24

Satelity meteorologiczne za miliony dolarów, a mnie na rowerze ciągle łapie deszcz

W ostatnich dniach dotarło do mnie, że zaufanie do technologii czy aplikacji trzeba odpowiednio dozować. Już kilka razy wróciłem cały mokry, bo Google twierdziło, że nie będzie padać.

Nie ukrywam, że już od jakiegoś czasu chciałem przeprowadzić taki test. Zaufać całkowicie najprostszym, ogólnie dostępnym prognozom pogody i sprawdzić, czy można się nimi kierować planując coś więcej niż krótką wycieczkę do sklepu ulicę obok.

Jak na pewno zauważyliście, czerwcowa pogoda nas nie rozpieszcza. Co chwila grzmi, błyska się, pada – a słoneczne dni są rzadkością. Nie tak wyobrażałem sobie końcówkę wiosny, szczególnie kiedy moja cała aktywność fizyczna przeniosła się z rowerka stacjonarnego na zwykły rower. Swoje w domowym „lockdownie” już wypedałowałem, przyszła pora na przetestowanie ulepszonej kondycji w normalnych warunkach. Przy okazji przetestowałem też jak rowerowe ciuchy radzą sobie z wodą i jak szybko schną buty po tym, jak solidna dawka deszczu dostanie się już do środka. Jasne, mogłem po prostu wyjrzeć przez okno, ale przecież nie ma ryzyka, nie ma zabawy.

Pogoda Google i aplikacja pogodowa na iOS nie nadają się do niczego

Jestem zwolennikiem twierdzenia, że najprostsze rozwiązania są najlepsze. Jesteśmy na tym etapie rozwoju technologii, że powinniśmy ufać pogodzie w natywnej aplikacji pogodowej smartfona, a po wpisaniu w Google „pogoda Warszawa” dostać faktyczną prognozę pogody, na podstawie której można cokolwiek zaplanować. Nie mówię tu o przewidywaniu przyszłości dwa tygodnie do przodu, nie mówię nawet o kilku dniach – ale o kilku godzinach. Nad głowami latają nam satelity meteorologiczne za miliony dolarów, a przez kilka ostatnich dni nie widziałem ani jednego efektu ich pracy.

Powtarza się ten sam schemat – pogoda w aplikacji zmienia się z kwadransa na kwadrans

Wyobraźcie sobie irytację kiedy o godzinie 20 sprawdzam pogodę na koniec dnia. Jeżdżę aktualnie nocą, więc najbardziej interesują mnie właśnie godziny od 21 do 24. Zarówno Google i aplikacja pogodowa na iOS pokazują lekkie zachmurzenie, brak opadów i brak burz. Nie jest to może idealna pogoda, ale na tyle dobra, by nawet przez chwilę nie zastanawiać się czy to dobry dzień na zrobienie kilkudziesięciu kilometrów po mieście. Wychodzę, jadę – jest ok. Na wszelki wypadek sprawdzam jeszcze pogodę po drodze i nie wygląda na to by miało być gorzej. Po 10 kilometrach zaczyna delikatnie kropić – ignoruję ten sygnał, jest już na tyle ciemno, że i tak nie dojrzę chmur.

Jadę dalej, jestem już 15 kilometrów od domu – zaczyna się błyskać. Starym sposobem mierzę czas między piorunem a grzmotem, choć nie pamiętam już dokładnie na jaką odległość się to przekłada. Ale skoro widzę burzę, zawracam – jestem 15 kilometrów od domu, niezbyt optymistyczna wizja – ale przecież według aplikacji pogody Google nie miało padać i nie ma padać. Zero opadów do północy. Na wszelki wypadek wracam. Mniej więcej 8 km przed domem pojawia się dość konkretny deszcz, za plecami błyska się i grzmi. Przystanek, sprawdzenie pogody w ten sam sposób co wcześniej – burze, ulewa, aż do północy. Super, przecież widzę, informacje są więc kompletnie nieprzydatne. Pod samymi drzwiami leje się ze mnie na tyle konkretnie, że większość ubrań ściągam przed wejściem do mieszkania żeby nie wnosić do niego wody. W butach się przelewa, na mnie nie ma nic suchego. Zaglądam w pogodę, będzie lało do do 2 w nocy, jest godzina 23 z hakiem. 20 minut po powrocie deszcz ustaje, nie ma śladu po burzy tak za oknem, jak i w aplikacji. Nie wiem na co jestem bardziej zły – na to, że nie przeczekałem najgorszej fali, czy na to że w ogóle wróciłem. Po chwili mam jasność – na prognozy pogody, które sprawdzałem.

Kolejne wyjście, sprawdzam pogodę w ten sam sposób. Ma być burza i ulewa, ale za oknem niczego nie widać. Po chwili pogoda w obu źródłach zmienia się na rozsądną, ale wychodzę tylko ze względu na to, co widzę za oknem. Za godzinę ma lać, nie oddalam się więc zbyt daleko od domu i kręcę kółka po okolicy. Wracam po trzech godzinach, całkowicie suchy – widziałem dwa pioruny, ale bardzo daleko, nie spadła na mnie ani jedna kropla, choć miała być ulewa. Prognoza w Google oraz aplikacji iOS oczywiście zmieniała się w czasie rzeczywistym. Tylko jak można nazywać to prognozą, skoro tym razem jedyne co pokazała to aktualną sytuację i to w dodatku z pewnym opóźnieniem. Sprawdziłem nawet czy na pewno programy operują odpowiednią lokalizacją, wszystko było ok.

Podobnych sytuacji, w których zarówno Google, jak i aplikacja iOS kompletnie nie trafiły z deszczem i burzami było przez ostatnie 3 tygodnie jeszcze kilka, ostatnia wczoraj gdzie siedziałem 20 minut na przystanku, bo padał na mnie deszcz, którego w aplikacji iOS nie tyle nie zapowiadano, co nie pojawił się w niej nawet gdy padał. Dziś też planuję wyjść pojeździć, podobno od 20 aż do rana ma już nie padać. Patrząc za okno naprawdę trudno mi w to uwierzyć.

Totalnie rozczarowany swoim testem postanowiłem pozaglądać w inne miejsca. Ktoś polecił Gismeteo – było minimalnie lepiej, ale nie na tyle, by zaplanować według ich prognozy nawet dwugodzinną wycieczkę, bo powielały się te same schematy co na iOS i w Google. Ktoś inny zasugerował aplikację RainViewer, która śledzi chmury oraz burze – tu jestem pozytywnie zaskoczony, choć niestety (przynajmniej w darmowej wersji) nie widzę nic dalej niż aktualna godzina. Więc fajnie popatrzeć co działo się wcześniej, bo daje to trochę obraz tego co będzie później, ale jednak to wciąż nie prognoza. Co ciekawe, w przypadku dwóch ulew program doskonale pokazał co jest nade mną i jakie będą efekty wyjścia z ukrycia. I faktycznie – kiedy na mapce chmury zaczęły się oddalać, oddalił się też deszcz i suchy wróciłem do domu. Kamil polecił mi serwis meteo.pl, ale jego czytelność jest mocno dyskusyjna, szczególnie że nie planuję całodniowej wycieczki – chcę po prostu zerknąć szybko na ekran i wiedzieć czy wychodzić albo czy wracać.

Chciałbym napisać, że jestem zdziwiony

Zdziwienie to ostatnie co przychodzi mi do głowy. Jestem raczej rozczarowany tym, że najłatwiejsze w sprawdzeniu i korzystaniu prognozy pogody przekazały mi albo fałszywe, albo nieprzydatne informacje. Nie jestem specem od pogody, nie zagłębiałem się w technologie stojące za jej przewidywaniem. Uważam natomiast, że skoro to pierwsze źródło jakie sprawdzają użytkownicy planując kilka najbliższych godzin, to dostarczane przez nie informacje powinny się pokrywać z rzeczywistością. I to, że tak się nie dzieje jest…lekko mówiąc żenujące.

I tu mam pytanie do Was. Jakiej aplikacji pogodowej używacie? Może być płatna, ważne żeby można było na niej polegać.

grafika, grafika