20

Recenzja 1917. Upiorny, przytłaczający i poruszający koszmar I Wojny Światowej

Amerykanizm zdominował wojenne kino. Nawet debiutująca ostatnio Dunkierka, mimo, że w pewnym stopniu europejska była przepełniona patosem wylewającym się z ekranu. W 1917 wojna jest niepokojąco statyczna i przytłaczająca, ale nie ma w niej za grosz idei. Czy to jednak czyni ten film wyjątkowym?

I Wojna Światowa raczej rzadko staje się tłem dla filmowych opowieści. Trudno się dziwić. Skupione na walce w okopach bitwy nie były tak widowiskowe, jak blitzkrieg, powietrzne starcia o Anglię czy amerykańskie operacje na Pacyfiku. 1917 od samego początku zatem zyskuje na wyjątkowości jako jedna z nielicznych produkcji, w której spróbowano pokazać życie w okopach. I właśnie tak zaczyna się film. Z zielonej, malowniczej łąki szybko trafiamy do miejsca, gdzie stacjonują brytyjscy żołnierze.

Główni bohaterowie, szeregowcy Schofield (George MacKay) i Blake (Dean-Charles Chapman) otrzymują od dowództwa bardzo ważne zadanie – dostarczyć rozkaz odwołania ataku na rzekomo wycofujących się Niemców. Otóż wróg wcale nie ucieka, a jedynie sprawia takie wrażenie, aby wciągnąć stacjonujących dzień drogi stąd 1600 angielskich żołnierzy w pułapkę. Wśród nich jest brat Blake’a, co też prawdopodobnie jest przyczyną, dlaczego to właśnie jego wybrano do wykonania tej misji. Schofield staje się tym samym bohaterem z przypadku – nieświadomy niczego Blake bierze go ze sobą jeszcze przed otrzymaniem rozkazów. To jednak on, w miarę rozwoju akcji odegra tutaj pierwsze skrzypce.

Tym sposobem rozpoczyna się nasza podróż. Dosłownie podróż, bowiem film jest przepełniony długimi ujęciami kamery podróżującej wraz z bohaterami. W sztuce filmowej nazywa się to mastershotem – podobno cały film zrealizowano na jednym długim ujęciu, ale to raczej chwyt marketingowy, bo cięcia są zamaskowane. Płynny ruch kamery pokazuje Blake’a i Schofielda idących przez okopy. Mijają kolejnych żołnierzy. Jedni śpią przykryci derkami. Inni piszą listy. Ktoś gdzieś kopie. Życie w okopie nie jest szczególnie dynamiczne ani ciekawe, ale napięcie rośnie z każdym kolejnym krokiem. W okopach bliżej frontu są ranni. Ludzie stają się nerwowi i porywczy. Poczucie beznadziei przekształca się w pewną formę desperacji graniczącej z rezygnacją.

Blake i Sco nie mają prostego zadania. Ich droga wiedzie przez ziemię niczyją, linię frontu i… niemieckie okopy. Zdaniem dowództwa opuszczone, ale nikt tak naprawdę nie wie, czego mogą się tam spodziewać. I dopiero tutaj twórcy pozwalają nam doświadczyć okrucieństwa i koszmaru wojny. Przy czym wojna w 1917 jest wręcz upiorna. Ziemia niczyja jest bowiem jak cmentarz, a to nie jedyny moment w całym filmie, gdzie towarzyszyć nam będzie podobne odczucie. Jest one momentami do tego stopnia realistyczne, że siedząc w kinie widz ma wrażenie, jakby sam czuł to błoto na stopach czy fetor rozkładających się zwłok. Poziom imersji potęguje wspomniana już kamera, która sprawia, że niemal widzimy wszystko oczami bohaterów.

Nie ma tutaj żadnego patosu. Ludzie giną bez większego sensu, bo o ich życiu decydują inni ludzie – wyżsi stopniem – którzy niekoniecznie wiedzą, co robią. A cały ten konflikt jest pozbawiony jakiejkolwiek idei – co zresztą wyraźnie dają do zrozumienia sami bohaterowie, tak główni jak i poboczni. Pozbawieni jakiegokolwiek entuzjazmu żołnierze wielokrotnie wspominają o powrocie do domu. Wizja ta jest dla nich równie odległa co niepewna.

W 1917 do ekranu jednak najbardziej przykuwają widza zdjęcia (tu ukłony należą się fenomenalnemu Rogerowi Deakinsowi) i scenografia. Sposób prowadzenia narracji oparty o płynne, długie ujęcia kamery połączony z wąskimi kadrami buduje napięcie. Przez dobrych 15-20 minut w filmie nie wydarza się nic, a i tak siedziałem jak zahipnotyzowany, zwracając uwagę na każdy detal i szczegół. Ale to napięcie nie eskaluje w nieskończoność – w końcu dochodzi do eksplozji, wystrzału, zwrotu akcji. Na ogół towarzyszy mu też cięcie w długim ujęciu, które błyskawicznie wybudza widza z tej hipnozy. Pod tym względem 1917 to majstersztyk.

Ale też wiele dobrego trzeba powiedzieć o grze świateł, która szczególnie mocno daje się we znaki w scenach nocnych. Biegnący przez oświetlane co chwila flarami ruiny miasta Schofield to widok wręcz spektakularny. Przez chwilę wydaje się, że uciekł spod luf wrogich żołnierzy, kiedy nagle znikąd pojawiają się kolejni. Dramatyczna ucieczka doprowadza bohatera na skraj rozpaczy. Którą za chwilę koi anielski głos gdzieś w oddali. 1917 umie grać na emocjach widza i robi to bardzo skutecznie. Napięcie i niepokój przeplatają się z chwilami nadziei i wzruszenia. Przy czym to wszystko jest tutaj dość przyziemne. W 1917 nie uświadczymy patetycznych momentów nadających większe znaczenie cierpieniu i walce o przetrwanie dwóch młodych szeregowców. Świat jest okrutny. Wróg jest wrogiem i nie zmienia się to nawet, gdy jakiś idealista postanowi uratować mu życie.

Nie da się oprzeć wrażeniu, że film wykorzystuje bardzo proste instrumenty do tej wspomnianej gry na emocjach. Momentami też całość nieco za mocno się odrealnia. Widowiskowy bieg przez ruiny to faktycznie uczta dla zmysłów. Ale już widok Niemców strzelających gorzej niczym szturmowcy z Gwiezdnych Wojen wywołuje tylko pobłażliwy uśmiech na twarzy. Takich absurdów jest w filmie kilka. Raz ktoś ginie od jednego dźgnięcia nożem, a innym razem cudem unika postrzelenia. Można do nich też zaliczyć absolutną bierność postaci epizodycznych. Momentami trudno się oprzeć wrażeniu, że są jak roboty – wykonują rozkazy, nic nie wiedzą i w niczym nie mogą pomóc. Ale może taki też był zamysł twórców. Rozczarowująca jest też scena, gdzie Schofield spotyka ukrywającą się w ruinach francuską dziewczynę – można by ją całkowicie wyciąć, bo nic nie wnosiła do całości, a była infantylna i płytka.

Dbałość o techniczne detale i budowanie sugestywnego nastroju momentami sprawiają, że grający główne postaci George MacKay i Dean-Charles Chapman momentami stają się jedynie tłem dla piekła wojny, jakie prezentuje film. Nie można im jednak odmówić talentu, bo w chwilach, kiedy jest to potrzebne pokazują emocje i determinację w sposób chwytający za serce. I ta siła woli na swój imponujący sposób jest jednym z niewielu elementów człowieczeństwa w 1917.

Nie jest to produkcja, po której obejrzeniu będziemy żywo dyskutowali. Film przytłacza, czyni ludzi nieco bardziej posępnymi i zmusza do pewnych refleksji. I być może trudno go nazwać pacyfistycznym manifestem przez wzgląd na bark jakiegokolwiek patosu wewnątrz, to przesłanie twórców daje się odczytać bardzo łatwo. Opakowaniem dla tego przesłania jest filmowe dzieło sztuki, czego doskonałym dowodem są 4 złote globy i aż 10 nominacji dla produkcji Sama Mendeza. Zdecydowanie warto przekonać się o tym na własne oczy.

Ocena: 8/10