Imperium, ale również sięgają po takie narzędzia, jak zabójstwo, szantaż czy szpiegostwo. Takie przedstawienie zdecydowanie nadało jej charakteru i wiarygodności. W końcu trwa wojna, a ta rządzi się swoimi prawami.

Rogue 1 jest filmem innym niż wszystkie pozostałe odsłony, czemu trudno się dziwić – w końcu mamy do czynienia z pierwszym pełnometrażowym spin-offem. Dla mnie to bardzo przekonujący i satysfakcjonujący powiew świeżego powietrza, dzięki któremu całe kinowe uniwersum może tylko zyskać.

Ocena: 8/10