68

Dramat to za mało. Przeglądanie internetu na telefonie jak bieg z przeszkodami

Otwieram jakąś mainstreamową stronę mobilną - ok, rozumiem. Muszę zaakceptować to, że na moim urządzeniu będą zapisywane pliki cookies oraz zbierane dane dla przeróżnych partnerów reklamowych. Nie mam z tym problemu, niech i tak będzie. Cóż ja mam do ukrycia? Swoje zainteresowania? To, czego wyszukiwałem na Allegro. Wszędzie, gdzie bym się nie ruszył dostaję oferty na części samochodowe i non-stop atakuje mnie Volvo. S60 w atrakcyjnej cenie. S90 z rabatami. Kupiłbym, ale na razie nie. Nie mam kasy.

Czytaj więcej: Kraśnik pomaga mi utrzymywać kontakt z rzeczywistością

Wyskakujące na stronach komunikaty wielokrotnie były obiektem narzekań tudzież drwin ze strony mojej, kolegów z redakcji oraz osób z redakcji zaprzyjaźnionych. Każdy z nas jest przecież konsumentem treści w internecie i każdy z nas spotyka się z takimi rzeczami. Nie każdemu rzecz jasna się to podoba. Jedni radzą sobie z tym za pomocą AdBlocka, inni jeszcze inaczej – w ogóle nie wchodzą na konkretne witryny, bo nie widzi im się zaglądanie do miejsc, w których człowiek jest dosłownie wyciskany jak gąbka z możliwości monetyzacji. Nie płacisz? To oglądaj reklamy, aż się dosłownie porzygasz. Albo, aż się porzyga Twój telefon.

Czy ja się mylę, czy natężenie reklam ostatnio się istotnie zwiększyło?

Wchodząc na jakąś mainstreamową stronę, czuję się jak na Shibuyi. Reklam jest tyle, że w jednym momencie mogę otrzymać reklamę: leku na rozwolnienie, na zatwardzenie, na grzybicę pochwy, na porost włosów, trochę od producentów samochodowych, odrobinę jakiegoś spamu (schudnij w tydzień jedząc TYLKO TEN JEDEN składnik). Matko boska, co to się stanęło? (dla niezorientowanych – piję do jednego z polskich memów). Jestem bombardowany treściami, których nie tyle nie chcę, co po prostu wolałbym ich nie widzieć. Widzicie, wpadam na konkretną stronę skonsumować treść, a nie korzystać z niebotycznej ilości przystawek, których jakość przyprawia mnie o mdłości.

Widzicie, fajnie jest, jak przystawka jest w miarę lekka i przyjemna. Wiecie, dajmy na to jedna reklama, która intruzywna wcale nie jest. Bannerek, w dodatku dopasowany do moich potrzeb. Ot, szukałem ostatnio dobrego OC/AC dla samochodu? Niech pojawi się oferta od towarzystwa lub porównywarki. Po jaką cholerę są mi leki na upławy, skoro NIE MOGĘ mieć upławów? Jestem pewien, że sieci reklamowe doskonale zdaję sobie sprawę, że ze względu na konfigurację mojego kariotypu, posiadanie upławów jest w moim przypadku zasadniczo wykluczone.

Dopasowanie reklam (lub niedopasowanie), pojawianie się SPAM-u w reklamach (enlarge your tralala (nie potrzebuję, dzięki i tak dalej) to jednak rzecz drugorzędna w momencie, gdy muszę odbębnić nieprzyjemny rytuał przed dobraniem się do właściwej części strony internetowej. Ja po prostu chcę przeczytać dany artykuł, czegoś się z niego dowiedzieć. A tutaj – najpierw reklama na dole – ot, zwykły paseczek, który można „schować”. Jest przycisk „zamknij”, który albo nie działa, albo mimo wszystko prowadzi mnie do witryny reklamodawcy. Ping, kliknąłem, sieć reklamowa zarobiła, bo owieczka opłaciła haracz swoim zaangażowanie. Za chwilę wjeżdża reklama z góry, nie mniej głupia lub intruzywna – tę też trzeba zamknąć. Uda się? Nie uda? „Iks” zamykający jest tak mały, że trafienie w jego palcem graniczy z cudem. Raz się uda, a raz nie. Sytuacja analogiczna.

przeglądanie internetu

Do tego potrafi wyskoczyć jeszcze reklama w pełnym ekranie z kolorowymi, szybko poruszającymi się treściami. Tak, wiem, że T-Mobile ma najszybszy internet i coś tam sobie rozdaje. Ale mnie to nie interesuje, rozstałem się niedawno z magentowymi i wcale nie chcę do nich wracać. Dajcie mi spokój.

Do tego, CZY CHCĘ OTRZYMYWAĆ POWIADOMIENIE Z WITRYNY SMIESZNEOBRAZKIDLAKUBYZANTYWEBY.KP? Nie, nie chcę otrzymywać żadnych zakichanych powiadomień. A może newsletter? Borze szumiący, nie dziękuję. Co jeszcze? Animacja psa żonglującego nożami, która ma mnie skłonić do zostania członkiem premium strony? Dajcie mi spokój, proszę Was.

Nie ma nic bardziej irytującego od tych doładowujących się reklam, które burzą porządek strony i w momencie, gdy chcę kliknąć w konkretny artykuł, ostatecznie wybieram zupełnie inny. Wszystko dlatego, że na ułamek sekundy, gdy mój palec wędrował w stronę danego materiału, struktura strony zmieniła się. Dlaczego? Bo doładowano reklamę. Szczyt szczytów, po czymś takim wcale nie mam ochoty czytać konkretnego artykułu.

Chłopie, z reklam żyjesz. Dlaczego psioczysz?

Bo z reklam można żyć „mądrzej”. A serwisy tworzy się dla ludzi, nie dla reklamodawców. Bez osób, które będą chciały nas czytać / oglądać, nie będziemy mogli zarabiać. Dlatego tych, którzy pozornie znajdują się najniżej na drabince zainteresowań twórców, właścicieli mediów należy bezgranicznie szanować. Szanować ich czas oraz zaangażowanie, które nam okazują. Bez nich przecież żaden reklamodawca nawet by na nas nie spojrzał, tylko by splunął mając na myśli pompatyczność swojego budżetu.

Dziwnie to wszystko brzmi, gdy mówi o tym człowiek, który w mediach żyje jako autor od wielu, wielu lat. Pewnie, zdaję sobie z tego sprawę. Ale mam to szczęście, że wywodzę się z medium, które do reklam podchodzi w mojej opinii w porządku. Doskonale pamiętam wypowiedzi Grześka Marczaka sprzed lat, który cały czas tłukł – i dziennikarzom i swoim pobratymcom branżowym do głowy, że królem jest reklama natywna, a ta tradycyjna – w formie bannerów oraz wyskakujących okienek to tylko zapchajdziury. Liczy się kreatywność w tworzeniu akcji sponsorowanych. I taki kierunek mnie również się podoba.

Czytaj więcej: Gdyby te nowości Xiaomi trafiły do Polski byłyby hitem

Sam przecież uczestniczyłem w wielu projektach reklam natywnych i mnie jako twórcy to kompletnie nie bolało. Mało tego, nigdy nie miałem poczucia, że się „sprzedaję”, bo akurat piszę o tym i o tym, o czym sobie życzył, by napisać klient. Dostarczam treść – to ode mnie zależy, czy będzie ona ciekawa (musi być), czy konsument się nią zainspiruje. Ale, jeżeli konsument nie chce – wcale nie musi się angażować. Nie musi jej zobaczyć. Wybór należy do konsumenta, pamiętajmy o tym.

Ten sam konsument doskonale zapamięta, że na tej i na tej stronie spotkała go nieprzyjemność: że komunikatów było od groma, że cały czas przeszkadzało mu coś w konsumpcji treści. Warto o tym pamiętać i… o tym nie robić. Tylko, czy mainstream przejmuje się masami, które ich odwiedzają?

Raczej nie, niestety.