Gry wideo i sport mają wiele wspólnych elementów. Jednym z nich, jest to, że można inwestować pieniądze w akcesoria i chociaż nie zmienia to istoty rzeczy, to warto jest wydać trochę gotówki, jeżeli ją mamy. Przyjemniej jeździ się na rowerze za parę tysięcy złotych, niż na kozie pamiętającej jeszcze łapanki z lat 60-tych. Analogicznie: nie […]

Gry wideo i sport mają wiele wspólnych elementów. Jednym z nich, jest to, że można inwestować pieniądze w akcesoria i chociaż nie zmienia to istoty rzeczy, to warto jest wydać trochę gotówki, jeżeli ją mamy. Przyjemniej jeździ się na rowerze za parę tysięcy złotych, niż na kozie pamiętającej jeszcze łapanki z lat 60-tych. Analogicznie: nie musicie być pro-gamerami, żeby docenić przyjemność obcowania z porządną myszką, klawiaturą czy headsetem. O tej ostatniej części „garderoby” porozmawiamy dzisiaj.

Jeżeli gracie na komputerze, to potrzebujecie zestawu słuchawkowego. Możecie nie wiedzieć o tym, że go potrzebujecie, ale to nie zmienia faktu – potrzebujecie go. Naprzeciw zakupowym potrzebom klientów wychodzi nowy gracz. Firma, której raczej się w tym segmencie nie spodziewaliście. Kingston. Jak przebiegł akcesoriowy debiut znanego producenta pamięci?

Na Pierwszy rzut

Widać, że Kingston się stara. Od razu zwraca się uwagę na to, że HyperX Cloud są ślicznie zapakowane. Zazwyczaj tego typu kwestie pozostawiam raczej na boku, bo chociaż lubię ładne pudełka, to w gruncie rzeczy ich wygląd nie wpływa na długofalowe obcowanie z produktem. W tym przypadku robię wyjątek. Dlaczego? Po pierwsze, w środku znajdziemy krótkie podziękowania, za to, że wybraliśmy właśnie Kingstona. Po drugie, wszystko jest elegancko wyłożone gąbkami, a wyciągając kolejne elementy, czujemy się połechtani. „Właśnie nabyłeś produkt premium” te słowa zdają się wisieć w powietrzu. Wreszcie, dostajemy mnóstwo dodatków: wymienne gąbki na słuchawki (obite pluszem, zamiast skórą), pokrowiec na słuchawki, przedłużacze, rozgałęźniki, pilota… czego dusza zapragnie. Można się poczuć mile zaskoczonym, wręcz rozpieszczonym.

Klasyczne piękno

Przechodzimy do, wbrew pozorom, jednego z najważniejszych elementów, które bierze się pod uwagę, wybierając headset do grania. Wygląd. Jakby nie patrzeć, kiedyś możemy znaleźć grę, w której będziemy naprawdę nieźli, a podczas wyjazdów na pierwsze LAN-y trzeba się jakoś prezentować. Zupełnie poważnie mówiąc – headsety to elektronika użytkowa, miło jest wiedzieć, że wydało się pieniądze na coś ładnego.

Producent postawił na klasykę. Muszle są wypukłe i pozbawione ostrych zakrzywień, obecne często w produktach konkurencji. HyperX Cloud bliżej designem do sprzętu dla audiofila, niż produktom chociażby Steelseries czy Razer. Nawet mikrofon jest odczepiany, a wejście na niego można zasłonić zaślepką. Dominującą czerń wypełniono czerwonymi, a właściwie prawie bordowymi akcentami. Proste, sensowne połączenie. Żeby uniknąć monotonii, projektanci użyli różnych materiałów – mamy plastik, skórę i gumę. Wszystko ładnie się uzupełnia. Ogólnie rzecz ujmując – brak odwagi powetowano dbałością o detale.








Brzmi, no bo co ma nie brzmieć? Leży, bo jak ma nie leżeć?

Jeżeli chodzi o jakość dźwięku, to dostajemy mniej więcej to, czego można się spodziewać. Jakość. Bardzo wysoką jakość. Pasmo przenoszenia jest dosyć szerokie, bo od 15 do 25 000 Hz. Zestaw gra bardzo głośno i dosyć długo zachowuje czystość – dopiero kiedy podkręcimy go na maksa całość zaczyna się lekko spłaszczać. Porównywałem je na miejscu głównie do moich prywatnych SteelSeries Siberia v2 – wersja na USB (ta sama półka cenowa). Te drugie grają odrobinę lepiej. Są głośniejsze i oferują bogatsze brzmienie. Słychać to jednak dopiero, kiedy rozkręcimy obydwa zestawy na maksa – w codziennych zastosowaniach są porównywalne.

Jeżeli chodzi o bezpośrednią konkurencję, to warto wspomnieć jeszcze, że HyperXy świetnie/lepiej wyciszają. Możemy je mieć na uszach, podczas gdy grają cicho i być odizolowanymi, albo puścić je „na maksa” u siebie i nie przeszkadzać innym. Jeżeli chodzi o mikrofon, to co prawda na papierze Siberie są tutaj górą, ale w praktyce gąbka robi swoje i dzięki temu Kingstony nie „pierdzą”, czego nie można powiedzieć o głosie nagranym drugim mikrofonem.

Ostatnia sprawa – wygoda. Pod tym względem Cloudy są moim zdecydowanym faworytem. Gąbka jest idealnie gruba i miękka, uszy się nie gniotą, a skóra (czy też wyrób skóropodobny, nie wnikam) jakimś cudem oddycha – nie musimy się martwić o to, że zaczniemy się pocić. To jedne z tych słuchawek, które możecie mieć na głowie godzinami i nie czuć ich obecności. Są po prostu przyjemne.

Podsumowanie

W tej chwili na rynku zestawów słuchawkowych dla graczy na wysokiej półce leżą głównie produkty dwóch firm: Steelseries i Razer. Przebić jednak próbują się również inne marki, jak Roccat czy Tesoro, nie wspominając o wielu innych, mniejszych pretendentach. Rynek może nie być wkrótce tak chłonny, jak ma na to nadzieję Kingston. Ich słuchawki nieco wyróżniają się na tle konkurencji – są klasyczne, zwraca też uwagę jakość wykonania, nie do przecenienia jest wygoda. Z drugiej strony, są nieco za drogie w stosunku do tego, co oferują – w tej cenie można już znaleźć nawet modele oferujące dźwięk 7.1, z kolei 5.1 jest możliwe, nawet jeżeli zdecydujemy się na drogie przecież z definicji produkty Razera. Tymczasem Kingston życzy sobie za swój zestaw aż czterysta złotych. Dużo. Moim zdaniem za dużo, żeby się przebić, nawet oferując przyjemne wrażenia i zapaszek „premium”. Gdyby grały ociupinkę lepiej i oferowały dźwięk przestrzenny, polecałbym każdemu, a tak Cloudy pozostają produktem dla wybrednych, ale nie wymagających. Headset robi robotę głównie tym, że jest niewiarygodnie wygodny. Jeżeli chodzi techniczną stronę, to sprzęt jest dobry, ale nie aż tak dobry, jakby się chciało, żeby był. Mi osobiście Cloudy bardzo przypadły do gustu, ale to pewnie dlatego, że lubię rzeczy ładne i przyjemne.