11

Czekając na „Wiedźmina” możecie kibicować „Przeklętej” i Królowi Arturowi w nowym serialu Netfliksa

przekleta serial netflix recenzja
Serial "Przeklęta" w ogromnym skrócie to znani twórcy, znane twarze i (prawie) znana historia, ale wszystko zgrabnie próbowano zmiksować, by całości nadać trochę świeżości. W efekcie otrzymujemy produkcję, która zatrzyma na dłużej przed ekranem tylko wybranych widzów.

Szefostwo Netfliksa kilkukrotnie podkreślało, że serwis posiada bogate zasoby już nakręconego materiału, po który będzie można sięgać do końca tego roku. To pokazuje dwie rzeczy: po pierwsze Netflix zamawia i produkuje tak dużo, że musi to wszystko dziać się ze sporym wyprzedzeniem, a po drugie swoboda w dobieraniu okresu na post-produkcję i premierę jest dla włodarzy Netfliksa naprawdę istotna. Wstrzelenie się w okienko pomiędzy dwoma sezonami „Wiedźmina” z nowym serialem fantasy jest świetnym zagraniem, bo chyba każdy wyczekujący tego rodzaju produkcji da szansę „Przeklętej” by go do siebie przekonała.

„Przeklęta” to projekt Toma Wheelera i Franka Millera

„Cursed” to wspólny projekt Toma Wheelera i Franka Millera. Tak, tego Franka Millera. Panowie wspólnie postanowili opowiedzieć historię Nimue – Pani Jeziora, która według legendy wręcza Arturowi ten miecz. I choć przyszłemu królowi poświęcono już niejeden serial i film, tak postać Nimue nie była dotychczas tak mocno eksplorowana na ekranie. Nowy serial Netfliksa zmienia to, pokazując nam z czym Nimue musiała się zmierzyć zanim i gdy miecz trafił w jej ręce. Jeśli sądziliście, że „Przeklęta” nie pokaże na ekranie Artura, to byliście w błędzie – ten bohater występuje w serialu i ma dość znaczącą rolę do odegrania. To jednak Nimue jest w centrum wydarzeń i to na niej skupia się akcja.

Serial dla fanów „Domu z papieru” i nowe filmy. Znamy pierwsze nowości Netflix na sierpień

Dlaczego (nie) warto obejrzeć „Przeklętą” od Netflix?

Po przedpremierowym seansie serialu mogę jasno napisać, że jest to pod wieloma względami typowy dla Netfliksa projekt. Ciągnie to za sobą wiele wad, ale i sporo zalet. Z tych pierwszych na pewno warto wspomnieć o dość powierzchownym potraktowaniu niemalże każdego aspektu charakteru postaci, a także rozchwianą dynamikę akcji pomiędzy poszczególnymi odcinkami. Spowolnienie akcji w środku sezonu to coś powszechnego, ale w przypadku „Przeklętej” wydawało mi się to jeszcze bardziej odczuwalne. Nie udało mi się przez te dwa problemy wkręcić w „Przeklętą” jeszcze bardziej, ale trzeba przyznać, że udało się osiągnąć kilka rzeczy.

Sama historia jest dość ciekawa i angażująca (telewizyjny poziom seriali fantasy), wizualnie i dźwiękowo serial wypada zaskakująco dobrze, a aktorzy doskonale wiedzą, jakie mają zadania i nie zdarzało mi się kręcić z politowaniem głową nad ich staraniami nadania całości wiarygodności. W kwestii efektów specjalnych warto wspomnieć, że przy tego rodzaju serialu nie spodziewałem się raczej fajerwerków wizualnych. Niemal każdorazowe sięgnięcie po green screena można odnotować w notesie w trakcie seansu, ale z drugiej strony fantastyczne rośliny, zwierzęta czy magia nie rzucają się tak w oczy i nie rażą taniością.

Netflix staje się kablówką, a miał być alternatywą. Sprawdza się najgorszy scenariusz

Znane twarze wypadają najlepiej

Bardzo ciekawym dodatkiem są efekty przejść pomiędzy niektórymi scenami – użyto do tego kart z powieści graficznej, ale w nieco bardziej mrocznej oprawie. Takie wkładki przypominają nam, że mamy do czynienia z legendą, w której pojawiają się czary, magiczny miecz czy Merlin. To najciekawszy element oprawy graficznej serialu, co dość dużo mówi o całości. Odhaczając na liście charakterystyczne dla takiego świata cechy wypełnimy chyba cały formularz albo i coś ponad to, bo rzeczywiście „Przeklęta” pokazuje nam świat bogaty i niezwykle zróżnicowany. W mojej ocenie jednak z tym przesadzono, przez co szybko można mieć go dosyć. Kathrine Langford, wcielająca się w Nimue to jeden z najjaśniejszych punktów serialu, do których należy też Peter Mullan (wcześniej w „Ozark”) grający członka Czerwonych Paladynów. Króla Artura zagrał Devon Terrell, którego pamiętamy z filmu „Barry”, gdzie zagrał Baracka Obamę. Ta postać zupełnie do mnie nie przemawia.

Serial „Przeklęta” na Netflix

Czy „Przeklęta” zapełni pustkę po „Wiedźminie” na czas oczekiwania na nowy sezon? Wydaje mi się, że może spokojnie aspirować do takiego miana, ale należy pamiętać, że oglądanie serialu jest wskazane z mocnym przymrużeniem oka. Pozwoli to nie koncentrować się tak na niedociągnięciach czy skrótach fabularnych i umożliwi czerpać ewentualną frajdę z fantastycznego serialu w sam raz na tę wakacyjną porę. „Przeklęta” to lekki, miejscami byle jaki serial fantasy.

Premiera serialu 17 lipca na Netflix.