pralnia
19

Netflix pokazuje, jak zmarnować potencjał historii i obsady aktorskiej. Pralnia – recenzja

Powinniśmy się cieszyć, że Netflix stara się tworzyć produkcje o istotnych problemach społecznych. Szkoda tylko, że się odpowiednio do tego nie przykłada.

Kiedy usłyszałam o Pralni po raz pierwszy, nastawiłam się bardzo pozytywnie. Na papierze wszystko wyglądało świetnie. Temat, jaki podejmuje film, jest dość niezwykły. Afera wokół Kwitów z Panamy (Panama Papers) jest bardzo ciekawa i do dziś całkiem zawiła. Bardzo lubię filmy oparte na faktach, szczególnie gdy dotyczą takich nietypowych historii. Cieszyła mnie też obsada. Pralnię wyreżyserował Steven Soderbergh (The KnickErin Brockovich). Za scenariusz zabrał się Scott Z. Burns (Ultimatum Bourne’aPanaceum). W obsadzie aktorskiej znaleźli się m.in. m.in. Meryl Streep (GodzinyDiabeł ubiera się u Prady), Gary Oldman (Leon zawodowiecPiąty element), David Schwimmer (PrzyjacieleKompania braci) i Antonio Banderas (DesperadoFiladelfia). To musiało się udać! A jednak coś poszło nie tak…

Netflix chce mówić do nas bezpośrednio, ale mruczy tylko pod nosem

Afera dotycząca Kwitów z Panamy wybuchła na podstawie 11,5 miliona dokumentów wewnętrznych z Mossack Fonseca, powstałych między 1970 a 2016 rokiem. Poufne dokumenty ujawniały dane z tak zwanych rajów podatkowych, z dobrodziejstw których korzystało wielu milionerów. W filmie obserwujemy zmagania Ellen (Meryl Streep), której mąż zmarł w wypadku na wycieczkowym rejsie. Starając się odnaleźć winnych, zaczyna odgrywać coraz to bardziej zagmatwane powiązania między kolejnymi firmami, nad którymi piecze sprawują Mossack (Gary Oldman) i Fonseca (Antonio Banderas). Pralnia wyjaśnia nam, na czym polegają tzw. firmy „wydmuszki”. Pokazuje nam kilka różnych historii milionerów, którzy byli zamieszani w te nie do końca legalne interesy. Pod koniec obserwujemy oczywiście porażkę dwójki „złych”. Problem w tym, że wszystko jest jakieś takie rozmyte.

Dziwne House of Cards dla nastolatków. Wybory Paytona Hobarta – recenzja

Narratorami opowieści są Mossack i Fonesco. Mówią do nas bezpośrednio, śmiało łamiąc czwartą ścianę. Opowiadają swoją wersję historii, co przeplatane jest wspomnianymi wątkami bez większego znaczenia na temat milionerów oraz postaci granej przez Meryl Streep. Patrzą prosto w kamerę, zmieniają stroje i spacerują po zmieniającym się green screenie. Na koniec to samo robi Streep, zdejmując z siebie strój postaci i prezentując ostatnie przemówienie jako osoba spoza historii, może nawet ona sama. Niestety nic z tego wszystkiego nie jest przekonujące. Żadna z postaci nie została należycie zarysowana. Bohaterowie są płytcy, a my nie mamy nawet okazji poznać ich bliżej i polubić, ponieważ kolejne wątki są dość krótkie. Najbardziej charakterystyczną i wręcz przerysowaną rzeczą jest niemiecki akcent, z jakim mówi Oldman, właściwie nie wiadomo po co. Opowieści o klientach Mossacka i Fonesco nie zapadają w pamięć. Z założenia wszystkie miały być ogólnymi kliszami, pokazującymi konkretne odchylenia od norm prawnych czy moralnych. Miało nam to chyba udowodnić, jak złe rzeczy robili ci przedsiębiorcy i z jak różnych środowisk pochodzili. Nie mamy jednak czasu się na nich złościć albo wesprzeć. Po wszystkim nawet nie zapamiętamy ich imion, bo są dla nas tak mało istotne. Banderas, Oldman i Streep robią, co mogą. Każdy na swój sposób. Nie można powiedzieć, że zagrali źle. Oni po prostu niezbyt mieli co grać.



This image released by Netflix shows Meryl Streep in a scene from "The Laundromat," in theaters on Sept. 27. (Claudette Barius/Netflix via AP)

pralnia

Aż dziwne, że o tak wielkiej aferze można zrobić tak nijaki film

Twórcy chcieli przedstawić nam zbyt uniwersalną opowieść, której brakuje wielu szczegółów i sensu. Akcja skacze do przodu w sposób, w którym można się pogubić. Śledztwo prowadzone gdzieś w tle nie jest angażujące i kończy się bez wyrazu. Gdyby tylko pozbyć się choć jednego z wątku milionerów i dać czas ekranowy porządnej analizie sytuacji, byłoby dużo lepiej. Ale tak się nie stało. Pralni brakuje subtelności i charakteru. Końcowa przemowa Meryl Streep pokazuje, że twórcy naprawdę chcieli przekazać nam coś istotnego. Problem w tym, że te wszystkie myśli powinny iść za filmem, nie za wyjątkowo prosto skonstruowanym monologiem. To fabuła powinna pokazać nam prawdę o aferze, nauczyć czegoś o tego typu interesach. Niestety zamiast tego scenariusz po prostu miesza, a potem przynudza. Szkoda, nawet bardzo szkoda. Pokładałam w filmie spore nadzieje i się zawiodłam. Nie tego oczekuje się po takim materiale i takiej obsadzie.