Marvel's Iron Fist
6

Ten serial Netflix nareszcie ma ręce i nogi. Recenzja 2. sezonu Iron Fist

Pierwszy sezon serialu Iron Fist był dla mnie jednym z największych netfliksowych rozczarowań ubiegłego roku. Wygląda jednak na to, że nawet taką padakę można odratować i drugi sezon jest tego doskonałym przykładem.

Marvel idzie bardzo szeroko jeśli chodzi o swoje filmowe uniwersum. Z jednej strony regularnie wypuszcza duże kinowe hity, z drugiej inwestuje w serialowe produkcje, przedstawiając nam „mniejszych” bohaterów. Wszystko jednak gdzieś się zazębia, szczególnie jeśli chodzi o ekipę urzędującą w Nowym Jorku. Dostaliśmy więc świetnego Daredevila, naprawdę udanego Punishera, ale były też przecież przygody Jessici Jones i Luka Cage’a – dodatkowo wszystko spięto w rozczarowującym The Defenders. No właśnie – rozczarowanie nie zostało tu użyte przypadkowo. W ubiegłym roku zmarnowałem czas oglądając pierwszy sezon serialu Iron Fist, do którego to określenie pasuje pasuje wręcz idealnie. A teraz Was zaskoczę, bo w porównaniu z jedynką, drugi akt opowieści o nieśmiertelnym wojowniku jest naprawdę dobry.

Było wesoło i słonecznie, jest smutno i ponuro

Jedną z największych zmian względem pierwszego sezonu Iron Fist widać już w pierwszym odcinku nowej serii. Pamiętacie uśmiechniętego, wesołego Danny’ego Randa, który wrócił z przymusowego zamknięcia w K’un-Lun i łapał nowojorskie słońce jakby nie było jutra? Przy całym skomplikowaniu sytuacji, w którą wdepnął, był pełen optymizmu, przyklejony uśmiech nie schodził z jego chłopięcej twarzy, a naiwność jego postaci sprawiała wrażenie przerysowanej. Czy taki był zamysł twórców? Obstawiam, że tak, ale finalny efekt trudno przetrawić niezależnie od tego, czy znaliście Iron Fista z komiksów, czy był to kompletnie obcy bohater.

Jeśli chodzi o klimat, drugi sezon w niczym nie przypomina pierwszego. I tak naprawdę spinają go tylko bohaterowie oraz wydarzenia – bo te z sezonu pierwszego stanowią podwalinę opowieści, która w dwójce jest po prostu kontynuowana. Kiedy jednak rok temu wszystkie pokazane na ekranie postacie wydawały się zbyt płaskie i nijakie, drugi sezon przestawia je w zupełnie innym, zdecydowanie ciekawszym świetle. Praktycznie każdy z bohaterów ma już swoją ciemną stronę, która cały czas walczy z sumieniem, starając się zepchnąć świadomości w otchłań. Niektórzy z głównych bohaterów zmieniają strony – choć może byli tam już od samego początku, ale twórcy serialu nie potrafili dać widzom odpowiednich wskazówek?

Te wszystkie zabiegi bardzo dobrze spinają się z „nową” wizją Nowego Jorku, który nie jest już skąpany w słońcu jak wcześniej. Miasto stało się ponurym miejscem, w którym o wpływy walczą chińskie Triady – Ręka została wyeliminowana, ale została po niej pustka, którą każda z organizacji przestępczych stara się zapełnić swoimi wpływami. Dzierżący moc Nieśmiertelnego Iron Fista Danny Rand stara się więc walczyć o sprawiedliwość i nie dopuścić do otwartej wojny między gangusami. Wymyka się w nocy z ciepłego łóżka by wypełnić obietnicę daną Daredevilowi i pilnować miasta. Ale czy czasem nie chodzi o samą Żelazną Pięść i adrenalinę płynącą w żyłach za każdym razem gdy dłoń staje się pomarańczowa? Czy aby wielka moc nie jest jak narkotyk, który wysysa z duszy wszystko co dobre, uzależniając od ekscytacji dawanej przez każdorazowe użycie mocy? Te pytania serial stawia już w pierwszych odcinkach, niejako spychając na bok pozostałe postacie, takie jak wciąż tajemnicza partnerka bohatera – Colleen Wing. Później okazuje się jednak, że jej wątek ma dla opowieści kluczowe znaczenie, podobnie jak jej wewnętrzne demony i przeszłość, którą podobno zostawiła za sobą.

Ponownie będziecie też patrzeć na Warda i Joy Meachum, którzy nie są już idealnym rodzeństwem. Tak naprawdę to nigdy nie byli, ale dopiero teraz zobaczymy ich lęki, pragnienia i skrywane wcześniej emocje. Twórcom udało się tym razem pokazać różne oblicza tego osobliwego duetu, sięgnąć w ich przeszłość, na bazie której stali się bezwzględnymi biznesmenami. Najważniejsze jest jednak to, że wreszcie pokazali swoje ludzkie oblicze, jakie by ono nie było.

Iron Fist sezon 2

Na szczególną uwagę zasługują jeszcze dwie postacie – Davos, przyszywany brat Iron Fista, który wraz z nim trenował w mitycznym K’un-Lun. Uwierzylibyście, że to właśnie on stanie się największym „złolem” serialu? Niespecjalnie przypadła mi do gustu gra aktorska Sacha’y Dhawana, wydała się zbyt przerysowana – jednak sam bohater jest zdecydowanie wart uwagi. Najlepiej pokazana przemiana antybohatera? No niezbyt, ale doceniam, że twórcy serialu podjęli się trudnego zadania przedstawienia, jak wewnętrzne słabości, pragnienia i żal potrafią zniszczyć nawet najbardziej prawy kodeks moralny człowieka.

Świetnie zagrała natomiast wcielająca się w tajemniczą Mary Walker – Alice Eve. Bohaterka cierpli na rozdwojenie jaźni – aktorka musiała więc zagrać tak naprawdę dwie postacie i zrobiła to koncertowo. Różni je wszystko, od mimiki twarzy, przez ruchy aż po głos – brawo.

Ja jestem King Bruce Lee Karate Mistrz

Bardzo przypadły mi też do gustu sceny walki. Powiedzmy sobie szczerze, większość tych z pierwszego sezonu nie dawała rady i mocno odstawała chociażby od Daredevila. Było to o tyle smutne, że przecież Iron Fist jest mistrzem kung-fu, tymczasem odniosłem wrażenie całkowitego zaniedbania tego elementu. Tym razem błędu nie popełniono i choć nie są to może najlepsze sceny walki w historii seriali, ale bardzo przyjemnie się na nie patrzy.

Ogrywający główną rolę Finn Jones nie jest już taką drewnianą kaleką i pozwala wreszcie uwierzyć, że trenował długie lata pod okiem mnichów. Obstawiam hektolitry potu przelane na sali treningowej, ale też… odpowiednie dopasowanie choreografii walk do jego umiejętności i możliwości fizycznych. Progres zaliczyła też wcielająca się w Colleen Wing, Jessica Henwick. Dużą rolę w tej zmianie odgrywa jednak ciekawsze rozpisanie scen, lepsze kadry i większa dynamika przy montażu. Nareszcie jestem w stanie uwierzyć, że to serial o wojownikach. Brawo.

Werdykt

Recenzja drugiego sezonu Iron Fist pojawiłaby się na Antywebie wcześniej gdybym ja miał więcej odwagi i zdecydował się w ten sposób spędzić wolne wieczory. Ale kiedy przypomniałem sobie jedynkę, palec wędrował na pilota, a ja starałem się przeklikać jak najdalej od miniaturki marvelowskiej opowieści. Pomyślałem jednak, że najwyżej odpuszczę po pierwszym odcinku, a potem się okazało, że chcę obejrzeć kolejny…i kolejny.

Drugi sezon Iron Fist nie trafi na moją listę najlepszych seriali Netflix, ale w porównaniu z pierwszym jest naprawdę udany i jeśli jesteście fanami Marvela, warto poświęcić czas tym 10 odcinkom. Bohaterowie są dojrzalsi, a ich przygody oglądałem bez uczucia zażenowania. Sceny walki zrealizowano lepiej, ale przede wszystkim pokazano zdecydowanie ciekawszą historię – zrobiono to też zgrabniej, opowieść jest bardziej spójna. Niestety z poleceniem Iron Fist na Netflix wciąż mam duży problem. Oglądanie drugiego sezonu bez znajomości pierwszego nie ma sensu, a ja zwyczajnie nie mam serca namawiać Was do zapoznawania się ze słabizną, którą wypuszczono w ubiegłym roku. Jeśli jednak jakoś wymęczyliście tamte odcinki i skreśliliście przygody Danny’ego Randa, obejrzyjcie drugi sezon serialu. Bo to bardzo dobry przykład tego, że również na rynku seriali, z porażki można wyciągnąć lekcję. Drugi sezon Iron Fist jest taki, jaki serial powinien być od początku. Wciąż daleko mu do Daredevila i Punishera, ale tym razem wstydu nie ma.