2

Przykład Moskwy pokazuje, że z Ubera można zrobić zwykłą korporację taksówkarską

Tydzień bez Ubera, tydzień stracony. Zazwyczaj piszę o tej firmie w polskim, amerykańskim lub zachodnioeuropejskim kontekście, tym razem będzie wycieczka na Wschód. Jednak nie ten Daleki (tam też znajdziemy popularną aplikację) - zaglądamy do stolicy Rosji. Moskiewscy urzędnicy postanowili, że nie będą bawić się z kierowcami i firmą w kotka i myszkę, postawili sprawę jasno: albo działacie na naszych warunkach albo w ogóle. Chyba podziałało.

Pewnie spora część z Was pamięta obrazki z Francji, w której kilka kwartałów temu doszło do mocnego oporu przeciw działalności Ubera w tym kraju. Zablokowane ulice, demolowane samochody, płonące opony, bici ludzie, potyczki z policją – było naprawdę gorąco. Ale przeciw Uberowi protestowano nie tylko we Francji – przecież w naszych miastach taksówkarze też wyrażali niechęć do amerykańskiej firmy i osób z nią współpracujących. O protestach w Moskwie nie słyszałem. Możliwe, że były, lecz nie trafiłem na takie info.

Inaczej jest z doniesieniami na temat porozumienia między miastem i firmą. Porozumienia, które ma „unormować” funkcjonowanie Ubera. Urzędnicy kilka tygodni temu postawili ultimatum: albo zgadzacie się na nasze warunki albo miasto postara się zdelegalizować tę usługę. O jakich warunkach mowa? Najważniejszy jest taki, że firma będzie mogła współpracować jedynie z licencjonowanymi taksówkarzami. Drugi dotyczy danych – firma musiałaby przekazywać informacje o przemieszczaniu się samochodów podpiętych do systemu. Miasto przekonuje, że dzięki temu poprawi się wiedza w zakresie ruchu w aglomeracji i łatwiej będzie wprowadzać zmiany. Pewnie szybko pojawią się głosy, że nie tylko o płynność ruchu tu chodzi…

Uber przystał na te żądania. Okres przejściowy ma wynieść 90 dni, potem rozpocznie się funkcjonowanie wedle ustalonych zasad. Czy to powinno dziwić? Sama aglomeracja moskiewska to kilkanaście milionów osób, olbrzymia liczba potencjalnych klientów. Plany korporacji dotyczące Rosji nie kończą się też na rosyjskiej stolicy – usługa ma się pojawić w kolejnych miastach – tych z liczbą mieszkańców powyżej miliona jest w kraju kilkanaście. Utrata takiego rynku to kłopot. Dlatego nie dziwi, że Uber postanowił się dogadać. Chociaż jestem trochę zaskoczony tym, że firma poszła na ustępstwa tak szybko. Najwyraźniej biznes dojrzewa.

A to oznacza, że Uber nie będzie już przeciągał liny z władzami i urzędnikami, sprawdzał, jak daleko można się posunąć. Jednocześnie staje się coraz bardziej widoczne, że firma zamienia się w… zwyczajną korporację taksówkarską. Jeżeli w Moskwie będzie mogła współpracować jedynie z licencjonowanymi kierowcami, to koniec z dorabianiem przez studentów, emerytów czy osoby zatrudnione w innych branżach, które z zawodem taksówkarza miały niewiele wspólnego. Znika element wyróżniający Ubera. W założeniu miała to przecież być ekonomia dzielenia, sposób na zdobycie dodatkowych środków bez poświęcania się w znacznym stopniu tej profesji.

To założenie było już wcześniej naginane, bo przybywało ludzi traktujących jazdę „dla” Ubera jako stałe źródło przychodów. Dopóki jednak mieliśmy w tym samym biznesie kierowców spoza branży, dopóty można było mówić o jakimś novum. W przypadku moskiewskim po jakimś czasie trudno będzie się doszukać różnic między Uberem a innymi firmami przewozowymi. O ile oczywiście te ostatnie doczekają się aplikacji. Zastanawiam się przy tym, czy z czasem to Uber zacznie się upodabniać do konkurencji czy też inne firmy będą ciągle czerpać z jego doświadczenia. To dotyczy np. umów z kierowcami.

Możliwe, że moskiewskie/rosyjskie rozwiązanie będzie jakimś ewenementem, ale wydaje się prawdopodobne, że w podobny sposób firma zacznie funkcjonować w innych miastach i państwach. A wtedy będzie można stwierdzić, że wykorzystali nowy model biznesowy na starcie, lecz to paliwo już się wypaliło i trzeba działać wedle starych zasad. Może trochę zmodyfikowanych, ale jednak dobrze znanych. Tyle pozostanie z ekonomii współdzielenia? Chociaż w przypadku Ubera wypada najpierw spytać czy rzeczywiście była/jest to ekonomia współdzielenia.