21

Premiera „Blogersów”, czyli problem z mediami i blogosferą w pigułce

Po niemal 8 i pół godziny w PKP udało mi się wreszcie dotrzeć do swojej jaskini. To dosyć czasu, aby przetrawić tak film Jarka Rybusa i późniejszą dyskusję. Niestety, wnioski do najweselszych nie należą, choć „Blogersów” obejrzeć warto gdy za 2-3 tygodnie pojawią się w sieci. Dla żyjących internetem i z internetu będzie kilka insiderskich […]

Po niemal 8 i pół godziny w PKP udało mi się wreszcie dotrzeć do swojej jaskini. To dosyć czasu, aby przetrawić tak film Jarka Rybusa i późniejszą dyskusję. Niestety, wnioski do najweselszych nie należą, choć „Blogersów” obejrzeć warto gdy za 2-3 tygodnie pojawią się w sieci.

Dla żyjących internetem i z internetu będzie kilka insiderskich żartów i to niekoniecznie zamierzonych, a niezorientowanym na pewno nie zanudzi. Podczas niektórych scen – osobliwie, gdy Kominek był prezentowany jako polski Dolph Lundgern – wręcz tłukła się zastawa, co skłania mnie do podejrzenia, że damski fanklub Kominka stanowił solidny procent widzów. ;)

Schody zaczynają się, gdy próbuję powiedzieć co wynika z samego filmu. Nie jest to dziwne, bo żyję siecią od paru lat i trudno mi już usłyszeć na ten temat coś owianego urokiem świeżości. Co gorsza, mogę być nieobiektywny, gdyż jakbym się nie tłumaczył i tak mało kto uwierzy, że nie ubodło mnie nieco, że z materiału jaki nakręciliśmy swego czasu z Jarkiem zostało jedno zdanie, okraszone dwukrotnie moim nieśmiertelnym „żetakiem” ( „że tak powiem” z dopalaczem), którego używam z częstotliwością wkurzającą nawet świętych. Dlatego, traktuję jako sympatyczny, ale niepotrzebny gest ze strony Jarka. Z innej beczki – z Korwina nie zostało nic. ;)

I tak oto dochodzimy do sedna. Cały film został zmontowany bardzo dynamicznie, na krótkich „setkach” z mocnymi zdaniami – bardziej niż wypowiedziami. Dzięki temu, skromnej długości (19 min.), mocno lansowanej kontrowersji i przedstawionych barwnie – trochę jak w Zoo – blogerów, jest szansa, że obejrzy go więcej osób niż tylko internetowe Geeki, paru blogerów i dziennikarzy.

Jednak z mojego punktu widzenia, nie wnosi treścią wiele w dyskurs o blogosferze i mediach, których konflikt – będący kręgosłupem „Blogersów” – został zgrabnie zbagatelizowany w późniejszej dyskusji Maćka Budzicha, Artura Kurasińskiego, Kominka i Kamila Durczoka, do której wasz uniżony sługa też wtrącił swoje trzy grosze. Dużo wnosi z kolei jego forma, obliczona na dotarcie z niszowym przekazem, do jak największej liczby osób, dla której blogerzy i blogosfera to abstrakcja – ponieważ czytają np. Grześka Marczaka, Segritte, czy Krzyśka Leskiego, a nie „blog” czy „blogosferę”. Forma uroczo medialna – przez co miejscami płytka.

Jednak lepiej sprecyzuję, co miałem wyżej na myśli, umieszczając to w kontekście późniejszej dyskusji, która była mniej zabawna, ale bardziej pouczająca od filmu. Wszystko obracało się jak zwykle wokoło nieśmiertelnych tematów związanych z blogosferą, których wtórność wywołuje już u mnie mdłości.


Anonimowość blogerów

Temat śmieciowy i z upodobaniem godnym lepszej sprawy drążony przez Jacka Żakowskiego – który w „Blogersach” spełniał rolę naczelnego wroga blogosfery. Niestety, całkiem przekonującego dla niezorientowanych w temacie. Krótka piłka. Anonimowość blogerów nie istnieje, bo topowi blogerzy albo sami się ujawniają, chcąc skorzystać na wyrobionej skrobaniną reputacji, albo budując przez lata markę zostawiają taką ilość śladów, że nie trzeba prokuratury, policji i nakazu, aby ustalić ich tożsamość. Przykładem Kataryna, która chroniła swoją prywatność, a i tak na koniec dostała SMSa od dziennikarki Dziennika w którym znajdowało się ponoć ultimatum – pisz dla nas, albo z twojej tożsamości robimy temat. Zrobili. Na anonimowość stać „blogerów” którzy napisali trzy teksty na krzyż i mają tyluż czytelników. Inaczej zdradzają się sami, bo ciekawe informacje prędzej czy później wskazują źródło pochodzenia. Tożsamość blogujących nieciekawie nikogo nie obchodzi. Tak – nie ma znaczących i anonimowych blogerów i jak to ktoś – Maciek? Artur? – wtrącił, chyba więcej jest dziennikarzy pod pseudonimami, niż topowych blogerów-anonimów.

Odpowiedzialność za słowo

Reputacja – jak wspomniałem wyżej, nie mogącego raczej liczyć na anonimowość blogera – jest powiązana z tak z merytoryczną, jak i etyczna stroną jego pisania. Reputacja powiązana bezpośrednio z imieniem i nazwiskiem, które będzie nosił do końca życia lub wartością marki budowanej przez lata. Blogerzy, tak jak media, płaca za wpadki. A kto pamięta sprawę Elizy Michalik i jej plagiatów, którą się swego czasu zajmowałem, wie też że bez solidnego kopa w d*** środowisko dziennikarskie jest wysoce niechętne wyciąganiu konsekwencji wobec „kolegów po fachu”. Nawet znajdujących się po przeciwnej stronie ideologicznej barykady, co było dla mnie sporym zaskoczeniem.

Co ważniejsze, internauci maja nosa do nieetycznych zachowań blogerów i uznają je za bardziej bulwersujące, niż zamiatane regularnie pod dywan wpadki mediów – do których po prostu się już przyzwyczaili. Tak – blogerzy też płacą, tak samo jak dziennikarze.

Dziennikarska staranność

Na ten temat wypowiadają się głównie dziennikarze z wyrobionym nazwiskiem i solidną pozycją – ludzie tacy jak Żakowski, Paradowska, czy też Kamil Durczok. Zapominają jednak o tym, że sami stanowią tylko wierzchołek góry lodowej. 95% „dziennikarskiej” treści jest tak naprawdę tworzona przez wyrobników, którzy mają normę newsów i tematów do wyrobienia – często z różnych działek. Kwalifikacje i doświadczenie posiadają jednak w jednej, dwóch branżach. Co jeszcze ważniejsze, merytoryczne dziennikarstwo, sprawdzanie faktów, research jest cholernie kosztowny. Prościej postawić postawić zawodowego newsowca – mającego z dziennikarzem mało wspólnego – lub nawet stażystę-studenta nad serwisem internetowym  i kazać mu przerabiać śmieciowe newsy: o pani co obcięła mężowi interes i wrzuciła go do miksera (z zagranicznych mediów), czy nudne depesze z PAPu pakować w atrakcyjne i mylące tytuły. To jest tanie. To jest większość treści generowanej przez współczesne media.

Kurasiński, Budzich, Marczak, Trystero, Leski i wielu innych blogerów, pisze o tym na czym się zna i co rozumie, pisze dla siebie i pod swoje nazwisko – więc dba o więcej niż „pejdźwiusy” i w swoich działkach w dziewięciu wypadkach na dziesięć bije na łeb zdecydowaną większość dziennikarzy. Komicznie się patrzy na dyskusję elity blogerów z elitą dziennikarzy, gdy pierwsi zdają sobie dokładnie sprawę z tego że większość blogosfery to śmieci, a drudzy starannie wypierają świadomość, że z mediami jest podobnie.

Prawdziwymi dziennikarzem, są ci co wykonują dziennikarską robotę, a nie ci którym dziennikarskie studia wpoiły automagicznie dziennikarski etos. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką usłyszała moja znajoma zaczynając prace we „Wprost” było: „Tych z dziennikarstwa odsyłaj z kwitkiem”. Tego jak naprawdę wygląda dziennikarstwo uczą teraz redakcje i praca, a nie studia. I podejrzewam, że tak naprawdę zawsze tak było. Tak istnieją staranni blogerzy – dziennikarze nie mają na tą staranność monopolu. Na niestaranność i niewiedzę również.

Internetowe bluzgi

 

Tu w sumie wywiązała się najbardziej interesująca mnie cześć dyskusji, bo rozmawiając z Kamilem Durczokiem i Arturem Kurasińskim, próbowałem im „sprzedać” koncepcję która prześladuje mnie od dłuższego czasu. Że tak naprawdę, zalewowi chamstwa w sieci otworzyły drzwi media, których dziennikarze najgłośniej teraz nań narzekają. Stało się to u samego początku ich obecności w sieci, gdy nie istniały – bo nikt nad nimi nie myślał – skuteczne mechanizmy moderacji. Wydawała się być po prostu nieopłacalna, kogo interesuje co tam sobie internauci skrobią pod tekstem topowego dziennikarza?

Stąd m. in. obowiązujące w połowie cywilizowanych krajów prawodawstwo mówiące, że do momentu uzyskania informacji o tym, że np. komentarz to czystej wody chamstwo godne pozwu sądowego medium nie odpowiada za niego. W Polsce ostatnio potwierdził to swoim wyrokiem Sąd Najwyższy.

W momencie na poważnym portalu, pod poważnym niusem po raz pierwszy padło słowo K**** i nie uderzył piorun, nie objawił się BOFH chamstwo automatycznie stało się to akceptowalną normą. Społeczności użytkowników największych portali po prostu nie były w żaden sposób moderowane i animowane. Dlatego, na specjalistycznych forach, gdzie koncentracja na merytorycznej wartości treści była królem, znajdują się merytoryczne wypowiedzi, a pod artykułami na dowolnie wybranym dużym portalu bluzgi. Nie udało się im związać ze sobą komentujących do tego stopnia, by sami tworzyli i egzekwowali najbardziej podstawowe normy współżycia i kultury dyskusji. Dlatego przyjemnie posiedzieć na Quorze – której społeczność, analogicznie jak w przypadku np. Wykopu – twardo egzekwuje swoje specyficzne normy. Sekcję komentarzy na wielu portalach mam wrzuconą pod AdBlocka.

Mleko się rozlało.

Problem polega na tym, aby uniknąć wypędzania diabła szatanem, ponieważ próba prawnego uregulowania takich kwestii jest skazana na niepowodzenie. Nasze prawodawstwo – zawsze – będzie gigantycznie opóźnione w stosunku do technologii i socjologii internetu, a co ważniejsze, tworzący je ludzie nie mają o sieci zielonego pojęcia. Dlatego, zamiast próbować ogarnąć przepisami internetowego węgorza, media które chcą coś zmienić, muszą zabrać się za moderację swoich społeczności, powiązać wypowiedzi z realnymi ludźmi – np. wzorem TechCrunch wykorzystując nasz Facebookowy social graph.

Zamiast prawnie walczyć z bluzgami i pewnym poziomem anonimowości w sieci, która tak naprawdę jest jedynie wynikiem tego, że mało komu chce się przedzierać przez procedury wymagane do ustalenia tożsamości „anonima”, mają wszystkie narzędzia by zmusić internautów do odpowiedzialności za słowo. Tak za pomocą „internetowych tożsamości” jakim są konta FB i G+, jak i animowania społeczności poprzez politykę „zero tolerancji dla chamówy”.

Reasumując

„Blogersi” jako przyczynek, do dyskusji o blogosferze po premierze sprawdzili się całkiem nieźle, ale nie jestem docelowym odbiorcą filmu. A cała dyskusja o blogach jako medium i ich konflikcie, współistnieniu z tradycyjnymi i nie tak tradycyjnymi mediami jest wtórna, nudna i bezsensowna. Pojęcia bloger i dziennikarz, media i blogosfera intensywnie się przenikają, rządzą podobnymi prawami, a jedyne co trzyma przy życiu dysputy starające się rozgraniczać kompetentnych dziennikarzy od niekompetentnych blogerów to korporacyjna mentalność środowiska dziennikarskiego.