Design godny Apple, wygląd interfejsu potrafiący zaspokoić gust osób zakochanych w Windows Phone i wszystkie zalety Androida. Taką receptę ma HTC na swoje flagowce. W zeszłym roku się udało. Czy wraz z premierą HTC One M8 znów rozlegną się westchnienia zachwytu? W ubiegłym roku miałem niewątpliwą przyjemność testować HTC One (M7). Przez wielu zwany był […]

Design godny Apple, wygląd interfejsu potrafiący zaspokoić gust osób zakochanych w Windows Phone i wszystkie zalety Androida. Taką receptę ma HTC na swoje flagowce. W zeszłym roku się udało. Czy wraz z premierą HTC One M8 znów rozlegną się westchnienia zachwytu?

W ubiegłym roku miałem niewątpliwą przyjemność testować HTC One (M7). Przez wielu zwany był „łabędzim śpiewem” tajwańskiego koncernu. Na niegdyś wielkiej firmie, część obserwatorów postawiła bowiem już krzyżyk. Jednakże HTC utrzymuje się na powierzchni i po obraniu w końcu właściwego kursu, stara się wrócić do gry. Chociaż nie samymi flagowcami firma żyje (chyba że jest się Apple), to właśnie na topowy model zawsze zwrócone są oczy miłośników elektroniki. Przez pryzmat One M8 będziemy spoglądać na HTC aż do premiery kolejnego telefonu tworzonego bez kompromisów. Jak więc wypada nowe cacko od Tajwańczyków?

Grafik płakał (ze szczęścia) jak projektował

W moim mniemaniu HTC wypuszczając pierwszy model One dokonało przełomu w postrzeganiu telefonów z Androidem. Wiele osób może twierdzić, że to Sony Xperia Z1 było pierwszym „stylowym” urządzeniem z systemem Google na pokładzie, ale osobiście nie mogę się z tym zgodzić. Japończycy z pewnością stworzyli świetne urządzenie, ale w dalszym ciągu nie było ono bezpośrednią konkurencją dla iPhone’a (w kwestii designu). Tymczasem Tajwańczykom udało się stworzyć design, który potrafił rozmiękczyć nogi każdego miłośnika szpanowania telefonem.

 















Tegoroczny flagowiec HTC jest przedłużeniem linii projektowania, którą wyznaczono rok temu. Ponownie obudowa wykonana jest z metalu (szczotkowane aluminium – tego nie zarysujesz), co nadaje telefonowi industrialną i nieco ekskluzywną nutę. Wąziutka ramka i ożywienie frontu poprzez zamieszczenie dużych głośników na dole i na górze panelu przedniego nie robi już takiego wrażenia jak rok temu, ale nie przestało się podobać.

Miłośników designu prezentowanego przez One muszę zasmucić – główny projektant HTC, niegdyś właściciel firmy One & Co, odchodzi z firmy, której pomógł stworzyć linię flagowców. Co prawda Scott Croyle przez jakiś czas będzie pracował z HTC „z doskoku”, ale pełniąc raczej rolę konsultanta. Oby Tajwańczycy znaleźli godnego następcę.

Na minus muszę policzyć mocowanie przycisków, które jest nieco luźne. Słyszałem, że problem ten nie dotyczy wszystkich egzemplarzy, ale mi się taki właśnie dostał – muszę więc skarcić producenta. Słuchawka dostępna jest w dwóch kolorach: srebrnym i szarym. Dostałem ten drugi i muszę powiedzieć, że jest godnym towarzyszem ślicznego odcienia, który pojawił się w ubiegłym roku. Nie bardzo rozumiem jednak, dlaczego HTC nie wypuszcza modelu One w większej liczbie kolorów.

Kolejnym rozwiązaniem, które może się spodobać, albo odrzucić, jest zupełna rezygnacja z fizycznych (dotykowych) przycisków znajdujących się pod wyświetlaczem. W zeszłym roku byłem zachwycony tym, że HTC upiera się przy tym rozwiązaniu, co pozwala oszczędzić miejsce na ekranie. Tym razem wszystkie trzy przyciski funkcyjne obecne są na dole wyświetlacza, podobnie jak np. w urządzeniach z serii Nexus czy w smartfonach Sony. Dziś pozostaję niepocieszony i do upadłego będę twierdził, że to złe rozwiązanie.

Na szczęście na wielu ekranach klawisze funkcyjne pozostają przezroczyste, m.in. na ekranie startowym, znanym już z zeszłego roku HTC Blinkfeed, agregującym wiadomości i wydarzenia z wielu używanych przez nas serwisów i aplikacji. Od czasu do czasu zdarzyło mi się z niego korzystać, chociaż preferuję przeglądanie Facebooka czy Twittera przez dedykowane programy.

Software’owi stosowanemu przez producenta również należy się jeszcze parę słów. HTC Sense pozostaje w moim mniemaniu najładniejszą nakładką na Androida. W dużej mierze jest ona inspirowana trendem „flat design”, co nieco upodabnia ją do mobilnego systemu Microsoftu. Jest elegancka, nie przeładowana i genialnie dopasowana do projektu samej słuchawki. W tym roku pojawiło się kilka prostych gestów, które usprawniają korzystanie z telefonu (szczególnie do gustu przypadło mi odblokowywanie ekranu poprzez podwójne puknięcie ekranu). Wisienką na torcie była dla mnie możliwość wyboru Helvetici jako czcionki, chociaż i ta standardowa jest śliczna.

Bigger, better, more Badass

HTC One w nowej odsłonie jest nieco większy od swojego poprzednika, z uwagi na zwiększoną powierzchnię ekranu (z 4,7 do 5 cali, przy zachowaniu rozdzielczości fullHD), ale również ramka na górze i dole nieznacznie się wydłużyła. W przypadku telefonów z tej półki standardem stały się już możliwie pełne kąty widzenia i obraz ostry jak żyleta (441ppi robi swoje). Różnicę czuje się w zasadzie głównie w nasyceniu kolorów i jasności. W przypadku HTC One kontrast jest nieco spokojniejszy, podobnie jak nasycenie kolorów. Osobiście od zawsze drażni mnie maniera Samsunga, którego wyświetlacze wydają mi się pstrokate przez wydobywanie na siłę kolorów, dlatego ekran w M8 bardzo mi pasuje. Jeżeli chodzi o jasność, to, jak można było się spodziewać, nie ma najmniejszych problemów z używaniem One nawet w pełnym słońcu. Telefon stał się też minimalnie grubszy i o paręnaście gram cięższy – waga musiała jednak ulec zwiększeniu z uwagi na zmienione wymiary. Poza tym, dzięki temu telefon dobrze leży w dłoni, ale znów – to kwestia preferencji. Osobiście nie przepadam za lekkimi smartfonami (Samsung Galaxy S5 waży o 15g mniej, będąc odrobinę większym).

Podobnie jak rok temu HTC One napędza procesor Quallcomma – w przypadku M8 jest to najnowszy, czterordzeniowy Snapdragon 801, działający do spółki z 2GB pamięci RAM. Telefon sprzedawany jest w dwóch wersjach: z 16 i 36GB pamięci wbudowanej. W tym roku jednak posiadanie mniejszej wersji nie musi spędzać snu z powiek miłośnikom oglądania filmów na telefonie – HTC umieściło w słuchawce miejsce na slot kart microSD – możemy rozszerzyć pamięć nawet o 128GB. Całość działa pod kontrolą Androida w wersji 4.4.

Drobna uwaga – HTC One M8 korzysta z kart nano-SIM, tych samych, które są stosowane w najnowszych iPhonach. Jeżeli zdecydujecie się na zakup, pamiętajcie, że przyjdzie Wam przejść się do operatora po duplikat w odpowiednim formacie.

Jeżeli chodzi o wydajność, to nowy flagowiec Tajwańczyków jest nie do dobicia. Zapominamy zupełnie o zamykaniu nieużywanych aplikacji, albo lagach – przez cały okres używania telefonu nie zdarzyło mi się, żeby system zwolnił. Jeżeli dodamy do tego fakt, że HTC łaskawie zaczęło aktualizować poprzedni model do wyższej wersji Androida, to możemy mieć niepłonną nadzieję na to, że będziemy mogli cieszyć się bezproblemowym działaniem przynajmniej przez standardowe dwa lata, jakie obowiązuje zwykle umowa abonamentowa.

Jeżeli chodzi o wyniki w AnTuTu Benchmark, to HTC One M8 plasuje się nieznacznie tylko niżej od Galaxy Note 3 (który zyskuje m.in. dzięki dodatkowemu gigabajtowi RAMu). Najwyższa półka.

Co jednak najciekawsze, to jak HTC udało się zoptymalizować urządzenie i system, aby osiągnąć relatywnie dobre wyniki w kwestii baterii. Na jednym ładowaniu One M8 może wytrzymać pełen dzień bez najmniejszego problemu, podobnie jak poprzednik, mimo zastosowania najnowszego, ultra-szybkiego procesora. Możemy zapomnieć o oszczędzaniu baterii poprzez wyłączanie nieużywanych modułów – zupełnie nie cackałem się z baterią M8, a mimo tego, ostrzeżenie o niskim poziomie naładowania straszyło dopiero po kilkunastu godzinach intensywnego użytkowania (a dodam, że jak każdą nową zabawką, bawiłem się nią bardzo często). Na pochwałę zasługuje także fakt, że HTC One bardzo powoli traci energię w trybie czuwania. Nie ma zatem obaw, że z rana telefon nie będzie reagował. Zresztą, jeżeli bateria będzie na wykończeniu, to M8 załączy jeden z dwóch trybów oszczędzania energii (po przekroczeniu progów 15% i 5% stanu naładowania akumulatora), które sprawiają, że bezpiecznie dotrwamy do dotarcia do gniazdka. Pierwszy z nich przygasi ekran i zoptymalizuje zużycie prądu, ale już drugi zamieni naszego smartfona tylko w słuchawkę do dzwonienia. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby te ustawienia zmienić i „dobić” baterię.

Wisienki na torcie

Ponownie wrażenie robią świetne głośniki, które tym razem nie są już sygnowane markę Beats, ale nie mam wrażenia, jakby cokolwiek poza tym się zmieniło. Nie ma problemu, żeby w towarzystwie puścić na telefonie ciekawy filmik, albo nawet posłuchać muzyki podczas wypadu na camping, gdy nikomu nie udało się z piwnicy wygrzebać boomboxa. Nie spodziewajcie się koncertu, ale jeżeli chodzi o urządzenia mobilne, to nie spotkałem się z lepszymi głośnikami.

W kwestii aparatu mamy niemalże powtórkę z rozrywki. Na plecach obudowy znajduje się 4-megapikselowa kamera wykorzystująca technologię UltraPixel. Aparat ten robił świetne wrażenie rok temu, ale dziś nie zrywa już czapek z głów. Nie zrozumcie mnie źle: wciąż potrafi robić zdjęcia, które robią wrażenie, po prostu więcej dziś wymagamy. Jest bardzo dobrze, ale tak samo jak rok temu. Wspomnę jeszcze o bardzo szybkim łapaniu obrazów – zdjęcia zapisują się momentalnie, możemy strzelać całe serie, a telefon nawet się nie zachłyśnie – taki urok niewielkiej rozdzielczości. Podobnie jak poprzednio muszę pochwalić fakt, że One daje sobie nieźle radę kiedy mamy mało światła, ale tym razem z kolei odniosłem wrażenie, że w ostrym nasłonecznieniu stał się nieco nadwrażliwy w trybie auto. Oczywiście możemy pogrzebać w opcjach i ustawić czułość. Do tego dochodzi mnóstwo filtrów, tryb retuszowania zdjęć (powiększanie oczu i odchudzanie twarzy nie przestaje mnie bawić).

Największą nowością jest druga kamera z tyłu, która jednak nie robi zdjęć, a jedynie zapisuje ustawienia dotyczące głębi i perspektywy co pozwala nam ustawiać ostrość już po zrobieniu fotki. Dzięki temu możemy rozmyć tło, albo przeciwnie, skupić się na jakimś obiekcie na drugim planie. To ciekawe rozwiązanie i pozwala na całkiem przyjemną zabawę zdjęciami, zwłaszcza, że możemy zająć się tym na spokojnie, już po złapaniu obrazu.

Na słówko zasługuje przednia kamera, przy pomocy której HTC zdaje się chcieć konkurować z Samsungiem o miano „króla selfies”. Koreańczycy w pewnym momencie zasłynęli promowaniem Galaxy Note 3 jako najlepszego urządzenia do robienia zdjęć własnej twarzy, ale dziś to chyba jednak M8 należy się palma pierwszeństwa w tej materii. Przedni aparat robi selfie o rozdzielczości 5 megapikseli (GN3 i SGSV mają 2Mpx), co pozwala na uchwycenie naprawdę ostrych kadrów, więcej niż wystarczających na potrzeby portali społecznościowych (a tam przecież selfie lądują).

Wraz z telefonem do testów nie dostałem niestety słynnego i często chwalonego etui Dot View, więc na jego temat się nie wypowiem.

Co z tym One?

Podobnie jak poprzedni model, wersja M8 robi świetne wrażenie. Najnowszy flagowiec Tajwańczyków oczarowuje tym samym, co rok temu.. HTC One wydaje się różnić od poprzedniego modelu w szczegółach, w praktyce oferując prawie to samo: świetny design, niezłą baterię i topową wydajność. W tym roku dochodzi UnFocus (zmiana ostrości zdjęcia) i możliwość robienia super selfies. Niewiele. O ile poprzedni model był dzieckiem geniuszu (albo desperacji) i praktycznie nie mogłem się do niczego przyczepić, tak w tym roku piania z zachwytu nie stwierdziłem. Luźne przyciski, przeciętny jak na dzisiejsze standardy aparat, nieznaczne wydłużenie ramki i nieodpowiadająca mi osobiście decyzja o rezygnacji z przycisków dotykowych na dole obudowy sprawiają, że z czystym sumieniem wystawiam ocenę o oczko niższą niż rok temu. Jeżeli macie poprzedni model, to nie powinniście czuć parcia na zakup kolejnego. W przypadku osób przedłużających umowę abonamentową, albo szukających nowego, drogiego telefonu: rzućcie okiem na One M8. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że zakochacie się w tym smartfonie.