30

PWN podało, ale nie podało młodzieżowego słowa roku. Tak trzeba było od razu

PWN w końcu wybrnęło z impasu, jakim jest konieczność rozstrzygnięcia konkursu na Młodzieżowe Słowo Roku. Konkurs nie ma wyniku. Ale tylko oficjalnie.

W ostatnich dniach byliśmy świadkami dosyć niecodziennej sytuacji. Oto teoretycznie nic nie znaczący konkurs, organizowany bardziej „dla funu” stał się areną walki i przepychanek prowadzonych tak zażarcie, jakby od tego co najmniej zależało czyjeś życie. Z nieukrywanym smutkiem obserwowałem, jak konflikt zaognia się do niespotykanych rozmiarów i jak kapituła konkursu nie potrafi absolutnie poradzić sobie z wizerunkowym kryzysem, który sama na własne życzenie sprokurowała. Dziś cała sytuacja ma swój (miejmy nadzieję) koniec. A o co w ogóle chodziło?

O tym, jak PWN próbowało wygrać z internetem…

Zanim zaczniemy warto przytoczyć nieco historii. Ideą MSR (Młodzieżowego Słowa Roku) jest promowanie ciekawych neologizmów używanych przez młodzież. Idea bardzo, moim zdaniem, fajna i potrzebna. Zgłoszenia przysyłają internauci, ale finalną decyzję ma jury. Ma to służyć wyeliminowaniu słów np. obraźliwych oraz odnoszących się do konkretnych osób/organizacji. Jak najbardziej jest to słuszne podejście. Szkoda tylko, że w czteroletniej historii plebiscytu jury samo zdążyło złamać własne zasady kilka razy. W 2017 r. jury wyróżniło (choć nie musiało) stwierdzenie „odjaniepawlić”, definitywnie odnoszące się do konkretnej osoby. W 2018 r. wygrał „Dzban”, który, jeżeli jeszcze nie zestarzałem się na tyle by być „dziadersem”, jest stwierdzeniem używanym by kogoś obrazić/zdyskredytować. Jak widać więc, reguły konkursu to tylko luźne wskazówki. Takie podejście wybuchło jury w twarz, kiedy ktoś wpadł na pomysł, by masowo zgłaszać do konkursu konkretne słowa, licząc na to, że z jego wyników zrobi się polityczny „manifest młodych ludzi”.

I tak oto po social mediach krążył gotowy schemat zgłoszenia (słowo+wyjaśnienie) i instrukcja, jak zagłosować na słowo „Sasin”. Obok tego o laur walczyło m.in. „w******ć” czy „***** ***” – polityczne manifesty, które ze względu na swoje wulgarne i obraźliwe koneksje nie miały szansy na bycie chociażby rozpatrywanymi przez jury. Jednak komisja PWN zrobiła w tym momencie najgorsze, co mogła. Przyczepiła się do jednego słowa, które MSR akurat miało szansę zostać – Julka z Twittera. Słowo mające wyrażać wiarę w pewne liberalne wartości przy kompletnym zamknięciu na dyskusję i argumenty. Słowo (moim zdaniem) nie bardziej obraźliwe niż „dzban” nie spodobało się komisji, która postanowiła je również odrzucić. W ten sposób wyszło, że w konkursie zorganizowanym przez PWN , samo PWN nie bierze pod uwagę żadnego z topowych zgłoszeń. No i się zaczęło.

… a internet wygrał z PWN

Internet się zagotował i to zareagował w typowy dla siebie sposób. Do PWN popłynęły zgłoszenia nowego słowa – „spewuenić” – przestraszyć się konsekwencji własnych działań/nie uznać demokratycznych wyników konkursu ponieważ nie zgadzają się one z ideologią autora konkursu. O ile wyniki konkursu nigdy nie były demokratyczne (o czym pisałem wcześniej), o tyle pierwsza definicja może być już dosyć trafna. PWN nie chciało grać wedle własnych zasad i internet to bardzo boleśnie wytknął. Pomimo tego, że PWN nie miało nic wspólnego z bieżącą sytuacją polityczną w kraju samo stwierdziło, że stanie po jednej ze stron barykady. Kryzys, którego instytucja chciała uniknąć tylko się zaognił, a organizatorzy nie potrafili go ugasić. PWN dostał najpierw szach, a teraz – mat.

To skłoniło PWN do ogłoszenia, że w tym roku wyników nie będzie. Nie znaczy to, że Młodzieżowe Słowo Roku nie zostało wybrane. Zostało, ale… nieoficjalnie.

PWN zrobiło to, co powinno od samego początku

Kapituła konkursu nie wyłoniła Młodzieżowego Słowa Roku, jednak w krótkim oświadczeniu zdecydowała się podać, jakie zgłoszenia najczęściej wpływały do PWN. Cytując oświadczenie na ich stronie:

Na pierwszym miejscu znalazło się nazwisko polityka na S oraz słowa od tego nazwiska utworzone. Na drugim miejscu jest nazwa stygmatyzująca popularne imię żeńskie, którego zwycięstwo wykluczyliśmy tydzień temu, na trzecim miejscu jest czasownik pochodzący od nazwy instytucji organizującej plebiscyt, wyrażający sprzeciw uczestników wobec naszej decyzji. Na czwartym i piątym miejscu są hasła znane z ulicznych demonstracji zawierające słowa wulgarne na W oraz J (drugie hasło symbolizowane jest często przez osiem gwiazdek).
Słowa, które znalazły się na pięciu pierwszych miejscach, są sprzeczne z regulaminem plebiscytu, na mocy którego eliminuje się określenia wulgarne, obraźliwe, nawołujące do nietolerancji, odnoszące się do konkretnych osób (w tym nazwiska).
Z tych powodów kapituła plebiscytu nie wskazała zwycięskiego słowa roku 2020.

Zastanawiam się, co broniło PWN przed ogłoszeniem takich wyników na samym początku. Tak jak wspomniałem – Młodzieżowe Słowo Roku to nie rozdanie Oscarów, „nikt z tego strzelał nie będzie”. To zabawa, która powinna zostać przerwana, jeżeli jedna ze stron nie chce bawić się według ogólnie przyjętych zasad. Ktoś w PWN powinien wiedzieć, że idąc na starcie z internetem PWN tylko naraża się na ośmieszenie. Gdyby konkurs przerwano na początku i podano tylko ile było poszczególnych zgłoszeń byłby wilk syty i owca cała. „Sasinowcy” mieliby swoją „wygraną” którą i tak by dostali, a PWN oficjalnie odcięłoby się od sprawy. A tak – słowo „Sasin” i tak wygrało w umysłach tych, którzy je zgłaszali oraz wszystkich, którzy czytają to oświadczenie, PWN się skompromitowało i musiało umieścić na liście słowo odnoszące się do samej instytucji, a dodatkowo znalazła się tam niechciana przez nich Julka i dwa przekleństwa. Czyli wszystko, co stoi w sprzeczności z ideą i regulaminem konkursu.

Niestety, ale taka wizerunkowa kompromitacja nie wróży dobrze kolejnym plebiscytom. Internet pokazał, że nie trzeba dużo wysiłku by storpedować ten konkurs, więc obawiam się, że przy kolejnym konkursie MSR sytuacja może się powtórzyć. A szkoda, bo całkowicie wypacza to ideę jaka stała za plebiscytem.

Źródło