ciemna przestrzeń
25

Oglądam filmy i seriale sci-fi z dzieciństwa i… śmieje się do rozpuku

Zaczęło się niewinnie, bo od oglądania starych reklam z lat 90-tych. Nie jestem szczególnie wiekowy w porównaniu chociażby do czytelników Antyweba, ale trafiłem na okres, który dosłownie rozkwitł nam kilkoma dobrymi produkcjami sci-fi, nie tylko z Polski. I wiecie co? Wiedząc o tym, co dzieje się teraz mam dosłownie ubaw po pachy obserwując starania filmowców w przewidywaniu przyszłości.

Najbardziej jaskrawym przykładem kompletnego niezrozumienia, w jakim kierunku powinna iść technologia (a nawet tego, jak działają na przykład komputery) jest polsko – niemiecki WOW. Początek lat 90-tych to wręcz zachłyśnięcie się bogatym, pięknym zachodem stanowiącym od upadku komunizmu dla Polski wzór naśladowania właściwie w każdym względzie. Już przed Okrągłym Stołem wzdychaliśmy do wolności uosabianej przez amerykańską flagę – po nastaniu demokracji wreszcie mogliśmy zacząć realizować nasze marzenia. To również objawiało się w popularnych wtedy produkcjach.

WOW natomiast to „baśń na elektronicznych sterydach”. To wręcz sztandarowy przykład tego, jak przez 50 lat roztaczania nad Polską czerwonego sztandaru było nam tęskno do zachodnich, wolnościowych (jak nam się wtedy wydawało, hehe) wartości. Otóż, bohaterowie mimo, że zasuwają po polsku, to mają dziwnie obcobrzmiące imiona. Akcja toczy się w fikcyjnej miejscowości Laurentine we Francji. W kadrach widzimy… angielską budkę telefoniczną, a akcja toczy się wokół komputerów i wirusa, który uwalnia się z wirtualnej przestrzeni i zaczyna żyć w naszej rzeczywistości. Znamienna dla mojego tekstu jest jedna z pierwszych scen, kiedy to Wojciech Malajkat odgrywający Mata Kely’ego próbuje „złapać” buga w komputerze. Ten sobie fruwa po ekranie i należy go… dosłownie ująć. To oczywiście nie ma żadnego związku z tym, jak wyglądają prawdziwe błędy w oprogramowaniu (w tym momencie programiści najpierw robią soczystego facepalma i pod nosem stwierdzają: „meh…”). Jeżeli mielibyśmy brać ów serial jako „pieśń przyszłości”, to zapewne okazałoby się dzisiaj, że… właściwie jesteśmy w przedsionku momentu, w którym taki scenariusz hipotetycznie mógłby się zdarzyć. Wyobrażacie sobie samoświadomego wirusa komputerowego? Jak dla mnie, taka wcale nie byłaby ciekawa.

potwór-śmiech, grafika

Co tam WOW. Ja za młodzika śliniłem się do Pontiaca Trans Am w „Nieustraszonym

Jak kiedyś będę mieć dużo pieniędzy i sporo wolnego czasu, to zamiast kupować sobie Passata z silnikiem 1.9 TDI (silnik mocno szanuję, podobnie jak 1.4 8V i 1.6 MPI), sprawię sobie właśnie takie auto. Oczywiście, jeżeli jakiekolwiek będzie się nadawało do tego, żeby je kupić i ewentualnie nieco odrestaurować. Pamiętam wakacje i oczekiwanie na „Nieustraszonego” w telewizji. A jak się serial skończył, wychodziłem przed pokomunistyczny blok i z niesmakiem gapiłem się na jednego Uno Fire, Opla Kadetta, tabun Maluchów, Żuka i Nyskę. Samoświadome auto – to było naprawdę coś!

Mechaniczny z głównych bohaterów tego serialu – KITT napędzany był elektrycznie oraz za pomocą wodoru. Miał do dyspozycji szereg czujników potrzebnych do tego, aby prowadził się sam. Potrafił także podejmować samodzielne decyzje i wspierać w działaniach pięknego jeszcze wtedy Hasselhoffa. Po ponad trzydziestu latach od nakręcenia ostatniego odcinka tego serialu (nie liczę jego nowszych wersji) po świecie zaczynają jeździć autonomiczne samochody, a wszystko wskazuje na to, że z benzynką i ropą poczniemy się rozstawać. Mało tego, w autach funkcjonują także wirtualni asystenci. Okazuje się, że twórcy tego serialu zbyt wiele się nie pomylili. No, może wyrzutnie rakiet i moduł niewidzialności nie będą standardem na drogach…

long beach comic expo 2012 k.i.t.t

Śmieję się i… boję jednocześnie

Oczywiście nie twierdzę, że stojący za tymi serialami ludzie mieli patologiczną potrzebę przepowiadania przyszłości. Bardziej zależało im zapewne na bawieniu widzów – jakkolwiek miałoby się to nie kłócić (lub nie) z rzeczywistością, lub niedaleką przyszłością. Do dzisiaj nie doczekaliśmy się miecza świetlnego, teleportacja człowieka to w dalszym ciągu pieśń przyszłości, a zbadanie tego, co jest poza granicą wszechświata jest poza naszym zasięgiem. Nie wiadomo, czy w ogóle to jest możliwe i tym bardziej nikt nie zastanawia się, w co też może się zmienić materia biologiczna po przekroczeniu „magicznej, zielonej linii” oddzielającej nas od tego, co pozakosmiczne. (jeżeli ktoś nie rozumie tego fragmentu, podpowiadam: GIT Produkcja).

Pewne jest natomiast to, że tylko pozornie świat się nieznacznie zmienia. Zauważcie – nie mamy deskolotek, nie naparzamy się mieczami świetlnymi i nie korzystamy powszechnie z broni laserowej. Rewolucja odbyła się na tych polach, które są dla ludzkości potrzebne i użyteczne. Wymiana informacji, komunikacja, możliwość załatwienia swoich spraw bez wychodzenia z łóżka. Moim rodzicom kiedyś w głowach się nie mieściło, że człowiek będzie w stanie pracować w domu, a efekty jego pracy będą widzieć miliony czytelników. Podobnie jak i to, że możliwe będzie zapłacenie wszelkich rachunków bez pojawienia się w banku, czy na poczcie. A już mało kto się spodziewał, że zaczną niepodzielnie rządzić ekosystemy usług zamknięte w naszych zawsze dostępnych asystentach – telefonach komórkowych. To zdecydowanie wykroczyło nie tylko poza inwencję twórców treści kultury, ale i typowo ludzkie wyobrażenia przyszłości.