14

Premiery z „efektem wow”? Nie ma i nie będzie

Bez niespodzianek. Tak niektórzy komentowali ostatnią premierę smartfonów Apple. I trudno się z tym nie zgodzić – na temat urządzeń faktycznie wiedzieliśmy bardzo dużo przed imprezą w USA. Pojawiły się oczywiście zarzuty (nie odnosi się to jedynie do giganta z Cupertino – temat jest znacznie szerszy), że premiery pozbawione efektu „wow” są nie tylko nudne, […]

Bez niespodzianek. Tak niektórzy komentowali ostatnią premierę smartfonów Apple. I trudno się z tym nie zgodzić – na temat urządzeń faktycznie wiedzieliśmy bardzo dużo przed imprezą w USA. Pojawiły się oczywiście zarzuty (nie odnosi się to jedynie do giganta z Cupertino – temat jest znacznie szerszy), że premiery pozbawione efektu „wow” są nie tylko nudne, ale wręcz szkodliwe dla firmy. Brzmi sensownie, ale jednocześnie warto mieć na uwadze, że jeszcze rok temu sprawę przedstawiano zupełnie inaczej.

Zdaniem wielu osób, impreza Apple nie porwała, ponieważ nie zaserwowano na niej żadnej „petardy”. To, co miało stanowić atuty produktów, pojawiało się w plotkach już od kilku miesięcy, ludzie zdążyli przeczytać o tym z dziesięć albo i piętnaście razy, cztery razy w tygodniu w Sieci pojawiały się zdjęcia nowych smartfonów, grafiki, filmiki… Sprzęt był znany od pewnego czasu, a co za tym idzie, trudno było nim zaskoczyć. Problem Apple?

Zdecydowanie nie – to samo odnosi się do Nokii, Samsunga, Sony i większości pozostałych producentów. Jesteście w stanie wymienić jakąś premierę sprzętu, która byłaby totalnym zaskoczeniem (zaznaczę, że chodzi o produkt wyczekiwany na rynku)? Osobiście mam z tym problem – podczas prezentacji zazwyczaj pojawiają się dane i grafiki, które wszyscy już dobrze znają. Wieje nudą, ludzie ziewają i drapią się po głowach. Chcą jak najszybciej dostać sprzęt do rąk, by sprawdzić, czy informacje z plotek są prawdziwe. Widzowie przed komputerami i czytelnicy też frajdy nie mają, bo gdzieś to już widzieli/czytali.

Co z tym fantem zrobić? Odpowiedź wydaje się prosta: uszczelnić przepływ informacji przed samą premierą, by w dniu prezentacji nikt nie wiedział, czego można się spodziewać. Przecież przez lata udawało się to Apple, inne firmy również szły w ślady giganta z Cupertino i w mediach pojawiały się jedynie domysły, a nie pewne doniesienia, a tym bardziej filmy i zdjęcia. Pewnie znajdzie się kilku specjalistów, którzy poradzą, jak utrzymać informacje w tajemnicy: jeżeli trzeba, to zwalniajcie pracowników, którzy udostępniają dane, strzelajcie do osób, które zbliżają się do fabryk i żądajcie od dziennikarzy/blogerów wyjaśnień, skąd czerpią swoją wiedzę. Nie powiedzą? To straszcie sądem. Apple jeszcze niedawno się nie patyczkowało i bez trudu można znaleźć w Sieci wiadomości na temat ich troski o zachowanie w tajemnicy treści prezentacji do ostatniej chwili. Pojawia się jednak pytanie, czy dzisiaj faktycznie można wszystko utrzymać w tajemnicy.

Na przestrzeni kilku ostatnich lat pojawiło się sporo narzędzi ułatwiających „odtajnianie” tworzonych właśnie produktów. Rozprzestrzenił się sprzęt mobilny i każdy pracownik (lub osoba mająca jakiś związek z realizacją danego projektu) może strzelić fotkę i szybko przesłać ją mediom czy konkurencji. Wiąże się to oczywiście z bonusami finansowymi, więc niektórzy ryzykują. Kolejna kwestia to kary nakładane na pracowników. Przez ostatnie lata firmy typu Foxconn (jeden z głównych podwykonawców Apple i kilku innych korporacji) były zmuszane (słusznie) do zmiany swojej twardej polityki stosowanej wobec pracowników. Po fali samobójstw azjatycki gigant pewnie musiał trochę spuścić z tonu, więc ludzie nabrali odwagi.

Wspomniane czynniki są ważne, ale na nich sprawa się nie kończy – nie można nie napisać o udostępnianiu informacji przez same korporacje. Mowa tu zarówno o danych publikowanych oficjalnie i wprost, jak i o kontrolowanych przeciekach. Korporacja może np. wskazać za pomocą swojego zaproszenia, czego należy się spodziewać na danej imprezie. Dodatkowo wypowie się CEO firmy albo jeden z top menedżerów i dorzuci kolejny element układanki. Albo po prostu pozwolą, by informacje wydostały się poza firmę, ewentualnie „nagrodzą” jakiegoś dziennikarza/blogera za udaną współpracę i podeślą to i owo. Przecież ten człowiek nawet nie musi wiedzieć od kogo dostał cynk. Skoro jednak korporacje same przyczyniają się do rozprzestrzeniania newralgicznych danych i obniżają „efekt wow”, to pojawia się pytanie: o co tu chodzi?

Z jednej strony można założyć, że firmom przestało wychodzić podsycanie zainteresowania kolejnym produktem. Plotki na temat nowego smartfonu czy tabletu zaczynają się pojawiać pół roku przed jego premierą i żeby podtrzymać szum wokół tego sprzętu, trzeba odkrywać co jakiś czas następną kartę. Sęk w tym, że po dwóch kwartałach cała talia leży już odsłonięta na stole. Trochę w tym winy mediów, trochę producentów, odpowiedzialność ponoszą też potencjalni klienci żądni informacji, a nawet samych plotek.

Jest też druga strona medalu: korporacje dostarczają te dane na rynek albo nie walczą należycie z ich wyciekiem, ponieważ wcześniej zarzucano im, że… za bardzo chronią informacje na temat nowych produktów. Świetnym przykładem jest tu Apple. Gdy firmę krytykowano przez ostatnie dni za brak „efektu wow”, przypomniał mi się pewien tekst sprzed ponad roku. Pisałem wówczas m.in. o trzech przyczynach, które wpłynęły na pogorszenie (względem prognoz) wyników Apple. Wymienił je pracownik korporacji – Peter Oppenheimer. Nas interesuje tylko jeden punkt tej wyliczanki: firmie szkodziły plotki dotyczące ich kolejnych produktów.

Wówczas sytuacja wyglądała następująco: na rynek nie trafiają żadne informacje, które odnosiłyby się do kolejnego urządzenia Apple i które wydawałyby się dość wiarygodne. Pustkę trzeba było jakoś wypełnić, więc media i potencjalni klienci na potęgę „produkowali plotki”. Te ostatnie zalewały rynek i podsycały oczekiwania milionów osób. A to iPhone z kosmicznymi wręcz parametrami i funkcjami, a to telewizor odmieniający branżę, ostatecznie produkt otwierający nowy segment rynku (np. smartwatch, którego do dzisiaj nie zobaczyliśmy – plotki zaczęły się od Apple i dzisiaj „inteligentne zegarki” dostarczają kolejni producenci, ale nie firma z Cupertino). Rzesze ludzi po takich doniesieniach domagały się prawdziwej bomby podczas premiery, a firma serwowała im „tylko” nowy smartfon.

Coraz częściej pompowana była bańka, która szkodziła firmie (Apple to jeden z wielu przykładów). Winą obarczano zarówno media, jak i same korporacje: nie dzielicie się informacjami, więc musimy sami je wymyślać. Przekaz był wówczas prosty – przestańcie robić ze swoich premier wydarzenia owiane do ostatniej chwili aurą tajemnicy, to problem zniknie. Minione kwartały pokazały, że owa aura tajemnicy faktycznie gdzieś się zawieruszyła, ale wcale nie zlikwidowało to problemów producentów.

Firmy znalazły się w dość nieciekawej sytuacji: doprowadzasz do stanu totalnej ciszy informacyjnej, ganią i twierdzą, że napędzasz produkcję plotek, które w końcu ci zaszkodzą. Dostarczasz na rynek informacje albo po prostu tolerujesz przecieki? Też źle, bo zabijasz „efekt wow” podczas premiery (kwestią na osobny wpis jest to, czego ludzie spodziewają się dzisiaj po sprzęcie). W obu przypadkach jest źle, a znalezienie złotego środa jest i będzie bardzo trudne, a może nawet niemożliwe. Gdzie szukać winnych?

Najpierw trzeba zadać pytanie, czy można wskazać konkretne źródło problemu i ewentualnie je usunąć? Internet nieustannie się rozwija, rośnie w nim zarówno popyt na informacje, jak i ich podaż. Ludzie chcą być cały czas na bieżąco albo przynajmniej mieć uczucie, że są na bieżąco, więc media w Sieci im to zapewniają. Kiedyś serwisów było znacznie mniej i publikowały newsy rzadziej. Dzisiaj spawa wygląda zupełnie inaczej, a to zapewne nie koniec zmian, które dla producentów nie są zbyt korzystne…

Źródło grafiki: techknots.com